Co można robić w Sajgonie gdy dysponuje się paroma dniami? Wiele: rejs po tętniącym życiem Mekongu, wyprawa do pobliskiego Cu Chi (gdzie zwiedzającym udostępniono tunele z czasów wojny wietnamskiej, w których ukrywali się wietnamscy żołnierze, żyli, przemieszczali się nimi do innych strategicznych miejsc), poznanie życia nocnego tego najbardziej rozwiniętego miasta Wietnamu czy odwiedzenie paru istotnych budowli Sajgonu a przede wszystkim Muzeum Wojny (tzw. War Remnants Museum).

Dlaczego? Bo jest tu ich mnóstwo na tyle, że nie muszą posługiwać się obcym językiem, by się porozumieć. Wietnamczycy, nawet starsze babinki biegle mówią po rosyjsku, a miasto każdą nazwę (czy to w menu, neony na budynkach, nazwy atrakcji) przedstawiało w dwóch językach - narodowym i pisane rosyjską cyrylicą.

Parę dni temu, siedząc na balkonie klimatycznej knajpki starej dzielnicy Hanoi, natknęłam się na ciekawy artykuł o tym mieście. Podsumowywał to, co powinno się w nim zobaczyć, mimowolnie dostrzec typowe ludzkie zachowania, codzienne rytuały, zachęcał do chłonięcia zapachów, smaków i kolorów tej nietypowej stolicy.

Można by pomyśleć, że z Halong Bay nigdy się nie ruszymy. Faktycznie to egzotyczne miejsce bardzo nam przypasowało, ale też na spokojnie chcieliśmy się zastanowić nad kolejną destynacją gdzieś na południu Wietnamu.

Z utęsknieniem czekaliśmy "bezludnej wyspy". Oczywiście nie była ona taka zupełnie bez człowieka, bo w końcu postawili tam resort i ściągali turystów żądnych poczucia natury, odosobnienia, wokół otaczającego plażę morza i pięknych pionowych gór Halong Bay.

Podzieliliśmy się z Lisem opieką nad Julem. Jednego dnia spędzałam z małym dzień w Cat Ba, podczas gdy Lisu miał odbywać jednodniowy rejs po zatoce połączony z paroma atrakcjami...

Gdy statek dobił do dzikiej części Cat Ba, rozpadało się na dobre. Wszystko wydawało się takie dzikie, piękne, egzotyczne, jakbyśmy dotarli do wyspy niczym z "Parku Jurajskiego".

Cała podróż między Chinami a Wietnamem, od punktu A do B, zajęła nam prawie 12 godzin. Najpierw regularny rejsowy autobus chiński podwiózł w zawrotnym tempie do granicy, skąd malaksy przewoziły nas już pomiędzy granicami a potem do kolejnego transportu już po stronie Wietnamu.

Nie widzieliśmy całych Chin. Jest to oczywiście niemożliwe, nawet jak byśmy zacisnęli pasa i przez 2 miesiące próbowali jak najszybciej pokonywać niekończące się odległości, by dojechać do kolejnej atrakcji, wsiadać w kolejny szybki (a tym samym drogi) pociąg i pędzić dalej. W naszym planie niewiele było przyrody, natury, którą tak bardzo kochamy. Jednak wszystko było nowe, zaskakujące, ogromne i nowoczesne. Nie takich Chin się spodziewaliśmy.

Nanning znalazło się na naszej mapie podróży po Chinach tylko dlatego, że poza stolicą, miasto posiadało najwięcej biur pośrednictwa wizowego w związku z przekroczeniem granicy z Wietnamem. Wiedzieliśmy jedynie, że jest to kolejne ogromne kilkunastomilionowe miasto a na miejscu reklamowało się bardzo urozmaiconą kuchnią chińską.