Wczorajsze „miękkie lądowanie” na obcym lądzie zakończyło się sukcesem i kontynuowało się po dzień kolejny. Suzanna idealnie wprowadzała nas w swój świat jak i zakątki nowego kraju. 

„Że też nie potraficie usiedzieć na miejscu” – powiedziała kiedyś moja mama. Wspominałam teraz te słowa. Miała rację, bo ta nasza nadpobudliwość pchała nas właśnie w nieznane jak magnez. Mimo, że rozłąka bardzo mnie wzruszyła, myśli krążyły już gdzieś na innym kontynencie. Serce biło mocniej.

Początki

„Hm... jak to się zaczęło?!Siedzę zdenerwowana nad kartką papieru, paraliżuje mnie strach, ale chcę by słowa tu zapisane dobrze ilustrowały chwile, w której się znajdujemy bądź będziemy się znajdywać.Myślałam, że będzie gorzej. W dobie komputerów mogłam zapomnieć jak pisze się zwykłym długopisem.

Od czego to się zaczęło? Byliśmy z Lisem w Bieszczadach, gdzie panowała głucha cisza i czas leciał jakoś tak spokojniej. Znudzeni codziennością marzyliśmy o czymś innym, nieodgadnionym. Pomysł rzucił Krzysiek, a mi dość łatwo przyszło jego podłapanie. Po dwóch tygodniach idea nie odpłynęła a umocniła się.

I tak teraz po masie pożegnań z najbliższymi, siedzę w cichym pokoju naszego mieszkania, gdzieś w tle mój mąż dopina ostatnie bagaże i zastanawiam się, jak to będzie.

Plan jest prosty. Zaczynamy od Chile jadąc ku południu do Patagonii, odwiedziny w kraju tanga - Argentynie, ponowny wjazd do Chile, by płynnie wjechać do Peru. Z peruwiańskiej stolicy - Limy - lot na Kostarykę, morzem do Meksyku a z niej rejs na Kubę, potem Jamajkę, kończąc w sposób cywilizowany na wschodniej części USA aż po Kanadę, skąd zorganizowany mamy lot powrotny do Polski.

Na podróż życia przeznaczyliśmy siedem miesięcy, ciułane od jakiegoś czasu pieniądze, tęsknotę rodziny, przyjaźń bliskich, ale też możliwość poznania samych siebie i świata.

Wylot o 17:45. Trzymajcie kciuki!”


Te słowa pisałam w moim dzienniku podróżnym, na czystej kartce papieru, zwykłym długopisem. Wiem teraz jedno, wszystko w podróży może się zmienić. W planach mogą pojawić się nowe miejsca do zwiedzenia, nowi ludzi, nowe pomysły, ale jedno jest pewne - podróżowanie uzależnia. Potem chce się tylko więcej i więcej...

Warszawa, 10 marca 2009 godz. 10:04

Jak zaczęło się nasze podróżowanie z plecakiem? Pomysł pojawił się podczas jednego z weekendów w ukochanych Bieszczadach, a kolejne wieczory spędziliśmy już na rozmowach, snuciu planu podróży i wstępnych przygotowań. Wtedy chyba tak naprawdę nie wierzyliśmy na sto procent, że ten pomysł się ziści. Wydawało się to takie nierealne i nieosiągalne, ale zarazem ekscytujące i nietypowe. Czuliśmy się jak nastolatkowie, którzy marzą o ukończeniu osiemnastu lat z nadzieją na usamodzielnienie się a przed którymi roztacza się wizja wszechmocy. Przekrzykiwaliśmy się w pomysłach na tą ekscytującą wyprawę, wyliczaliśmy kraje, które chcielibyśmy zobaczyć, rozmyślaliśmy nad tym, jak się do tego zabrać a potem jak powiedzieć o tym rodzinie i jak rozstać się z pracą. Ja osobiście w swojej głowie dałam Krzyśkowi około dwóch tygodni na utwierdzenie się w przekonaniu, że podróż nie była tylko pomysłem wyssanym z palca a faktycznym marzeniem, które właśnie gotowi byliśmy spełnić.

Po dwóch tygodniach o pomyśle wiedzieli już chyba wszyscy nasi znajomi. Reakcja była praktycznie każdorazowo identyczna. „Naprawdę? Super, zazdroszczę. Też bym tak chciał… A kiedy jedziecie, a gdzie dokładnie, a skąd ten pomysł?”. Pytań nie było końca a my z każdą odpowiedzią upewnialiśmy się o znakomitej decyzji przyśpieszając dzień realizacji marzeń. Z czasem zastanawialiśmy się, dlaczego nie podjęliśmy jej wcześniej. Ale widocznie wszystko było zapisane w gwiazdach i teraz był na to odpowiedni moment.

Główkowanie nie ustawało. Zaczęliśmy od prozaicznych kwestii, takich jak realne ustalenie daty a co za tym idzie, czasu jaki dajemy sobie na zebranie odpowiednich funduszy. Był marzec, więc z głupia franc ustaliliśmy wylot na marzec następnego roku. Nie od dziś zaczytywaliśmy się w lekturach podróżniczych mając ogólny zarys tego, czego moglibyśmy się spodziewać w drodze i po sobie, co powinniśmy wiedzieć i jak się ku temu „przeszkolić”.

 

Jak powstał pomysł, by wyjechać w świat na tyle miesięcy? Jak się do niej przygotowaliśmy? Zapraszam do artykułu.

W naszych duszach od zawsze „grały” latynoskie dźwięki i niewytłumaczalnie ciągnęło nas do Ameryki Południowej. W mojej głowie roztaczała się wizja magicznego peruwiańskiego Machu Picchu spowitego we mgle, z zakątków którego szeptem docierały odgłosy starych dziejów, życia Inków i ich tajemnic. Na własnym ciele czułam wilgoć lasów deszczowych otaczających Zaginione Miasto, a od której kręciły mi się włosy.

To, co wyłoniło Tajlandię jako faworyta wśród pozostałych krajów azjatyckich, to kuchnia.

Chcąc nie chcąc nasza podróż dobiegła końca. Niecałe pięć miesięcy podróży minęło nim się obejrzeliśmy i z egzotycznej Tajlandii trzeba nam było wracać do jesiennej Polski.

Podczas gdy po rzece mknęły kolejne grupy na kajakach bądź na tzw. "tubach" (czyli oponach), oddając się raz mniejszemu, raz szybszemu nurtowi, my zastanawialiśmy się nad kolejną atrakcją.

Gdy jakiś czas temu moja bliska przyjaciółka, która rok wcześniej odwiedzała Tajlandię, wspomniała o Khao Sok, w której można pojeździć na słoniach, ta dżungla stała się naszą kolejną destynacją.

Wyspa starała się uatrakcyjnić czas swoich gości na różne sposoby. I poza tymi wymienionymi były: kursy nurkowania, gotowania (oczywiście nauka tajskiej kuchni), popularnego tajskiego boksu "muay thai" (a przynajmniej spróbowania swych sił na ringu Reggae Baru w centrum wyspy podczas zakrapianych alkoholem wieczorów), lotów na spadochronie ciągniętym przez szybką motorówkę, kajakingu, snorkelingu bądź organizowanych wycieczek połączonych z poznaniem wyspy jak i jej pobliskich mniejszych sąsiadów.

- O mamo, spójrz! Kubełek na plażę dla dorosłych. - Powiedział nasz syn, który już wiedział, że na spożywczych stoiskach dorośli mogą zakupić takie cudo dla siebie i niekoniecznie muszą się tym bawić w piasku:).