NHA TRANG - RAJ DLA ROSJAN

Dlaczego? Bo jest tu ich mnóstwo na tyle, że nie muszą posługiwać się obcym językiem, by się porozumieć. Wietnamczycy, nawet starsze babinki biegle mówią po rosyjsku, a miasto każdą nazwę (czy to w menu, neony na budynkach, nazwy atrakcji) przedstawiało w dwóch językach - narodowym i pisane rosyjską cyrylicą.

Dlaczego? Bo jest tu ich mnóstwo na tyle, że nie muszą posługiwać się obcym językiem, by się porozumieć. Wietnamczycy, nawet starsze babinki biegle mówią po rosyjsku, a miasto każdą nazwę (czy to w menu, neony na budynkach, nazwy atrakcji) przedstawiało w dwóch językach - narodowym i pisane rosyjską cyrylicą. Nas na każdym kroku witano rosyjskim zwrotem a w knajpach niejednokrotnie leciała rosyjska muzyka.
- Czy ja wyglądam na Ruska? - Zadziornie pytał Lisu ze śmiechem. - To, że mam czasem zapuchniętą buzię i czerwone spojówki, o niczym nie świadczy:). No cóż, ja odczuwałam niesmak, bo przyjechałam do Wietnamu a nie Rosji. Dodatkowo ceny tu były niewietnamsko wysokie. Widać portfel Rosjanina pękał w szwach i trzeba go było gdzieś opróżnić.

Zachwycający Wietnam

Do Nha Trang przybyliśmy poplażować. Długi czas rekonwalescencji Julka w Hanoi wymusił na nas zmianę planów podróżniczych po tym pięknym kraju. Trzeba przyznać, zakochałam się w Wietnamie i chciałabym tu kiedyś wrócić. Ale już w wersji dorosłej: dwudniowy trekking w Sapa, Tam Coc czyli "jeziorna" wersja Halong Bay (bo tą akurat w dwa tygodnie poznaliśmy bardzo dobrze), historyczne czy klimatyczne Hue i Hoi An, Mui Ne na wybrzeżu z surrealistycznymi kolorowymi wydmami, zgłębienie paru dżunglowych parków i wykończenie się w Sajgonie. Wrócimy tu z Lisem na pewno! A teraz czas na rodzicielskie obowiązki.

Do tego nadmorskiego kurortu dotarliśmy pociągiem ekspresowym (24 godziny), przemierzając bardzo soczyście zielone, dżunglowe, z polami ryżowymi czy przybrzeżnymi wioskami tereny. Standard pociągu, porównując z innymi azjatyckimi (i mam tu również na myśli rosyjską kolej) niestety umieszczał kolej wietnamską na szarym końcu. Jak to powiedział Krzysiek:
- Jakoś tak tu smutno i szaro.
- Szpitalnie, bym rzekła.
- Tak, idealne stwierdzenie. A mamy ostatnio doświadczenie w temacie szpitalnym:). - Był prosty, niezbyt czysty a drogi. No ale pokonywaliśmy około 1300 km i ratowali się tanimi, przyzwoitymi obiadami.

Wzdłuż plażowego deptaku

Samo Nha Trang wydawało się na pierwszy rzut oka nowocześniejsze od stolicy. Wzdłuż parokilometrowej Than Pru ciągnął się deptak, za nim biały pas plaży usłanej palmami i bambusowymi parasolkami, klimatycznymi barami, punktami z dość niedrogimi masażami, Parkiem Wodnym, małym nieczynnym parkiem rozrywki dla dzieci. Po drugiej stronie dwupasmówki ciągnął się rząd hoteli, małych sklepików czy restauracji. Za dnia wzburzone, gorące morze oblegane były przez rosyjskich (głównie) turystów. W tle majaczyły grupki mniejszych czy większych wysepek. Do największej prowadziła kolejka zarzucona tuż nad morskimi falami. Dla znudzonych, adrenaliny dostarczały sporty wodne: skutery wodne, lot na spadochronie ciągniętym przez rozpędzoną motorówkę, nurkowanie czy imprezowe rejsy po wyspach.

Wieczorem miasto tętniło życiem, wśród rozświetlonych kolorowych neonów, wakacyjnej muzyki dobiegającej z nadmorskich barów i pamiątkowo-ciuchowych bazarków w samym centrum. Sami wciągnęliśmy się w rytm Nha Trang ciesząc oczy palmową plażą, serwując sobie nieziemsko tanie i profesjonalne godzinne masaże (ja wietnamski, Lisu - mocniejszy tajski), spacerując wieczorami po niekończącym się deptaku wzdłuż Than Pru, jedząc romantyczną kolację na plaży (chowając się w poduchach prywatnej sofy czy bujając się na wiklinowej huśtawce wśród rozświetlonego kolorowo ogrodu przy spokojnej muzyce w tle), zakupując drobiazgi na nocnym markecie czy korzystając z udogodnień hotelu i kąpiąc się po śniadaniu w chłodnym basenie umieszczonym na dachu budynku. Chyba specjalnie dla Julka wieczorem uruchomili jedyną kolorową karuzelę w okolicy. Za darmo (bo chyba w cenie właśnie owej ekskluzywnej kolacji) wyjeździł się za wszystkie czasy (aż i mi skręciło się w głowie, bo jechałam na koniu obok:).

Leave a Reply

Your email address will not be published. HTML code is not allowed.