Wkroczyliśmy do krainy bajki niczym z “Alicji z Krainy Czarów”. Dotarliśmy do najpiękniejszego tutejszego Parku Narodowego Huerquehue znanego właśnie z dżunglowych widoków, dość wysokich szczytów i przepięknych lagun. 

marzec 22, 2009

DZIEŃ W SIODLE

W Polsce, w trakcie naszych przygotowań do podróży, Krzysiek zlokalizował gdzieś na chilijskiej stronie internetowej ofertę kilkudniowych wypraw w siodle. Jego marzeniem była przygoda niczym z dzikiego zachodu, w kowbojskich kapeluszach, ostrogach zdobiących buty, w wytartych dżinsach, źdźbłem trawy w zębach i wiatrem we włosach podczas ujeżdżania niesfornego rumaka. 

Była czarna noc, gdy zadzwonił budzik. Kompletnie oszołomieni tak nietypową godziną, z pełną parą rzuciliśmy się do wyłączenia budzików, by nie pobudzić domowników naszego drewnianego domku. 

Przecierając zaspane oczy, schodziłam powoli po schodkach autobusu na rześkie poranne powietrze w Pucon. Z luku bagażowego wyciągnęliśmy największe plecaki i nim zawróciliśmy na małą poczekalnię terminalu, by zorientować się w ofertach noclegowych miasteczka, dopadła nas krępa, młoda i radosna Chilijka. Spokojnie, świadomie wypowiadane hiszpańskie zdania miały zachęcić nas do oferty noclegowej hostelu oddalonego o parę kroków od stacji autobusowej.

Nad oceanem spędziliśmy cztery relaksujące i adaptujące dni. Pranek powitał nas cielesną „delirką” będącą miksem nieprzespanej nocy przy ruchliwej ulicy i coraz bardziej wychodzącą na ciało bordową opalenizną. Opatuleni po uszy we własne śpiwory, wychyliliśmy głowy zza zasłony ocienionego pokoju i padła ocena: „na dworze ciepło”.

„Tak, bo wy to w czepku jesteście urodzeni. Co sobie zaplanujecie, postanowicie, to wychodzi i już. Wszystko z górki, nic pod górkę.” Słowa te niejednokrotnie padały z ust mojej bliskiej przyjaciółki. Wszystko to wypowiadała z uśmiechem na twarzy. Może i coś w tym było, chociaż osobiście wierzę, że działo się tak dlatego, że bardzo w to wierzyliśmy.