... niezapomniane zachody słońca, chilloutowa muzyka od samego rana, imprezy na plaży z intrygującym pokazem ogni, wytatuowani młodzi ludzie i - niestety -wyjątkowo smutne twarze Tajlandczyków.
Lokalny pociąg wjechał na, rozgrzaną słońcem już od porannych godzin, stację w Zamyn-uud. Ledwo z niego wysiedliśmy, a do wagonów rzuciła się chmara pracowników kolei doprowadzając pociąg do czystości. Myli nawet okna od zewnątrz.
Ostatnie podskoki na wybojach, nierównej drodze z dziurami, koleinami i błotnistymi kałużami. Ostatnie widoki mongolskich stepów, pojedynczych jurt, czy stad "bezpańsko" pasących się zwierząt.
Na Gobi czekały nas jeszcze dwie noce w kolejnym miejscu, a potem pojedyncze dwie w drodze do Czojr, gdzie mieliśmy pożegnać się z Biembą.
Na horyzoncie pojawiły się wysokie ciemne góry, a o okno uderzały coraz większe krople deszczu. Na pustyni pada? Ależ tak. Czerwiec w Mongolii był najbardziej deszczowym miesiącem w roku, więc czemu miałby ominąć Gobi?
Kolejne pustynne tereny. Kto by pomyślał, że pustynią nie musi być jedynie piaskowa przestrzeń bez żadnej oznaki życia.
Biemba mieszkał w małym miasteczku. Właściwie w naszych realiach nazwało by się to wioską, ale zakładając, że większość narodu śpi w namiotach jako samodzielne rodziny bądź co najwyżej w bliskiej odległości od kolejnej jurty sąsiadów, to można to miejsce było nazwać miasteczkiem.
Po siedmiogodzinnej podróży autobusem z Wyspy Kuźniar wylądowaliśmy spoceni, zmęczeni i brudni z powrotem w Irkucku, skąd następnego dnia planowaliśmy kolejny etap naszej podróży. Pociąg do Ułan Bator w Mongolii.
Krzysiek o kolei marzył od zawsze, bo kojarzyła mu się z niepowtarzalnym klimatem rozmów, biesiady i muzyki rosyjskiej zakrapianej wódką i dobrą zabawą. Towarzyszyły temu nietypowe widoki zza okna wolno sunącego się pociągu, którego celem zawsze była bezkresna Syberia.
Być w Moskwie na bardzo krótko, oznacza obowiązkowo zawitać przynajmniej na Plac Czerwony i Kreml. Tak też zrobiliśmy.