WITAJ MONGOLIO!

Po siedmiogodzinnej podróży autobusem z Wyspy Kuźniar wylądowaliśmy spoceni, zmęczeni i brudni z powrotem w Irkucku, skąd następnego dnia planowaliśmy kolejny etap naszej podróży. Pociąg do Ułan Bator w Mongolii.

Po siedmiogodzinnej podróży autobusem z Wyspy Kuźniar wylądowaliśmy spoceni, zmęczeni i brudni z powrotem w Irkucku, skąd następnego dnia planowaliśmy kolejny etap naszej podróży. Pociąg do Ułan Bator w Mongolii. 

Koleją Transmongolską

Gdy po odwiezieniu wszystkich uczestników transportu znad Bajkału do ich zarezerwowanych wcześniej noclegowni, przejechaliśmy dość ładnie prezentującym się centrum Irkucka do wiejącej grozą slumsowej części miasta,  zastanawiałam się czy oby booking.com nie popełnił błędu wpisując na swoją listę guesthouse, do którego właśnie zmierzaliśmy. Nawet nasz, sprawiający wrażenie nieprzyjemnego i naburmuszonego, kierowca zreflektował się przed blokiem, w którym mieściło się nasze lokum, i wykonał telefon do właścicielki hostelu. Potwierdził byśmy śmiało wchodzili do środka. Wnętrze bloku przypominało praskie czy wolskie stare osiedlowe budownictwo, lecz wewnątrz okazało się, że i guesthouse był schludny a recepcjonistka do rany przyłóż i bez pytania zaproponowała dodatkowe łóżko polowe dla Jula, by nam było wygodnie. Nie wierzyliśmy również reklamowanej bliskiej odległości do dworca kolejowego i ponownie daliśmy się nabrać naszej nieufności, gdyż po wskazówkach pani hostelowej, dotarliśmy tam w niecałe 5 minut piechotą. Zakupiliśmy prowiant na dobę jazdy koleją i z utęsknieniem dorwaliśmy się do skrzynki pocztowej nie odwiedzanej przez cały pobyt nad Bajkałem.  O świcie zebraliśmy manatki i spokojnie ruszyliśmy w kierunku znanego nam już dworca kolejowego w Irkucku. Pociąg do Ułan Bator ruszał tuż przed siódmą. Czym różnił się wagon kolei transmongolskiej? Przede wszystkim tym, że zniknęła opcja III klasy podróży i chcąc nie chcąc wybierało się drugą lub pierwszą. Wnętrze wagonu na wstępie przywitało nas cieplejszym wystrojem złocistych zasłonek w oknach, wzorzystym dywanem puszczonym przez całe przejście wagonu oraz materiałowym obiciem oparć wewnątrz przedziału. Łóżka naturalnie przykryte były równie strojnym kocem. W naszym „pokoju na kółkach” siedziała już nasza nowa współpasażerka – około 50-letnia Mongołka, która zajęła co najmniej pół przedziału swoim bagażem. Dopiero w trakcie podróży wyszło na jaw, że jest praktykującą handlarą i z Rosji transportuje „tonę” ciuchów do swojego kraju. Podróż była zatem dla nas znakomitym doświadczeniem i obserwacji relacji, układów, zwyczajów i zachowań  Mongołów jak i przypomnienia sobie czasów, podczas których co poniektórzy Polacy w latach 80-tych czy 90-tych zmuszeni byli zarobić na chleb poprzez handel towarem sprowadzanym z „egzotycznych” krajów.  Mongolia kojarzyła mi się przede wszystkim z krajem niekończących się dziewiczych terenów o przeróżnej jego zróżnicowaniu. Oczami wyobraźni widziałam dzikie stepy, zielone wzgórza z dzikimi końmi, pustynne piaski słynnej Gobi po których majestatycznie kroczyły wielbłądy. Wiedziałam również o koczowniczym życiu mongolskich Nomadów, mieszkalnych jurtach i o dość ubogiej mięsnej diecie jej mieszkańców. Taki styl życia jakby naturalnie narzucał ograniczone możliwości chociażby higieniczne. Podczas podróży pociągiem, kiedy bym nie poszła do toalety, była zajęta. A była okupowana głównie przez Mongołów, którzy zresztą stanowili ok. 80%  pasażerów tego kursu. Okazało się, że w tej niewielkiej toalecie z umywalką (jak w naszym PKP) regularnie odbywają całkowitą kąpiel z myciem głowy, co powodowało, że spędzali w niej co najmniej kilkadziesiąt minut. Okazało się również, że są bardzo ciekawscy i lubią żyć „w stadzie”. Ciekawscy, bo o ile nie wystarczało notoryczne zaglądanie do naszego przedziału (czuliśmy się dla nich nie lada atrakcją cieszącą oczy), to przychodzili i ci co potrafili podejmowali rozmowę po angielsku, inni po swojemu licząc na pewne zrozumienie. Furorę zrobił Julek, który zdecydowanie różnił się od pozostałych dzieci kolorem skóry, włosów i oczu. Z zawstydzeniem przyjmował kolejne komplementy: słodki czy przystojniak. I jakoś tak ten napór na jego osobę spowodował, że poczuł się jak wśród swoich. Po chwili a to zaprzyjaźnił się z nieustająco przesiadującą u nas młodą Mongołką nieznającą ani słowa w obcym języku, a to bawił się z 3-letnią córeczką żołnierza biorącego udział w misji w Iraku z Polakami. Czułości nie oszczędzała mu również nasza współpasażerka, która wyglądała na wylewną osobę.

Poza zdecydowanie ciekawszymi widokami za oknem (głównie wtedy gdy zbliżaliśmy się ku granicy z Mongolią), podróży towarzyszył nieustający kontakt z tubylcami nowego kraju, którzy bez najmniejszego zawstydzenia przesiadywali w naszym wagonie  sporo czasu a to posilając się wspólnie obiadem, a to plotkując czy w panice przerzucając towar tuż przed granicą rosyjską. Wtedy każdy odgrywał w tej grze istotną rolę. Jedni sztucznie dzielili się towarem, na pamięć znając normy przypadające na jednego pasażera, prowodnice otrzymywały swoją dolę za współudział, urzędnicy przyjmowali umówione łapówki za przymykanie oka na i tak widowiskowe skrupulatne przetrzepywanie przedziałów. I dlatego podróż nas wykończyła, bo odprawa po stronie rosyjskiej jak i mongolskiej trwała w nieskończoność. Obserwowaliśmy wtedy biegających po wagonach urzędników z psami, kobiety z surowymi minami przegrzebującymi z latarkami na wyższych kondygnacjach tajemniczych czy podejrzanych materiałów, innych poważnie przyglądających się zdjęciom paszportowym porównując z facjatą stojącą tuż obok. I w takiej sytuacji okazało się, że brak rejestracji naszej rosyjskiej wizy okazał się mało istotny w porównaniu z tym „nieoficjalnym” przemytem towarów przez Mongołów. Mając perspektywę czterogodzinnego snu, kładliśmy się po 1 spać po emocjonującym końcu wieczoru. Z poważnej twarzy współlokatorki spłynąć na nas uśmiech pełen ulgi. Julek otrzymał od niej jedną z koszulek rosyjskiego towaru. My z wdzięcznością żegnając się z nią, jak i młodą studentką (do której nasz synek poczuł nawet może jakieś pierwsze platoniczne uczucie:), wręczyliśmy po warszawskiej widokówce. Julek dostał od dziewczyny serdecznego buziaka. Ze smutkiem wiódł za nią wzrokiem na peronie w Ułan Bator, gdy odchodziliśmy z kierowcą busa darmowo transportującego nas do jednego z hosteli stolicy Mongolii.

Pierwsze chwile w Ułan Bator

Gobi był pierwszym hostelem, którego nie rezerwowaliśmy z wyprzedzeniem i los chciał, że na niego trafiliśmy i mimo późniejszej weryfikacji lokalizacji, cen jak i warunków mieszkalnych, wypadł w konkurencji najlepiej. Planowaliśmy spędzić w stolicy 4 noce, podejmując kolejne kroki do dalszej podróży w tym ciekawym kraju. Hostel powitał nas ciepłym śniadaniem, czego spragnieni byliśmy już po niekończącej się podróży pociągiem z chińskimi, sztucznymi zupkami w tle. W głównym budynku Gobi znajdywały się głównie dormy i wydawało się, że potrafi on pomieścić w swoich wnętrzach niekończącą się liczbę backpackerów. Co chwilę przez jadalnię przewijała się kolejna grupa nowych twarzy ze wszystkich krańców świata. Nam trafił się apartament z oddzielnym dużym pokojem, łazienką i kuchnią w odrębnym budynku, tuż przy wejściu do hostelu. Kiedy mieliśmy ochotę mogliśmy wczuć się w klimat „ludzi na kupie”, przychodząc do sali socjalnej czy jadalni na darmowe śniadanie. A kiedy mieliśmy chęć na odrobinę spokoju, przesiadywaliśmy w swoim zamkniętym królestwie. Nam to odpowiadało. Teraz jednak najważniejsze było się porządnie wyspać.

Fot. Podróż Koleją Transmongolską Rosja-Mongolia. 

Zwiedzamy Ułan Bator i mentalnie nastawiamy się na zwiedzanie UAZem całego kraju. Zbieramy informacje. 

9 komentarzy

  • Asia
    Asia piątek, 23 październik 2015

    Podróżowanie z dzieckiem nie musi być nierealne. Czasy się zmieniają i wszystko przychodzi łatwiej i niedługo będzie to całkiem naturalne:)

  • Anna
    Anna piątek, 23 październik 2015

    Moim marzeniem jest tak kiedyś podróżować z dzieckiem :) i przełamywać stereotypy! :)

  • TuJarek
    TuJarek czwartek, 22 październik 2015

    Mongolia, oj jest już bardzo długo na liście marzeń :)

  • Asia
    Asia czwartek, 22 październik 2015

    Najgorsze Julka dopiero czekało.. Chiny. My mogliśmy poczuć jak to jest być Justinem Biberem albo innym gwiazdorem, a właściwie jego bodygardem:) chwilami przestawało to być śmieszne. My przy dziecku to pikuś, nie czuliśmy się aż tak atrakcyjni:)

  • Joanna/places2visit.pl
    Joanna/places2visit.pl czwartek, 22 październik 2015

    Musieliście być niezłą atrakcją dla nich :) A i tak jestem pena podziwu dla Julka który nie zniechęcił się do obcych ludzi (którzy się tak nim zachwycali)

  • Asia
    Asia środa, 21 październik 2015

    14-tka to zdjęcie Irkucka z okna pociągu. Też je lubię:)

  • Natalia
    Natalia środa, 21 październik 2015

    Oj, przypomniał mi się klimat podróży plackartą po Ukrainie, niesamowity klimat! A zdjęcie 14 bardzo fajne!

  • Asia
    Asia środa, 21 październik 2015

    To prawda.. po paru miesiącach w Azji moje dziecko dostało szoku w samolocie z 100% polską frekwencją, słysząc własny język zewsząd. Zapytane o coś po polsku, wmurowane nic nie odpowiedziało.. azjatyckie dźwięki owładnęły już jego umysł:)

  • Ewelina
    Ewelina środa, 21 październik 2015

    Moje marzenie, które czeka na realizację, ale jeszcze poczeka. Zdjęcia same mówią za siebie. To niesamowite jak dzieci szybko łapią kontakt i się aklimatyzują.

Leave a Reply

Your email address will not be published. HTML code is not allowed.