CZOJR - GDZIEŚ PO ŚRODKU NICZEGO

Ostatnie podskoki na wybojach, nierównej drodze z dziurami, koleinami i błotnistymi kałużami. Ostatnie widoki mongolskich stepów, pojedynczych jurt, czy stad "bezpańsko" pasących się zwierząt.

Dziś drogę przecinały nam dzikie zające. Liczyliśmy, że skoro w przewodniku, na trasie kolejowej, Czojr zostało tak wyraźnie zaznaczone, musi być duże, albo przynajmniej większe od miasteczek, które mijaliśmy. A to by już nam wystarczyło. Wiza mijała za dwa tygodnie, więc gdybyśmy mieli w Mongolii zobaczyć jeszcze coś, czego nie przyszło nam poznać, niewykluczone, że zostalibyśmy w niej dłużej. Widząc Czojr w oddali, niczym wizję fatamorgany, byliśmy przekonani, że to coś dużego. Rozpływaliśmy się w wyobrażeniu długiego prysznica, porządnej toalety, wylegiwania w schludnym pokoju i kontaktem z bliskimi. W końcu nie mieli od nas żadnej informacji od dwóch tygodni. Co prawda udawało się wysłać pojedynczego smsa, gdy łapaliśmy zasięg przy większych wioskach, ale nie było mowy o rozmowie.

Zagubieni w czasie

- Chyba jednak nie zostaniemy tu dłużej. - Krzysiek skomentował widok obdrapanego Czojr. Faktycznie, dawną świetność to byłe centrum lotnictwa miało za sobą i nie przypominało ciekawego większego miasteczka. Kto by pomyślał, że kiedyś mieściła się tu baza wojskowa armii radzieckiej. Obecnie miasto wyglądało na opuszczone. Bo zresztą po dużych dzielnicach wojskowych nie było już śladu. Zniknęły na początku lat 90-tych. Jedynym luksusem Czojr była chyba kolej i potężny dworzec z równie pokaźnych rozmiarów czerwonymi napisami. Podjechaliśmy od razu pod stację, by zakupy biletów mieć z głowy. Poza tym odnosiliśmy wrażenie, że Biemba się śpieszy. Dziś musiał dotrzeć do Ułan Bator. Możliwe, że w sezonie miał czas obłożony wycieczkami dzień po dniu i następnego może zaczynał już kolejną rundę po Mongolii. Na dworcu okazało się, że okienko ze sprzedażą biletów otworzą za półtorej godziny i teraz żadnej informacji nie uzyskamy. Wsiedliśmy w UAZ-a w poszukiwaniu jakiegoś fajnego lokum w tym slamsowym, na oko Europejczyka, miejscu. Wydawało się, że Biemba w te rejony kraju się nie zaciągał, ale bez większego zastanowienia trafił pod drzwi jednego z lepiej wyglądających hoteli w Czojr. Dostaliśmy pokój dwuosobowy z telewizorem i stolikiem za jedyne 35 zł. Toaleta była na zewnątrz, ale tłumów tu nie goszczono, więc nie musieliśmy obawiać się kolejek pod prysznic. Zaprosiliśmy naszego, w niedoczasie, kierowcę, by zrekompensować stres spowodowany późnym dojazdem do stolicy. W dość obleganej przez miejscowych knajpce trafiliśmy na godzinę lunchową. Ledwo znaleźliśmy wolny stolik, ale również mogliśmy napatrzeć się w talerze tych, którzy już jedli. Paluchami wygłodniali wskazywaliśmy Biembie, co byśmy zjedli, starając się również zapamiętać różne opcje z menu na kolejny dzień.  O 13 zjawiliśmy się pod wskazanym okienkiem na dworcu kolejowym. Okazało się, że jednak będzie otwarty pół godziny później. Nasz 28-letni kierowca zaczął nerwowo drapać się po brzuchu. Zawsze mnie interesował widok brzuchatego mężczyzny, który zamiast ukrywać piwne kształty pod bluzką, jeszcze się z nim wypinał chwaląc wyhodowanym okazem. W końcu też do pracy przyszła mongolska gracja, pięknie zmalowana i dość elegancka jak na czojrowskie klimaty. Niedbale i z wyższością, tak to odczuwałam, rozmawiała z Biembą a ten tylko kręcił głową. A że ciężko było z tłumaczeniem zawiłej konwersacji z panią, wykonał parę telefonów do anglojęzycznych przewodników, którzy poinformowali nas, że:

- pociągi międzynarodowe do Pekinu jadą tylko z Ułan Bator i mimo, że się tu zatrzymują, to nie wpuszczają pasażerów na pokład;
- jest możliwość jazdy pociągiem lokalnym (książkowy przewodnik przedstawił  wyprawę jako męczącą, często w kiepskich warunkach, ale na pewno zdecydowanie tańszą i co najistotniejsze docierało się jedynie do granicy mongolskiej), ale na dziś już biletów zabrakło;
- nie można kupić biletów z wyprzedzeniem (nikt nie potrafił wytłumaczyć dlaczego), więc ponownie jutro o 13:30 trzeba się zjawić w tym okienku i zapytać, czy są na ten sam dzień (??);
- mieliśmy zapłacić za 8-godzinną podróż koleją mongolską 100 zł na naszą rodzinę w przedziale sypialnym pierwszej klasy. Julek miał mieć spanie na naszym łóżku.

Z łezką w oku żegnaliśmy się z Biembą. Wyściskaliśmy go wszyscy po kolei. Nawet Julek, który przełamał się do niego pod koniec wyprawy, dał się trochę wytarmosić i wycałować.

Na tarasie hotelu wypiliśmy swoją kawę, podziwiając otoczenie. Domy murowane bądź drewniane rozpadające się, w opłakanych stanie, drogi szutrowe, piaskowe, po przejechaniu którymi pojazdem, zostawia się po sobie tumany kurzu. Tubylcy na twarzach spokojni, zadowoleni, nieśpieszący się nigdzie. Ale samochody... te tutaj stanowią chyba największy luksus i znowu Europejczyk się zastanawia, czy nie lepiej codziennie umyć sobie tyłek, czy tym samym brudnym tyłkiem jeździć luksusem po tak beznadziejnych drogach. Oczywiście większość sprowadzana z zagranicy i przystosowana do niedogodnych warunków przemieszczania się.

W miasteczku o jednej asfaltowej, głównej drodze, nie znaleźliśmy kafejki internetowej. A pytając na migi, z głupia Franc, w jakiejś małej firemce usadowionej przy drodze o możliwość skorzystania z internetu, nie spodziewaliśmy się przeczytać paru maili. Pracownik firmy udostępnił swój komputer, sam wyskakując na papierosa na zewnątrz. Ale wcześniej raczej nie krępował się palić w budynku, bo pod stołem komputerowym leżała kupka wypalonych petów. W drodze powrotnej zaszliśmy do takiego prowizorycznego centrum handlowego, wyglądającego jak Hala Mirowska w gorszym wydaniu i gorszym towarem. Tam Krzysiek zakupił sobie klapki za 30 zł (na styl Diesla), a stare śmierdziochy wyrzucił do kosza. Za jakiś czas miał stwierdzić, że tanie mongolskie klapki sprawdziły się lepiej, niż kupione na przecenie jakoby super firmowe klapki sportowe. 

Zakup biletów kolejowych - kolejne podejście

Spaliśmy długo. Otwierając oczy nie mogłam chwilowo przypomnieć sobie, gdzie jestem. Otaczały nas mury, ciepłe ściany, a nie wirujący na wietrze dach namiotu. Były wygodne łóżka, normalna podłoga a za plecami ogromne okna wpuszczały do pomieszczenia mnóstwo światła. Chwilowo nie tęskniłam za jurtami. Poza tym jakoś automatycznie po wyjechaniu co "cywilizacji" rozbolał mnie brzuch. A tak się codziennie z Lisem dziwiliśmy, że przy tym braku higieny nic nas nie zaatakowało. No to masz babo placek.. Dobrze trzymające chłód ściany powodowały, że pogoda za oknem wydawała się nieciekawa a zachmurzone niebo zapowiadało zbliżającą się burzę z deszczem. Weryfikacja temperatury pokazała jednak mylność odczuć. Za drzwiami buchnął nam w twarz gorący podmuch pustynnego wiatru a oczy niczym od fleszy aparatów zamknęły się automatycznie. Było ogromnie palące słońce.

O 13 czekaliśmy już na stacji z paroma słowniczkami polsko-mongolskimi, w których popodkreślaliśmy sobie istotne słowa. Do tej pory ta forma komunikacji się sprawdzała. Gorzej jak Mongołka będzie chciała podjąć się konwersacji, wtedy może być ciężko. Przyszła spóźniona, przez co stację dogłębnie poznaliśmy przez 45 minut. I oczywiście doszło do prób dialogowych, ale zakończyły się one przypomnieniem sobie przez pracownicę, że ma znajomą mówiącą po angielsku i po chwili z nią rozmawialiśmy. Okazało się, że trzeba nam było wrócić na stację o 16, bo nie mogła sprzedawać biletów o 13:30, kiedy pociąg jeszcze nie ruszył z Ułan Bator. Czy nie mogła nam tego powiedzieć wczoraj? Automatycznie narzuciły się na myśl urywki z "Misia" czy "Rejsu". O 16 byliśmy na stacji ponownie. Okienko było zamknięte, wkoło żywego ducha, tylko sprzątaczka przygotowując sobie, na wiszącej nad holem plazmę, odpowiedni program, szykowała się do mycia podłogi. Uśmiechnęła się, gestykulując przyjście pracownicy za chwilę, a w miłym oczekiwaniu podała pilot do przerzucania programów. Niestety bajek nie znaleźliśmy a za chwilę okazało się, że Mongołka przyszła na 16 do pracy specjalnie dla nas. Uradowani trzymaliśmy zaraz w dłoni ostatnie bilety do Zamyn-uud (granicy mongolskiej). Były dwa łóżka w pierwszej klasie. Z podnieceniem i niepewnością oczekiwaliśmy standardu pociągu i towarzystwa w przedziale.

Koleją z Mongolii do Chin

Około 22 na stację z gracją wjechał lokalny pociąg jadący przez całą Mongolię. My mieliśmy zlokalizować 28 wagon, ale nikt nas nie uprzedził, że faktycznie wagonów będzie około 30. Biegliśmy jak spocone myszy, przeciskając się z naszym zasypiającym dzieckiem wśród wylegających z pociągu na postój tubylców. Gdzieniegdzie po peronie wędrowały starsze babunie sprzedające napoje i jakieś drobne przekąski. Wydawało mi się, że narodowym sportem Mongołów było wypalenie jak największej ilości papierosów podczas każdej wolnej chwili. Peron się skończył, wejście na pierwszy schodek do wagonu stanowił nie lada wyzwanie. W końcu po pięciu minutach dotarliśmy do naszego 28-ego. Z zadowoleniem stwierdziliśmy, że Mongołowie wożą ze sobą niewiele bagażu, dzięki czemu nasze bez problemu zajęły cały luk bagażowy. No chyba, że przewożą towar zza granicy, to wtedy nasze nie mają miejsca:). Towarzyszami byli spokojni eleganccy Mongołowie. Wszyscy jak jeden mąż zasnęliśmy około 23, by o 6 być już na nogach, gdy pociąg wtaczał się na peron przygranicznego Zamyn-uud.

Podróż minęła spokojnie chociaż nie do końca przespana, gdyż łóżko po połowie musieliśmy dzielić z Julem. A ten raczej spał jak król, rozpychając się łokciami i piętami zwiększając powierzchnię dla siebie. Wyglądem ani pociąg ani poszczególne wagony niczym nie różniły się od pociągu relacji Mongolia - Chiny. No może poza ceną, która za samą nazwę "international" podbijała się trzykrotnie. Z pewnym przekonaniem polecam lokalny pociąg. My pokonaliśmy tą trasę nawet z dzieckiem.

Fot. Czojr - na południu Mongolii.

2 komentarzy

  • Asia
    Asia poniedziałek, 04 sierpień 2014

    Hej, widzieliśmy ale tylko w stolicy. Dalej to tylko sina dal i nic więcej:) ale tak jak pisałam, białe mają zęby jakby wszyscy implanty mieli. Może koza tak na uzębienie wpływa:)

  • Kamil
    Kamil sobota, 02 sierpień 2014

    Hey ! podróżnicy ! a czy jakieś po drodze usługi stomatologiczne uwidzieliście ? ;)) Pozdrawiam
    Kamil

Leave a Reply

Your email address will not be published. HTML code is not allowed.