Wstaliśmy skoro świt i pustymi, ciemnymi ulicami nieustannie rozglądając się wokół swojej osi, szliśmy z przerażeniem przez Puerto Lopez na autobus do Baños. A właściwie tylko w jego stronę, bo niestety ten nie dojeżdżał do celu, tylko w kierunku Quito. Gdzieś przed samą stolicą trzeba było łapać kolejny transport do Baños.
Leniwe i pełne relaksu dni na Korsyce, przeniosły się z Porto w okolice Ajaccio – jednego z najnowocześniejszych miast i portów wyspy. Miasto słynie również z faktu, iż urodził się w niej najpopularniejszy Korsykanin i późniejszy mieszkaniec Ajaccio – Napoleon Bonaparte. Właściwie, poza bogatą historią miejsca, na ciekawskich dawnych dziejów czeka „napoleoński szlak”, który można samodzielnie odbyć tułając się po kolorowych i niejednokrotnie ekskluzywnych zakamarkach miasta.
Trudno powiedzieć, by kolejne miejsce, do którego zmierzaliśmy było najpiękniejsze na wyspie, bo dokąd na Korsyce nie docieraliśmy, byliśmy pod równie dużym wrażeniem i niejednokrotnie wypowiadaliśmy słowa: „Rany, to jedno z piękniejszych miejsc jakie widziałem/am” czy „Tu jest bosko!”.
Podnieśliśmy sobie poprzeczkę. Koniec z mazgajstwem! Czas na poważny szlak, taki parogodzinny. Cel: Małołączniak (2096 m n.p.m.) oraz przejście graniami przez Kondracką Kopę, Przełęcz pod Kondracką Kopą oraz Goryczkową Czubę aż do Kasprowego Wierchu (1987 m n.p.m.), (...)
Nie mogliśmy darować sobie Kościelca ( 2155 m n.p.m.), w kierunku którego zmierzaliśmy za pierwszym razem. Tzn. ja tak nie do końca, bo ostatni raz w Zakopanem byłam 100 lat temu, więc szczerze Tatr nie znałam. Krzysiek wspominał nieznane mi szlaki, rzucał nazwami jak z rękawa, a ja tylko przytakiwałam i upewniałam się, czy nie będzie marudził, gdy zaniżę wyniki czasowe wejścia na szczyty czy pokonania szlaków w ogóle. Twierdził, że jesteśmy dla relaksu, więc niech będzie.
W Zakopanem nie byliśmy razem wieki. Odstraszał nas tłum krupówkowy i specyfika miasta, wiecznie zapchana Zakopianka (przynajmniej tak trąbili w mediach) utrudniająca przyjemny dojazd i tłumy na szlakach. Na Tatry zdecydowaliśmy się spontanicznie, a nocleg rezerwowaliśmy z parogodzinnym wyprzedzeniem w szczycie sezonu letniego. Roztaczała się przed nami perspektywa spędzenia tygodnia w górach, pierwszy raz od pięciu lat bez dziecka, sami.
Gdy już przygotujemy się do aktywnego czasu, jaki mamy spędzić w Szczyrku, pozostanie nam do wyboru miejsce noclegowe a potem niekończąca się liczba knajpek, barów i restauracji, gdzie fajnie by było dobrze zjeść. W jednym jak i drugim przypadku można polegać na opinii znajomych, bądź znaleźć takowe w sieci. A może lepiej pokierować się własną intuicją?
Kolejnym, na polskiej mapie, naszym częstym punktem wypadowym na krótki weekend, był Szczyrk. Początkowy wybór był dość prozaiczny, gdyż drogę do tej mieściny usytuowanej w Parku Krajobrazowym Beskidu Śląskiego, z Warszawy pokonywaliśmy bardzo szybko trasą katowicką, jak na warunki polskich dróg.
Mimo iż czekała nas pobudka o piątej rano, nie mogliśmy zasnąć. Nieprzytomnie ciągnęliśmy za sobą nogi po powoli rozświetlanych uliczkach w kierunku „mercado”, skąd „colectivo” miało nas zabrać do bram wejściowych szlaku Santa Cruz. Wejściowych lub wejściowych, jak kto woli. Z reguły w Caraz szlak ten się kończył a zaczynał w Huaraz, ale była to alternatywa, jeśli ktoś wolał stopniowo przyzwyczajać się do ciągle zwiększającej się wysokości na trasie.
Opuszczając hostel nie musieliśmy długo czekać przy drodze, by złapać taksówkę. Odnosiłam wrażenie, że w tym mieście jest ich więcej niż ludności. Kierowca należał chyba do niespełnionych rajdowców i dodatkowo, mimo korków, wynalazł taki dojazd do stacji autobusowej, że bezstresowo za chwilę staliśmy na poczekalni do odprawy bagażowej.