03 Cze

PUERTO LOPEZ. NAD PACYFIKIEM.

Gdy po czterech godzinach podróży dwoma autobusami dotarliśmy do Puerto Lopez, a tym samym na Półwysep Parku Narodowego Machalilla, miasteczko nie wydało nam się jakoś szczególnie interesujące. Nazwa “park” w wydaniu egzotycznym kojarzyła się z terenem opływającym w soczystości zieleni, lazuru oceanu i gorąca latynoskich rytmów na każdym kroku. Rzeczywistość wydawała się szara tonąc wśród piaskowych wysuszonych wzgórz i rozpadających się tekturowych domków. Jednak gdy trafiliśmy pieszo z głównej ulicy, przy której nas wysadzono, do centrum przy deptaku nad plażą, zauroczyliśmy się otoczeniem. Puerto Lopez stało sobie obrośnięte pięknymi palmami, drewnianymi barami z wszechobecną Cuba Libre i hamakami oraz głośną muzyką dobiegającą z każdego miejsca już od porannych godzin.

WYPOCZYNEK W RYTMACH SALSY

W Puerto Lopez ponownie planowaliśmy “zabawić” ciut dłużej, przemyśleć dalszy plan wyprawy i odpocząć na ciepłych plażach Pacyfiku. Dwa czy trzy tygodnie przeznaczone na ten kraj stanowiły i tak zbyt krótki czas, by poznać dogłębniej Ekwador. Chcieliśmy zatem zaprzyjaźnić się chociaż z wybranymi miejscami. To, do którego trafiliśmy obecnie zostało okrzyknięte jednym z piękniejszych parków narodowych Ekwadoru, więc postanowiliśmy sami to sprawdzić.

LOKUM NA PARĘ DNI

Ponownie, jak według schematu, Lisu zostawił mnie na plaży z bagażami w celu znalezienia ciekawego lokum na nasz pobyt. Dawno tak przyjemnie nie czekało mi się na jego powrót:). W akompaniamencie porywającej salsy wysiadywałam na bagażach dłubiąc stopami w ciepłym jeszcze od słonecznego dnia piasku, wpatrując się w szumiące spokojne morze i obserwując beztroskich tubylców. Przed dotarciem do plaży zahaczyliśmy o parę hosteli. Mogliśmy bardzo zaoszczędzić na noclegach w schludnych i równie przyjaznych warunkach. Mimo iż Krzysiek dość szybko znalazł inną ciekawą ofertę, postanowiliśmy udać się jeszcze w głąb Puerto Lopez, by przekonać się o proponowanym w przewodniku noclegu niczym z bajki. Na piechotę, z – przypomnę – cholernie ciężkimi plecakami przeszliśmy spory kawałek do dżunglowo stworzonej scenerii obiektu. Faktycznie miejsce robiło wrażenie, ale cena była nie do zaakceptowania. Właściciel – tworząc ten zakątek - miał fantastyczny pomysł na biznes. Przed hotelem w palmowym otoczeniu wyrastały ręcznie wykonane “posągi” – jeden na kształt kierunkowskazu wskazującego chorągiewkami różne kierunki świata, przeplatane jakby skaczącymi wokół niebieskimi rybami, inny przedstawiał szkielet popularnego w tych stronach wieloryba. Pierwszy wyrzeźbiony był w drewnie, drugi zbudowany był faktycznie z prawdziwego szkieletu tej wielkiej ryby. Puerto Lopez przyciągało również turystów organizowanymi na miejscu wycieczkami, podczas których można było wypatrzeć tą niesamowitą rybę. Największe prawdopodobieństwo stwarzał na to sierpień a my wylądowaliśmy tu w lipcu, więc musieliśmy rozważyć wzięcie udziału w wyprawie. Miasteczko organizowało wycieczki łódkami czy motorówkami na Isla de la Plata połączone z “poszukiwaniem wielorybów”. Po rejsie na Islas Ballestas, kolejny tego typu park tak bardzo nas nie interesował. Ale walenie kusiły.

Wracając do naszych poszukiwań noclegu... Wspomniany luksusowy hotel stał po środku “sztucznie” utworzonej dżungli wśród egzotycznych, kolorowych kwiatów. Drewniany budynek z przytulnym wnętrzem, na wejściu którego witały nas rozespane dogi, mieścił recepcję. Dostaliśmy klucze do jednej z chatek stojącej wśród ogrodu, by sobie ją obejrzeć. Środek każdej chaty również wyściełany był drewnem a każde łoże otulone było moskitierą. W zależności od liczności rodziny domek oferował odpowiednią liczbę łóżek. Rozmarzyliśmy się miejscem, ale nie można przesadzać w backpackerskich wydatkach. W drogę powrotną złapaliśmy sobie rikszę i wróciliśmy do równie luksusowego, choć może nie aż tak klimatycznego, hotelu z basenem za jedyne dwadzieścia dolarów za pokój (wtedy niecałe 50 zł). Nowe miejsce nie było znowu takie gorsze i także dysponowało własnym pięknym ogrodem, w którym latały kolibry, z hamakami rozwieszonymi pod wiatą, wspomnianym już basenem, dużym pokojem z moskitierami, TV i łazienką. Rzuciliśmy bagaże w kąt i szybko wyszliśmy na miasto w poszukiwaniu ciekawej knajpki na obiad. Umieraliśmy z głodu.

LATYNOSKA WIOSKA

Puerto Lopez zachwycało nas z każdą minutą coraz bardziej. Głośna salsa z barowych głośników nie ustawała, upał panował nawet w godzinach popołudniowych, wokoło otaczali nas uśmiechnięci ludzie i nawołujący ze swych biur podróży Latynosi namawiający do popularnych w tych okolicach wycieczek. Teraz najważniejszy był posiłek, a że wybrzeże oferowało bogactwo świeżych owoców morza, postanowiliśmy właśnie ich spróbować. Z tych pyszności słynął Ekwador. Są one w tym kraju tak dobre i świeże, że można śmiało jeść je nawet w głębi kraju, gdzie do oceanu jest spory kawałek drogi. Nie zdążyliśmy przeczytać menu w jednej z restauracji, gdy nagle usłyszeliśmy w naszym kierunku po angielsku:

- Cześć, w  jakim języku mówicie? - Zapytała dziewczyna ubrana coś na styl indyjski, ale wyglądająca na Europejkę.

- Po polsku... - Odpowiedzieliśmy zdumieni i niepewni kolejnego pytania.

- Cool.. (z ang. świetnie) - Odpowiedziała uśmiechnięta, ale dla nas nadal to nic nie oznaczało.

- Tak, a dlaczego?

- Bo ja też jestem Polką - Odpowiedziała nadal mówiąc po angielsku:).

- No to może zaczniemy tak po polsku?:) - Zapytałam.

Uradowani poznaliśmy jej kompana - Brytyjczyka, z którym przyleciała tu na parę miesięcy, by taniej pożyć i nie odczuć tak boleśnie kryzysu finansowego, który dotknął również Anglię. Zaszyli się gdzieś w wiosce niedaleko od naszej a wolny czas wykorzystywali na naukę hiszpańskiego, przemyślenia i błogie lenistwo. Ona sama już od dawna nie mieszkała w Polsce, więc dodatkowo możliwość rozmowy w ojczystym języku bardzo ją uradowała. Zasiedliśmy razem na wspólnym obiedzie ciesząc się swoim towarzystwem i plotkując o wszystkim i niczym. Zadowoleni byliśmy z perspektywy spędzenia wieczoru w większym gronie. Życie w Puerto Lopez rozkwitało późnym wieczorem. Niestety nowi znajomi ostatni autobus do swojej wioski mieli o dziewiętnastej a następny dopiero świcie, więc pożegnaliśmy się dość szybko z nadzieją, że uda się spotkać za dnia jakoś w następne dni. Nie pozostało nam nic innego, jak samotnie udać się na egzotycznego drinka do jednego z wielu tutejszych barów gorącej plaży Puerto Lopez. Po emocjonującym dniu wróciliśmy do pokoju na długi sen.

BŁOGIE LENISTWO

Pierwszą noc w nowym miejscu spędziłam pod moskitierą zawieszoną w kokardę nad łóżkiem. Lisek ryzykant..nie:). W rezultacie może jakiś mały owad zdążył go ugryźć, ale ja znowu odczuwałam niedostateczny dopływ powietrza i obudziłam się zlana potem. Poranek powitał nas pysznym śniadaniem w hotelowej restauracji zrobionej na obudowanym tarasie. Już od wczesnych godzin mogliśmy dzięki temu odczuć na własnych ciałach powiew morskiej bryzy. Z widokiem na plażę delektowaliśmy się aromatyczną kawą. Niestety na pogodę się raczej nie zapowiadało. Wiał silny wiatr zasypując nas plażowym piaskiem a słońce chowało się za chmurami. Siedziałam na ręczniku i - oczywiście - wyszywałam kolejny obrazek na płótnie. Lisek tymczasem biegał przy brzegu, robił pompki, odbył “walkę z cieniem” a na koniec wykąpał się w chłodnym – jak dla mnie - oceanie.

Gdy tak siedziałam zaoferowana nową wyszywanką przeznaczoną na prezent dla rodziców, w oddali dojrzałam grupkę około dziesięcioletnich chłopców. Ledwo odrośli od ziemi a już przejawiali latynoskie “macho’we” zapędy popisując się przede mną wzajemną przepychanką, wywracaniem się czy śmiechem. Na koniec nieśmiało się przywitali.

Po godzinie plażowania, obserwowania popylających po brzegu krabów oraz różnorakiego ptactwa  latającego nam nad głowami i w znudzeniu oczekując na mocniej grzejące słońce, poszliśmy nad hotelowy basen. Tu czekała nas przyjemna kąpiel w chłodnej wodzie. Byliśmy sami. Słuchaliśmy muzyki, skakaliśmy do wody i obserwowaliśmy śmigające przed oczami kolibry. Nie minęło sporo czasu, jak zdaliśmy sobie sprawę, że chyba się spaliliśmy. Po raz kolejny ulegliśmy złudzeniu, że jak słońce za chmurami, to nie opala. Opala, opala i to najdotkliwiej. Udaliśmy się do pokoju na chłodny prysznic i balsamowanie popalonych ciał.

TANIE MENU Z OWOCAMI MORZA

Miłym rytuałem stał się obiad z owoców morza. Restauracje oferowały przeróżne dania, tak więc za każdym razem spędzaliśmy mnóstwo czasu wczytując się w bogate menu. Tym razem wybór padł na tortillę z krewetkami, sałatką i frytkami oraz podsmażane ośmiorniczki z cebulą i czosnkiem w akompaniamencie podobnych dodatków. Kelnerem był śmieszny i nieśmiały dziewięcioletni grubasek.

WODA I KANALIZACJA W AMERYCE PŁD.

Z pełnymi brzuchami spacerowaliśmy “surowymi” ulicami Puerto Lopez. Szliśmy drogami dopiero wylewanymi asfaltem, przygotowywanymi na ruch turystyczny. Stałym widokiem była również ciężarówka dostarczająca do miasta wodę. Nie bez powodu zatem w każdym hotelowym pokoju z łazienką wisiała kartka z informacją o konieczności jej oszczędzania. Skoro do niektórych miast Ekwadoru musi być specjalnie dostarczana do spożycia czy kąpieli, należało to uszanować. A propos nietypowych zwyczajów, z którymi przyszło nam się spotkać w Ameryce Południowej, był również fakt wyrzucania papieru toaletowego do kosza stojącego tuż koło sedesu. O tym obowiązku przypominały również kartki rozwieszone w WC. Prawdopodobnie kanalizacja nie była ich mocną stroną. Ciężko było pamiętać o typowych odruchach w tej sytuacji..

OKOLICZNE ATRAKCJE

Podczas spaceru byliśmy wielokrotnie zaczepiani przez naganiaczy wycieczkowych do skorzystania z ich ciekawej oferty, skorzystaliśmy z dobrodziejstw tutejszego urodzajnego marketu, zajrzeliśmy przez “bezszybowe” okna drewnianego kościółka, zlokalizowaliśmy pobliski internet i zorientowaliśmy się w opcjach dojechania do pobliskiego Parku Narodowego Machalilla. Wracaliśmy do pokoju o zachodzie słońca zahaczając po drodze o sklep, w którym zaopatrzyliśmy się w dobre czerwone wino i nachosy. Wieczór spędziliśmy romantycznie przy basenie na hamakach z owym zakupem, obserwując spokojnie latające nam nad głowami nietoperze nurzające się w basenie, prawdopodobnie w celu uchwycenia jakiegoś “owadziego” kąska. Po drzewie w ciemnościach przemknęło coś większego na kształt tchórzofretki. Po plecach przeszedł zimny dreszcz.

Podobał Ci się ten wpis? Miło nam będzie jak zostawisz komentarz lub go polubisz;)

Fot. Puerto Madryn, Ekwador (2009). 

Comments

  • Dolnośląski Podróżnik

    Błogie lenistwo z polskim akcentem :) I to w Ekwadorze... Też chętnie bym pojechała :)

    Dolnośląski Podróżnik wtorek, 27 październik 2015 08:51
  • Asia

    Agnieszka,zaskoczę Cię - 20USD za pokój, czyli 50 zł:)

    Asia niedziela, 25 październik 2015 14:17
  • Marta (http://podrozeodkuchni.pl/)

    Też bym chciała tam pojechać, ale na razie mam całą długą listę wyjazdów przed sobą. Pozdrawiam!

    Marta (http://podrozeodkuchni.pl/) niedziela, 25 październik 2015 13:21
  • Agnieszka

    50 dolarów za taki pokój ! Przecież to aż niemożliwe :) Jeszcze w takim miejscu...

    Agnieszka niedziela, 25 październik 2015 09:13
  • Pat

    Kiedyś pojadę w tamte regiony, poki co chetnie czytam.

    Pat sobota, 24 październik 2015 19:37
  • Asia

    Marzenia są po to by je spełniać:)

    Asia sobota, 24 październik 2015 05:31
  • Karolina

    Zazdroszczę, marzy mi się Ameryka Południowa!

    Karolina sobota, 24 październik 2015 04:17

Leave a comment

Make sure you enter the (*) required information where indicated. HTML code is not allowed.