wtorek, 28 kwiecień 2009

DROGA DO PUNO. ODMIENNE ŚWIATY.

Czekał nas dzień pełen emocji i podwyższone ciśnienie. Na terminalu autobusowym w Arequipie udaliśmy się do agencji, w której wcześniej zakupiliśmy bilety. Liczyliśmy dowiedzieć się, z którego sektoru odchodzi nasz autobus i „okleić” bagaże (jak przy odprawie na lotnisku). Zrobiło się jakieś zamieszanie, którego nie mogliśmy do końca pojąć. Kobieta sprzedająca nam wcześniej bilety, zawołała inną kobietę, a tamta znowu zabierając nasze bilety gdzieś zniknęła..

Czekał nas dzień pełen emocji i podwyższone ciśnienie. Na terminalu autobusowym w Arequipie udaliśmy się do agencji, w której wcześniej zakupiliśmy bilety. Liczyliśmy dowiedzieć się, z którego sektoru odchodzi nasz autobus i „okleić” bagaże (jak przy odprawie na lotnisku). Zrobiło się jakieś zamieszanie, którego nie mogliśmy do końca pojąć. Kobieta sprzedająca nam wcześniej bilety, zawołała inną kobietę, a tamta znowu zabierając nasze bilety gdzieś zniknęła.. W tym bałaganie okazało się, że firma, w której zakupiliśmy przejazd, prawdopodobnie nie miała swoich autobusów, tylko upychała pasażerów do autobusów innych korporacji, w których akurat znajdywały się wolne miejsca. A tacy byliśmy zadowoleni, że udało nam się zrobić dobry „deal” wybierając nawet super miejscówki (pierwsze na piętrze z widokiem na całą drogę poprzez oszklony przód). Dostaliśmy w rezultacie kompletnie inne miejsca niż te napisane na biletach i przez chwilę nawet nie mieliśmy pewności, czy w autobusie będzie WC. Dla nas był to dość istotny warunek zakupu, tym bardziej gdy dotyczył kilkugodzinnej podróży bez przystanków. Poza tym autobus  miał jechać bezpośrednio do Puno a w rezultacie zatrzymywał się na każdym zadupiu bez powodu. Nasza bulwersacja niestety zdała się na nic. Ruszyliśmy…

Peruwiańskim autobusem...

W takiej gamie zapachów to jeszcze nie jechaliśmy: od śmierdzących skarpet, przez puszczane bąki do fetoru moczu, cóż… Przede mną siedział mężczyzna cały czas wiercący się na swoim siedzeniu i zabierający mi zasłonkę, przez co od palącego za oknem słońca podróżowałam w siódmych potach. Dodatkowo trzymał dłoń na tyle swojego siedzenia, więc cały czas byłam skazana obserwować jego paskudny, brudny i długi paznokieć małego palca. To było obrzydliwe. A co najlepsze - w Ameryce Południowej jest to jakby symbolem mody, gdyż co drugi mężczyzna ma taki wyhodowany?? Mężczyzna tak wysoko trzymał swoje stopy, że widziałam jego pożółkłe skarpety. Nie należę do obrzydliwych osób, ale to przeszło granicę mojego dobrego smaku.

Dojeżdżamy do Puno

Podróż trwała sześć i pół godziny, czyli o półtorej godziny dłużej niż wskazywał na to rozkład jazdy. Widoki na trasie niezmienne: zielonkawe wzgórza gdzieniegdzie poprzecinane wstążkami rzek. Wjeżdżając w bramy miasta pokazało się ono nam niczym z lotu ptaka. Bo tak też Puno jest umiejscowione - niczym w dolinie, z czerwonawo-ceglanymi domkami wyglądającymi jakby były zrobione z pudełek od zapałek (bez dachów). W oddali połyskiwało jezioro Titikaka. Na dość ekskluzywnym terminalu dopadła nas właścicielka hostelu z propozycją dwuosobowego pokoju za pięćdziesiąt złotych z telewizorem i łazienką z ciepłą wodą. Skusiliśmy się, bo wstępne oferty były według nas przesadzone cenowo. Potem okazało się jednak, że na tej samej wąskiej uliczce są hostele o połowę tańsze. Ale pokój okazał się być niczego sobie. Dodatkowo ze śniadaniem i internetem w cenie. Najgorszym był jednak fakt pokonania paru pięter, by dostać się do pokoju. Puno leżące na wysokości około 3800 m n.p.m. znowu utrudniało codzienne czynności, które wymagały choć trochę wysiłku fizycznego.

Po wieczornym spacerze wróciliśmy do pokoju na zimny prysznic, który miał być ciepły. Zaczęliśmy przyzwyczajać się do faktu, że Latynosi wiecznie i nad wyraz zachwalają swoje a gdy się o coś pytasz odpowiedzą ci z pewnością na wszystko „si, si” nawet, jak nie jest to takie oczywiste.

Leave a Reply

Your email address will not be published. HTML code is not allowed.