05 Lip

REJS KOLUMBIA-PANAMA

Początkiem ciekawie zapowiadającego się rejsu byliśmy zawiedzeni i z każdą godziną coraz bardziej zdenerwowani i zniecierpliwieni. Wczesnym rankiem cała ekipa, która planowała dostać się łódką Fabiana do Panamy, stawiła się w „Casa Viena”, gdzie mieliśmy się z nim spotkać. Ten na wstępie spóźnił się i bez słowa wytłumaczenia wsadził nas do taksówek w kierunku portu. Sam w tym czasie miał podobno załatwić odprawę paszportową bez naszej obecności. Wkurzyliśmy się, że wziął nasze paszporty i że całej tej biurokracji nie mógł załatwić wcześniej. Okazało się również, że po tym wszystkim planował pojechać jeszcze do supermarketu zakupić prowiant na drogę.

POŻEGNANIE KOLUMBII

W rezultacie straciliśmy dużo czasu na kręcenie się na siłę po Cartagenie, mogąc w tym czasie wyspać się jeszcze w naszym hotelu. Tym sposobem przyszło nam czekać na kapitana pięć godzin, więc po załadowaniu bagażu na mikroskopijną, niczym mazurską, łódkę zawróciliśmy z poznaną załogą na starą część miasta. Pozytywem było to, że grupa, z którą przyszło nam przebywać przez kolejne parę dni, okazała się bardzo sympatyczna i zabawna. Sypiąc z rękawa informacjami, przekrzykując się jeden przez drugiego (Amerykanin Kuldeep, Amerykanka – Becky oraz Francuz – Emilien), szliśmy do centrum Cartageny żegnać się z Kolumbią. Tylko chłopcy się ze sobą znali i od miesiąca podróżowali w swoim przypadkowym towarzystwie. Dziewczyna wydawała się bardziej skryta, mimo że samodzielnie od pół roku zwiedzała Amerykę Południową. Przy Puerta del Reloj rozdzieliliśmy się. Razem z Krzyśkiem postanowiliśmy na straganie zakupić ostatnie koraliki i drobnostki dla znajomych a chłopcy poszli na obiad. Becky w ogóle zniknęła nam gdzieś po drodze.

W końcu zasiedliśmy na bujającym się pokładzie i zahaczając jeszcze o morską „stację benzynową” przy zbliżającym się zachodzie słońca, żegnaliśmy z morza Cartagenę. Łza zakręciła się w oku na myśl, że skończył się pierwszy i najważniejszy dla nas etap wyprawy.

CHOROBA MORSKA DAMSKIEJ CZĘŚCI

Łódka, jak wspomniałam, była niewielka i przytłaczająca. Zastanawialiśmy się, jak na tak małej przestrzeni wytrzymamy z obcymi nam osobami. Ale nie mieliśmy, co się zastanawiać, bo wyjścia z sytuacji nie było. Przecież z łódki nie wyskoczysz... Mnie już na wstępie „zmogło” i rozłożyło na kolejne dwa dni żeglugi, bo tyle właśnie płynęliśmy po otwartym morzu. Gdy siedziałam na pokładzie podziwiając świat, było w porządku. Lecz gdy tylko zeszłam do kajuty robiło się coraz gorzej. Wszystko wirowało i w głowie i brzuchu. Płeć piękna odpadła jako pierwsza, bo Becky już przede mną na stałe zajmowała ubikację wracając ostatkiem sił zasiniała na swoje łóżko. Obie przespałyśmy te straszne dni bujania. Tylko jednym okiem widziałam wysokie fale i unoszący się horyzont, jakby łajbę chciały zaraz pochłonąć odmęty morskie. Poza aviomarinem, który dodatkowo lulał mnie do snu, nie byłam w stanie przełknąć prowizorycznych posiłków szykowanych przez Fabiana. Teraz mi wisiało, czy dobrze gotuje czy źle i czy w ogóle potrafi.

Z perspektywy czasu myślę, że nawet nieźle to sobie wykombinował wiedząc, że połowa załogi się wykruszy przez chorobę morską. Nie wkładał zbyt wiele wysiłku w przygotowywanie nam pożywienia. A wszystko wliczone było w te grube dolary. Brak apetytu miał w tym przypadku swoje dobre strony, bo schorowane dostawałyśmy z Becką energetyczne batony musli na śniadanie a część męska na każdy posiłek dostawała tosty z dżemem lub tuńczykiem. Chyba zdążyło się to im przejeść.

2 DNI NA OTWARTYM MORZU

Krzyśka nic nie dopadło. Biegał jak oszalały po pokładzie pomagając kapitanowi we wszystkim, o co poprosił. Dziewczyny zwolnione były z nocnego czuwania przy sterze. Tyle dobrego... Przespałam piękny zachód, jeszcze piękniejszy wschód słońca i księżyc w pełni na otwartym morzu, burzę wywołującą potężne fale i deszcz, który również przyniósł przyjemne oczyszczenie. Z tym ostatnim to nawet dosłownie, bo kąpiel przy użyciu słonej wody nie należał do przyjemności, nie wspominając już o tym, że mydło praktycznie nie chciało się w niej pienić. Człowiek “wypluskiwał” się z brudu tyle o ile. Wszelkie atrakcje, które mnie ominęły, na aparacie uwiecznił mój mąż. Dzięki Lisu!:).

OKO W OKO Z DELFINEM

Drugiego dnia rejsu ze snu wybudziło mnie pobudzenie chłopaków obfitujące w radosne okrzyki. Pod burtę podpłynęła chmara delfinów skacząc wesoło przed dziobem „mazurskiej” żaglówki. Kładąc się brzuchami na pokładzie dłońmi mogliśmy dotykać ich wesołych grzbietów. Tępo przyglądałam się długo odprowadzającym nas stworzeniom. Cudny widok! Później tak samo szybko zniknęły, jak się pojawiły.

Kolejnego dnia widoki z "okna łódki" wprawiły nas w osłupienie..

Fot. Pierwsze dni rejsu Kolumbia - Panama przez Morze Karaibskie (2009)

Comments

  • Asia

    Faktycznie z chorobą morską łatwo nie jest, ale widoki rekompensowały niedogodności. Jednak gdy Fabian wspomniał, że rozważa zorganizowanie rejsu przez wyspy karaibskie i zobaczyłam błysk w oku Lisa, przeraziłam się.. bo wtedy musiałabym się zgodzić a to oznaczałoby spędzenie na otwartym morzu w małej łódce dużo więcej czasu..

    Asia środa, 23 marzec 2016 11:29
  • Evi Mielczarek

    No tak, rejs jak się ma chorobę morską to nie jest łatwy temat. Ja na szczęście nie mam, więc pewnie skorzystałabym z rejsu na całego. Fajny pomysł na przemieszczanie się między krajami. A widoki i napotkane zwierzęta - super opcja. Ja bardzo lubię pływać, zawsze jak gdzieś jestem staram się nawet na rejs po rzece w mieście się załapać :)

    Evi Mielczarek środa, 23 marzec 2016 10:14

Leave a comment

Make sure you enter the (*) required information where indicated. HTML code is not allowed.