29 Cze

MAGICZNA CARTAGENA

Jechaliśmy wzdłuż linii brzegowej Morza Karaibskiego, gdy nagle zerwał się silny wiatr. Niebo pociemniało i pokryło się granatowymi chmurami a o szybę zaczął dudnić kujący deszcz. Morze było wzburzone a mi przed oczyma stanął obraz fali zalewającej drogę, po której mknęliśmy. Na szczęście było to tylko moje katastroficzne wyobrażenie, które się na szczęście nie ziściło.

 

 

 

SŁYNNY KOLUMBIJSKI PORT

Obrzeża Cartageny szybko przypomniały obrazki z Santa Marty – stare, nieodrestaurowane budynki pomalowane w pstrokate kolory, jednocześnie upodabniające się do kubańskiej Hawany. Cartagena należała do jednego z ważniejszych portów Morza Karaibskiego, tętniąc nocnym życiem a za dnia zachwycając tajemnicami starych kamienic, kościołów, muzeów i fortecy okalającej miasto. Starówkowa Cartagena zbudowana z labiryntu wąskich uliczek, rozkochiwała każdego kto tu zawitał. Backpakerzy standardowo rozlokowują się w jej centrum, w której poza tańszymi hostelami znajduje się również mnóstwo bogatych i ekskluzywnych hoteli oraz restauracji.

 

ORGANIZACJA REJSU DO PANAMY

Podrzucono nas pod hostel Casa Viena, gdzie wcześniej – jeszcze z Tagangi - próbowałam zrobić rezerwację na pokoje przez internet, choć bezskutecznie. Posiadaliśmy informacje od poznanego w Peru Węgra i ze stronic poczytnego przewodnika, że z tutejszego portu organizowane są rejsy przez Karaiby do Panamy. Casa Viena dawała gwarancję bezpiecznej podróży, bo miała swoich sprawdzonych kapitanów. Wolnych miejsc do spania w hostelu oczywiście nie było, ale bardzo nas to nie zmartwiło, bo i tutejszy standard nie do końca nam odpowiadał. Trafiliśmy do innego polecanego przez recepcję – Hostel Holiday. W trakcie sprawdzania przez Krzyśka ofert pobliskich hosteli, ja zdobywałam informacje o rejsie żaglówką do Panamy. Niestety najbliższy dostępny termin wyprawy miał miejsce dopiero za tydzień, ale nie mieliśmy wyjścia. Czekała nas perspektywa dogłębnego poznania Cartageny i konieczności znalezienia alternatyw do spędzania wolnego czasu w mieście.

 

Na szczęście udało nam się szybko zorganizować spotkanie z kapitanem i rezerwację rejsu mieliśmy w kieszeni. Widząc w jego laptopie zdjęcia z sześciodniowej przeprawy przez Archipelag San Blas, rozmarzyliśmy się. Fotografie wyglądały na przerobione w Photoshop’ie, tak pięknie nierealne. Przepłynięcie Morzem Karaibskim z Kolumbii do Panamy zajmowało de facto dwa dni, jednak rejs przewidywał skorzystanie z uroków magicznych wysepek Archipelagu, stąd cała wyprawa wydłużała się do pięciu-sześciu dni. Tygodniowa przygoda z pełnym wyżywieniem i pewnością, że nie znajdujemy się na łajbie przewożącej tony kokainy na pokładzie, kosztowała nas po krótkich negocjacjach 300 USD na głowę. Zakładając, że dolary zakupiliśmy w Polsce po 2 zł, rejs stanowił wyjątkową okazję cenową. 

 

POSZUKIWANIE NOCLEGU

Pogaduchy z Fabianem (kapitanem łódki) przedłużyły się do zmroku, więc darowaliśmy sobie zapoznawczy spacer po mieście i udaliśmy się do nowego pokoju na sen. Na patio hostelu poznaliśmy dwóch Szkotów, z którymi zamieniliśmy słowo, po czym grzecznie pożegnaliśmy się.

  

Za to dość wcześnie urządziliśmy sobie pobudkę, by do południa znaleźć jakieś ciekawsze lokum (skoro mieliśmy spędzić w nim tydzień) i lepiej poznać urokliwą Cartagenę. Pamiętającymi zamierzchłe czasy uliczkami dotarliśmy do miejsca, w którym aż kipiało od klimatycznych kafejek i romantycznych restauracyjek. Zasiedliśmy w takiej jednej na obiadowych pysznościach.

  

ZABYTKI CARTAGENY

Mimo wysokiej temperatury powietrza owiewał nas lekki wiatr, dzięki czemu spacer był istną przyjemnością. Na dziś przypadał “bank holiday” w Kolumbii a każdy wolny od pracy dzień w tym kraju oznaczał wyludnione ulice, jakby miasta opanowała jakaś zaraza. Niestety sytuacja nie dotyczyła bezdomnych, od których w takie dni na ulicach się roiło. Idąc główną uliczką starej części Cartageny, mijaliśmy piękną architekturę. Ściany budynków wprost buchały kolorami i zapachami porosłych w kwiaty balkonów. Fortecę otwierał słynny Puerta del Reloj - wieża zegarowa i zarazem brama główna prowadząca do “wnętrza” miasta. W przejściu mieściła się antyczna “księgarnia” (książki sprzedawane tu były ze starego babcinego regału) i szafa z płytami winylowymi. Postanowiliśmy poszukać jakiegoś polskiego autora, ale niestety nic takiego nie odnaleźliśmy.

 

Przechodząc przez ową bramę trafiliśmy na Plaza de los Coches, który niegdyś służył za market niewolnikami. Mijając Plaza de la Aduana – najstarszy i największy plac starego miasta, dotarliśmy do Plaza de Bolivar – placu w parkowej scenerii i z pomnikiem Bolivara na koniu (bohatera walk wyzwoleńczych Ameryki Południowej przeciwko najazdom Hiszpanów, która rozpoczęła się właśnie od Cartageny). Tu robiąc sobie krótką przerwę zasiedliśmy na ławce. Lisowi zachciało się kawy z termosu, którą sprzedawano tu na każdym kroku. Nie minęła chwila, jak zagadało nas dwóch starszych Kolumbijczyków. Gdy dowiedzieli się, skąd pochodzimy, od razu rozpoczęli rozmowę o Janie Pawle II. Jeden z nich wyłonił z kieszeni monetę z wizerunkiem papieża. Spotkanie było bardzo emocjonalne a my na nowo poczuliśmy się jak u siebie.

 

Miasto w mieście” otoczone było fasadą – tzw. Las Murallas. Gdy dotarliśmy do jednego krańca, zza murów wyłoniło się morze a w oddali pas biznesowej części Cartageny porosłej w wysokie, kolorowe wieżowce. Wgramoliliśmy się na fosę i dalej nią już kontynuowaliśmy nasz spacer. Tym sposobem doszliśmy do jednej z knajpek, usytuowanej wśród armatnich luf z widokiem na stare miasto jak i horyzont niebieskich wód. Uznaliśmy, że knajpa musi się znaleźć na naszej liście odwiedzanych punktów, tego głównie nocą.

 

NAD MORZEM

Wracaliśmy kolejnymi mniejszymi czy większymi placykami koło niesamowitych teatrów czy kościołów. Zachodząc do jednego ze sklepów z pamiątkami zauważyłam wiele obrazów z powtarzającym się motywem pulchnych postaci Botero. Przypominały one posągi widziane w Medellin. Bardzo przypadły mi do gustu.

 

Wychodząc poza bramy fortecy w oddali dojrzeliśmy majaczący w porcie ogromny stary żaglowiec. Wokół niego stało mnóstwo mniejszych stateczków. Wyczuwalny był świeży zapach soli i rześkość płynąca z morza. Miejsce opanowane zostało przez biura turystyczne proponujące głównie rejsy do pobliskiej i słynnej Playa Blanca. Pobliska miejska plaża nie wyglądała na uczęszczaną i przystosowaną do użytkowania a woda wydawała się niezdatna do kąpieli. Mimo to spodobało nam się tu. W tle znowu ujrzeliśmy wieżowce. W nieustającym upale wróciliśmy do hostelu. Krzysiek wypatrzył po drodze klimatyczny hotel na pozostałe dni naszego pobytu. Okazało się, że cena zbytnio nie różniła się od tej w Holiday’u a standard zdecydowanie przewyższał zwykłe progi hostelowe. Chcieliśmy podnieść swój standard. A co tam:)

 

SALSA NA CAŁEGO!

Pracujący na recepcji “negrito” podpowiedział, gdzie możemy wieczorem się zabawić. Trzeba przyznać, że byliśmy tego spragnieni, bo jakoś nietypowo nie wychodziło to nam do tej pory. I tym sposobem trafiliśmy do “Donde Fidel” (czyt. Gdzie Fidel) znajdującego się u bram Puerta del Reloj. Knajpa już z zewnątrz tętniła gorącymi i głośnymi rytmami salsy. Zasiedliśmy nieśmiało przy jedynym wolnym stoliku w rogu sali. Obok siedziała już rozweselona grupa ludzi w przedziale wiekowym między trzydzieści pięć a czterdzieści lat. Sączyli widocznie kolejną butelkę słynnego na Karaibach rumu. Pobudzony atmosferą Lisu poderwał się do tańca ciągnąc mnie na siłę na parkiet. Czując się lekko zawstydzona chwilowo odmówiłam pląsów wśród Latynosów. Jednak najpierw klaskanie wszystkich w knajpie wywołane wyjściem męskiej wersji gringo na środek a potem głośne nawoływanie mojej osoby przez klubowiczów spowodowało, że się poddałam i zaraz dołączyłam do tańca. Ponownie nastąpiły oklaski i krzyki. Rozbawiona grupa tańczyła z nami w kółku wyrywając a to mnie a to Krzyśka do salsy w parze. W międzyczasie do stolika obok dosiadło się około pięćdziesięcioletnie małżeństwo stawiając nam piwo (może na odwagę lub po prostu z sympatii)i długo rozmawiając o wszystkim. Na wiadomość, że jesteśmy Polakami zauważyłam zaszklone oko Latynosa, który z rozczuleniem wspominał wizytę naszego papieża w Cartagenie lata temu. Wspólna znajomość zakończyła się wzajemnym kupowaniem sobie trunków a potem przyjacielskim pożegnaniem. 

 

Powrót do stolika po pierwszej próbie salsy zakończyła się poklepaniem po ramieniu Lisa przez jakiegoś starszego dziadzia, który do knajpy trafił – prawdopodobnie – w akompaniamencie swojej dużo młodszej żony. Czuliśmy się tacy zadomowieni. Na parkiecie pojawiła się znana nam twarz – recepcjonista z Holiday’a poderwany przez “białaskę” również z naszego hostelu. Mrugnął do nas okiem. Był zadowolony. Dla niego powodzenie u “gringo” na pewno spowodowało zwiększenie poczucia swojej wartości.

  

Tego dnia wytańczyliśmy i wybawiliśmy się za wszystkie czasy i to nie tylko w swoim towarzystwie, ale i z Latynosami, których nie sposób było nie pokochać. I patrząc wstecz na nasz asekuracyjny strach przed Kolumbią wydawało się aż niepojęte, że spotkamy się tu z taką serdecznością i otwartością. Opuszczaliśmy “Donde Fidel” zaprzyjaźnieni z co drugim Kolumbijczykiem, który zawitał tu tego wieczoru. Salsa okazała się niesamowitym tańcem zmysłów wyzwalającym pokłady energii i radości. Nawet nie spostrzegłam się, jak tańczyłam w pewnym momencie na bosaka.

 

NOCNE SZLAJANIE

Traktując już wieczór zachęcająco imprezowo wyszliśmy z “Fidela”, by zobaczyć jak bawi się towarzystwo w restauracji wśród armatnich luf, przy samej fosie. Tu niestety się zawiedliśmy, bo klimatyczne miejsce okazało się być snobistycznym skupiskiem bogatych Amerykanów pląsających w transowych rytmach techno. Zasiedliśmy na skórzanych białych sofach, a na przeciwko nas siedziały podchmielone siusiary wdzięczące się przed podstarzałymi panami z wypchanymi portfelami. Lisu zakupił mi wodę a sobie makabrycznie drogą pięćdziesiątkę wódki z cytryną (5 USD, ledwo przełykalne z powodu ceny:). Zniesmaczeni szybko opuściliśmy lokal. Wracaliśmy ciemnymi uliczkami obiecując sobie, że nie popełnimy więcej tego błędu. W zakamarkach kryli się albo bezdomni albo dealerzy. Mieliśmy niezłego pietra. Wróciliśmy późno, ale na szczęście cali i zdrowi.

 

BŁOGIE LENISTWO

Obudziliśmy się bez większych planów na ten dzień. Właściwie chcieliśmy spędzić go leniwie i bez kombinacji. Zachwycaliśmy się przede wszystkim naszym nowym lokum, dekoracjami, starymi meblami z historią, pomysłami na wykończenie hotelu oraz delikatnym zapachem unoszącym się w powietrzu a przypominającym standardy spa. Z pokoju wygrzebaliśmy się po trzynastej, więc uznaliśmy, że na śniadanie jest już za późno. Zasiedliśmy w jednej z klimatycznych knajpek na obiad. Miejsce kipiało od ludzi, co oznaczało, że jest to najlepsza reklama jego kulinariów. I tak też było.

 

 Lisu miał chęć zakupić sobie buty sportowe do joggingu. Skoro już noga nie dokuczała, to czemu by nie powrócić do biegania? I tak też zrobił. Ja na nudę też nie narzekałam, bo a to wyszywałam kolejny obrazek, a to szłam na internet położony po drugiej stronie ulicy i tam kontynuowałam przerabianie zdjęć do bloga lub po prostu go pisałam. A gdy i to mi się znużyło, czytałam kolejne anglojęzyczne książki z bogatej biblioteczki hotelowej.

  

Krzysiek wracając do pokoju doniósł z wynalezionej i pachnącej na kilometr piekarni gorące bułki z serem na słono. Innym razem dołączał do kafejki internetowej, gdzie zaczytywał się w wiadomościach o Polsce lub słuchał muzyki na youtube. W przerwie na lenistwo lądowaliśmy na pysznościach w niedrogich restauracyjkach. Zdążyliśmy nawet wyrobić sobie codzienny nawyk zasiadania na pożywnym i energetycznym śniadaniu w kolorowym barze obok hotelu. Standardem był półmisek egzotycznych owoców polany jogurtem i posypany prażonym musli. Do tego, jakby zdrowia w tym było za mało, dostawaliśmy sok ze świeżo wyciskanych pomarańczy. Na zakończenie delektowaliśmy się aromatyczną kolumbijską kawą.

  

Senność utulana była wilgotnym upałem umilanym chłodem buchającym z wiecznie włączonego wentylatora.

 

Następnego dnia świętowaliśmy naszą rocznicę ślubu. Był to czas pełen niespodzianek.

 

Fot. Cartagena, 2009.

 

Comments

  • Asia

    O, to chętnie dowiem się czegoś o tej monecie jak tata przekaże:)a salsa to był nieplanowany kurs pod dachem bardzo popularnej wtedy knajpy, gdzie stanowiliśmy jednych z nielicznych "gringos"; przyznam, że się tego nie spodziewałam, ale wyszło przednio! a kawa kolumbijska jest również ceniona wśród jej smakoszy.

    Asia wtorek, 23 luty 2016 21:45
  • kori

    wow inny swiat totalnie, ale fajnie uczyc się salsy właśnie w miejscu gdzie ma swoje korzenie i wszystko sprzyja - gorące słońce, drinki pod palmami, itd. a moneta z JP II interesujaca musze spytac tate czy słyszał o takiej bo jest zainteresowany polonicą. a najbardziej to miałabym ochotę na ta kolumbijska kawę :)

    kori wtorek, 23 luty 2016 21:12
  • Asia

    Salsę po swojemu tańczyliśmy już nie raz w Warszawie swego czasu a i był wtedy na nią szał w dyskotekach. Dopiero w Kolumbii nabrała ona innego wymiaru, znaczenia, tam naturalnie ciało chodziło wte i we wte w takt muzyki:). Gdy w obroty wzięli nas Kolumbijczycy: za Krzyśka wzięły się korpulentne chicas a za mnie ich partnerzy, nie było wyjścia. I daliśmy radę, nie było wstydu:)

    Asia wtorek, 23 luty 2016 19:04
  • Szymon/Za miedzą i dalej

    ja chyba niedługo będę mieć warsztaty salsy w Polsce ;) w Kolumbii musi być super!

    Szymon/Za miedzą i dalej wtorek, 23 luty 2016 18:12
  • Karolina

    Matulu! Jakże tam jest pięknie!
    Rozumiem, że nigdy przedtem salsy nie tańczyliście ? :D Ja też nie, ale uważam że to cudowny taniec, ale chyba spaliłabym się ze wstydu przy takich oklaskach i zachętach i obserwowaniach przez lokalnych, nigdy wcześniej nie mając do czynienia z tym tańcem! Daliście się porwać :D pięknie!

    Karolina wtorek, 23 luty 2016 17:58
  • Natalia | biegunwschodni.pl

    Aż mnie naszła ochota na wieczór z salsą w jakiejś zadymionej kolumbijskiej knajpce :)1118

    Natalia | biegunwschodni.pl wtorek, 23 luty 2016 16:14
  • Asia

    Dzięki Monika. Faktycznie, Cartagena była baaaardzo kolorowa, nie tylko dosłownie:)

    Asia wtorek, 23 luty 2016 14:19
  • monika

    Ah zazdroszczę tej salsy i hamaków:) piękne zdjęcia aż się chce jechać:)

    monika wtorek, 23 luty 2016 14:01

Leave a comment

Make sure you enter the (*) required information where indicated. HTML code is not allowed.