Od dżdżystej pogody bolała mnie głowa, a gdy bolała mnie głowa, nie miałam zbyt wiele sił na trekking na wulkan. Lisu za to gnał jak opętany zachwycony kondycją i sprawnością nogi. Początkowo ruszyliśmy w górę miasta. Droga wiodła stromo w górę, niczym w San Francisco.

czerwiec 10, 2009

AKTYWNIE W BANOS

- Jak nazywa się indiański wódz? – Zapytał któregoś dnia Krzysiek.

- Nie wiem. – Odparłam od niechcenia.

- Kacyk:).

Poranek był czasem wielu przemyśleń. Dziś mijały trzy miesiące podróży. I o ile dwa tygodnie wcześniej dotknął nas kryzys emocjonalny spowodowany chęcią powrotu do bliskich, tak teraz z radością patrzyliśmy na przyszłość, a zarazem smutkiem, że lada chwila ta przygoda dobiegnie końca.