poniedziałek, 08 czerwiec 2009

WULKAN, GORĄCE ŹRÓDŁA I SOK Z TRZCINY

Od dżdżystej pogody bolała mnie głowa, a gdy bolała mnie głowa, nie miałam zbyt wiele sił na trekking na wulkan. Lisu za to gnał jak opętany zachwycony kondycją i sprawnością nogi. Początkowo ruszyliśmy w górę miasta. Droga wiodła stromo w górę, niczym w San Francisco. Już po paru krokach czuliśmy się wycieńczeni. Baños widziane po drodze z każdego coraz wyższego punktu widokowego spowijała mgła a domki przyjmowały kształt pudełek od zapałek. Gdy dotarliśmy do początku trasy okazało się, że pięła się ona również pionowo, lecz w wyżłobionej wśród zarośli rynnie.

WULKAN TUNGURAHUA (5.016 m n.p.m.)

Nie planowaliśmy wchodzić na szczyt wulkanu, ale mimo to trekking zajął nam trzy godziny. Gdy tylko gąszcz lekko się rozrzedzał, wyłaniało się Baños z lotu ptaka coraz mniejsze i mniejsze. Jeszcze tylko trochę wysiłku i dodatkowe piękne widoki po drodze, aż dotarliśmy na drugie śniadanie. Siedząc na porośniętej dziką trawą skarpie podziwialiśmy różnorakie rośliny po każdej naszej stronie. Z jednej szlak porastały dzikie ogromne kaktusy, kolorowe nieznane gatunki kwiatów czy krzewy z leśnymi owocami. Mimo tak stromego podejścia widywaliśmy czasem na trasie Ekwadorki pnące się na koniach ku szczytowi. Zasiedliśmy na mokrym podłożu i zaczęliśmy robić sobie kanapki. Na deser były mandarynki. Z górki, jak to z górki - łatwiej i szybciej. Jeszcze trochę i byliśmy na dole. A że mieliśmy po drodze do jednego z bardziej znanych gorących źródeł - El Salado - postanowiliśmy tam zajrzeć. Później mogłoby już nie być takiej okazji, bo znajdywały się dwa kilometry od miasta a nam mogłoby nie być po drodze albo wstąpiłby w nas najzwyczajniej leń.

NATURALNE JACUZZI

Jedno było pewne - nie było konkurencji dla “aquas calientes” ze szlaku na Machu Picchu. Było chłodnawo i wilgotno, więc kąpiel w gorących wodach była jak najbardziej na miejscu. Przebraliśmy się w obskurnych przebieralniach umiejscowionych pod gołym niebem, oddaliśmy torby do pseudo szatni i wskoczyliśmy zmarznięci do jednego z kilku basenów naturalnych źródeł. Dziwne uczucie. Wszyscy poupychani jak szprotki w mętnej wodzie “baños”, dotykając się pod wodą nogami a  potem kąpiąc się w koedukacyjnej łazience pod prysznicami, z których leciała tylko mętna, zimna woda. Wszystko w dość odrażających warunkach. Mimo to źródła znajdywały się w naturalnym środowisku - przy wulkanie, z którego spływała do niego gorąca woda. Do basenów prowadził mostek nad rwącą seledynową rzeką a boki urwiska obrosłe były w dzikie, zielone zarośla. “Rozmięknięci” z pokarbowanymi od ciepła wody palcami, pędziliśmy wygłodniali do hostelu. Po drodze chcąc zaspokoić choć trochę głód, przystanęliśmy przy jednym stoisku spróbować słynnego w Baños “jugo de caña - soku z trzciny cukrowej. “Tworzywo” wyglądało jak bambus. Na każdym kroku tubylcy wciskali w ogromne maszyny długie badyle. Na początku nie przyszło mi do głowy, że jest to jadalny produkt. A tu poza sokiem robiono z niego również różnorakie słodycze. Wyciskająca go przy nas pani zademonstrowała, jak to się robi. Obraną trzcinę wrzucała kawałek po kawałku do metalowej wyciskarki a strumień soku spływał do kubełka umiejscowionego tuż pod maszyną. Napój można było skosztować w czystej postaci bądź zmieszany z sokiem pomarańczowym. Był to wyśmienity rarytas dla naszego podniebienia. Zachwyceni zdobyciem kolejnych smaków wróciliśmy do “siebie” z zakupionym po drodze kurczakiem z rusztu. W kuchni hostelowej do obiadu dołączyła sałatka i zielona herbata. Fajnie tak zaoszczędzić i dietetycznie się posilić. W restauracjach taki kurczak towarzyszył masie frytek i jakiejś szczątkowej ilości surówki.

BAWIMY SIĘ?

Wieczór zapowiadał się obiecująco. Przed ekwadorskim clubbingiem zagrzewaliśmy się własnym Cuba Libre. Liczyliśmy na rozruszanie starych kości, bo jakoś do tej pory nam to nie wychodziło. Niestety i tym razem los się do nas nie uśmiechnął. Niedzielne Baños okazało się być spokojnym, wyciszonym miasteczkiem, gdzie na ulicach nie było prawie żywego ducha. Muzyka też jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności nie dudniła z każdego miejsca. Albo ktoś zrobił nam psikusa albo nie było to nam jednak pisane w tej podróży. Mimo to nie poddawaliśmy się i zasiedliśmy w jakiejś knajpie na drinka. A tam poznaliśmy nauczyciela z USA, spędziliśmy trochę czasu na poznawaniu własnych historii, a na koniec wylądowaliśmy na dyskotece, na której przyszło nam tańczyć w towarzystwie...małego chłopca (synka barmanki), bo i tu nie było zainteresowanych do zabawy. Za to ja w rezultacie wybawiłam się chyba za wszystkich w tym miasteczku. Drinki zamgliły moją pamięć i dnia następnego musiałam z pokorą wysłuchiwać opowieści Krzyśka, co robiłam, co mówiłam i jaka byłam rubaszna. Odechciało mi się kolejnych wyjść a ból głowy nie chciał długo mnie opuścić.

6 komentarzy

  • Asia
    Asia sobota, 07 listopad 2015

    No właściwie można by było się poważnie zastanowić, czy brać ten sok, bo znaczki na czapce ewidentnie odradzają:)

  • TuJarek
    TuJarek sobota, 07 listopad 2015

    Pani w czapce pirata strasznie groźna :D

  • Asia
    Asia piątek, 30 październik 2015

    Gorące źródła, do których trafiliśmy były dość specyficznym przeżyciem, ale poczuliśmy świat tubylców z Banos. W okolicy były bodajże 3 takie miejsca, a to było najbliżej od naszego miejsca zamieszkania. Mimo dziwnych odczuć, cieszę się z tego wyboru:)

  • Hania
    Hania piątek, 30 październik 2015

    Ale... to ja w końcu nie wiem, czy te źródła to była jakaś przyjemność, nawet najmniejsza? Bo opis... wygląda średnio zachęcająco ;)

  • Asia
    Asia piątek, 30 październik 2015

    Skoro zatem sok już piłaś namawiam do odwiedzin Ekwadoru, bo jest naprawdę magiczny.

  • Natalia I Zapiski ze świata
    Natalia I Zapiski ze świata piątek, 30 październik 2015

    Sok z trzciny to chyba najlepszy świeżo wyciskany sok jaki kiedykolwiek piłam! Co prawda jeszcze nie w Ekwadorze, tylko w Maroko, ale wszystko przede mną ;)

Leave a Reply

Your email address will not be published. HTML code is not allowed.