Dotarliśmy do amerykańskiego miasta muzyki country (z Kissimmee) autobusem Greyhound 5 godzin po czasie. Zmęczona, spocona, „rozlazła” i z nasilającą się migreną czekałam na Krzyśka na terminalu autobusowym a on równie przemęczony ruszył w miasto w poszukiwaniu taniego hotelu.
Pobudka piąta rano. Czterdzieści minut później kierowca autobusu “Star Bus”, jadącego w kierunku Orlando, ściągał nas na recepcję „The Clay” (Miami).
Lot z Kostaryki opóźniał się o godzinę wzmagając lęk mojego męża (jego strach przed lataniem). Do mnie takie surrealistyczne zdarzenia w ogóle nie docierały. Właściwie uwielbiałam start samolotu odczuwając swego rodzaju nirvanę.
Zmierzaliśmy w kierunku San Jose do Alajueli. Miasteczko okazało się strzałem w dziesiątkę, bo nie dość że na pierwszy rzut oka wydawało się bardziej klimatyczne, to do tego oferowało tańsze noclegi i bezpośrednie wycieczki do pobliskiego wulkanu Poas. Skoro Arenal ukrywał się w oparach codziennej mgły, ogólnodostępny i aktywny Poas wydawał się być świetnym rozwiązaniem.
O świcie zapakowaliśmy ostatnie manatki a ja pobiegłam do pobliskiego bankomatu wybrać jakieś pieniądze. Niestety maszyna odmówiła wypłaty gotówki a podobno w Montezumie nie mogliśmy na bankomat liczyć, więc chcieliśmy się zabezpieczyć przed pozostaniem bez grosza przy duszy.
Podróż do Rezerwatu Lasu Mgielnego w Monteverde miała rozpocząć się po południu.