GJIROKASTRA-KANION LANGARICA-BENJE

Zmierzaliśmy ku naszej wisience na torcie - do Kanionu Langarica. Z Blue Eye trasa niemalże po drodze prowadziła przez Gjirokastrę -  zwanej “miastem srebrnych dachów” czy “tysiąca schodów”.

Nie wszystkie albańskie perełki były dostępne (przez stan dróg) ot tak (w przeciwieństwie do tej), zatem aż prosiło się, by zawitać do tego miasta-muzeum wpisanego na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Nad tym miastem, którego początki zarejestrowano już w XIII w. góruje średniowieczna twierdza uznana za największą na całych Bałkanach. Lecz to, że urokliwa starówka umieszczona jest właśnie na zboczu góry i aby do niej dotrzeć trzeba pokonać wiele stopni lub podjechać stromą, brukowaną drogą, mogliśmy przekonać się na własnej skórze. Chyba nie do końca to przewidzieliśmy chcąc odwiedzić Gjirokastrę przelotem. Uznaliśmy, że dojedziemy autem pod starówkę. Wąskie uliczki (bynajmniej bardzo klimatyczne) dla nowicjusza na tych drogach okazały się dość stresujące. Napięcie zwiększyło się, gdy mimo dotarcia ku szczytowi okazało się, że nie ma co liczyć na jakiekolwiek miejsce parkingowe. Wróciliśmy na dół, a ten sam odcinek trzeba było pokonać o własnych siłach, przy 40 stopniach Celsjusza. Na szczęście główna część starej Gjirokastry, tzw. Baazar rekompensuje utrudnienia. Kramiki, restauracje, sklepy z pamiątkami, barwne uliczki pełne labiryntów zachwycają pełną paletą różnych barw.  

PERMET

Staje się miastem wypadowym do kanionu i pobliskich mu źródeł. W drodze do niego towarzyszy nam najdłuższa albańska i jakże krystalicznie seledynowa rzeka - Wjosa. O ile dotarcie do Permet idzie jak z płatka, tak zlokalizowanie naszego prywatnego obiektu rezerwowanego online już nie jest takie proste. Nikt z napotkanych po drodze mieszkańców nie potrafi nam go  wskazać, gps wariuje a my nie możemy się skontaktować z Vila Culli. W końcu się udaje! Ponownie trud został  nagrodzony pięknym apartamentem z ogrodem, powitalnym (dziwnie galarektowatym i nieziemsko słodkim) ciastkiem-żelkiem serwowanym przez obsługę oraz bogatym śniadaniem w cenie.  Żar leje się z nieba, więc rekonesans miasteczka pozostawiamy sobie na potem i udajemy się przez główny placyk z komunistycznymi akcentami (PRL-owskie budynki i typowe dla tego okresu pomniki), a potem most na Wjosa do widocznej z góry “skalnej” plaży. Tu na ręcznikach rozłożyli się nastolatkowie próbując swych sił w skokach z coraz wyższych  kondygnacji skalnych półek, czy przeprawiając się na drugą stronę silnie rwącej rzeki wpław. Nieśmiało nurzamy się przy brzegu łapiąc grunt skalnych półek. Woda bardzo chłodzi. W drodze powrotnej zahaczamy o punkt turystyczny (guesthouse na rynku głównym) wypytując o warunki przeprawy przez kanion, czytając wcześniej o wysokim poziomie wody w jego wnętrzach w niektórych miesiącach. Zdecydowanie był to dobry okres na jego eksplorację. Do tego polecono nam tak wyśmienitą restaurację (Taverna Sofra Përmetare), umiejscowioną tuż z widokiem na Wjosę, iż stołowaliśmy się w niej przez cały pobyt w Permet. To tu po raz pierwszy skosztowaliśmy maślano-cytrynowej zupy z kurczakiem, smażonych w całości rybek (takich 3-krotnej wielkości szprotek), czy grillowanego mięsa baraniego w różnych odsłonach. Zepsuty but. Pech chciał, by właśnie tu zepsuł się mój skórzany klapek. Mało używałam tych nowych butów, a po chwili pasek odkleił się od podeszwy. Czyżbym była skazana na jedyne japonki, które dodatkowo miałam ze sobą? Na szewca napatoczyłam się bez większych poszukiwań. Dosłownie weszłam na niego zachwycona, że taki musiał być chyba mój los. Jako że w Permet (jak i większości miejscach tej bałkańskiej podróży) byliśmy przejazdem, obawiałam się i braku czasu na jego naprawę, może wygórowane ceny, a przede wszystkim, że się nie dogadam. I tu z pomocą przyszedł mi wujek Google. Z pomocą traslatora zadałam parę pytań poczciwemu, uśmiechniętemu Albańczykowi, który kazał mi siąść przy sobie, powyjmował  wszystkie potrzebne narzędzia, “rach ciach”  naprawił klapek pokazując na migi bym go na razie nie używała. Za tą szybką i jakże miła usługę zapłaciłam (w przeliczeniu na złotówki) - 4 zł. Moje szczęście sięgnęło zenitu!

Fot. Gjirokastra, 2021.

ŹRÓDŁA TERMALNE BENJE

Zmierzaliśmy przede wszystkim do Kanionu Langarica, lecz słysząc, że po drodze czekają nas jeszcze: niesamowity kamienny most z 1760 roku (z czasów ery osmańskiej) oraz naturalne źródła termalne, wycieczka wydawała się niesamowicie kompletna i ekscytująca. Mieliśmy do pokonania ok. 14 km nowym asfaltem, nad seledynową rzeką Wjosa. Temperatura powietrza o 9 rano wynosiła 35 stopni, lecz pokrzepiała świadomość, że w kanionie temperatura zawsze była ciut niższa. Gdy asfalt przeszedł w drogę szutrową, ujrzeliśmy pierwsze auta pozostawione na poboczu. W oddali majaczył parking, ale my postanowiliśmy dać odpocząć poczciwej toyocie i nie zjeżdżaliśmy ku większym wertepom. Około 300 metrów alej ujrzeliśmy pierwsze baseny wody termalnej wypełnione ludźmi. Mimo wszystko tłoku nie było. Aż dziw brał, że miejsce pozostawało całkowicie bez jakichkolwiek opłat. Temperatura powietrza dobiła 40-stu a z oddali docierała do nas jakby ściana piachu. Był duży wiatr, który przy tej temperaturze dosłownie palił skórę. Zastanawialiśmy się, jaką ulgę przyniosą nam te źródła. Ale o dziwo chłodziły, bo woda w basenach wynosiła pomiędzy 22 a 28 stopni. Nitka rzeki oddzielająca nas od źródeł, wijąca się pod mostem i wpadająca do kanionu była przyjemnie orzeźwiająca. Nieśmiało przeszliśmy po łukowatym moście bez poręczy. Od tej wysokości kręciło się w głowie. Po każdej stronie mostu widzieliśmy baseny z  lazurową wodą, nad którą unosiła się lekka mgiełka. Dopiero po zanurzeniu w chłodniejszej wodzie odczuwało się zapach siarki. Wskoczyliśmy do każdej niecki schłodzić na chwilę członki, by zaraz ruszyć w trekking wzdłuż kanionu. 

KANION LANGARICA

Wiedzieliśmy, że trasa miała 4 km w jednym kierunku i było ryzyko, iż niektóre miejsca mogą być ciężki do przejścia ze względu na wysoką wodę. Emocje w nas buzowały z radości. Rozpoczynała się przygoda. Początkowo po większych kamieniach i  szerokim  korycie kanionu, człapaliśmy w sandałach lub butach do nurkowania, bo przecinana woda skrywała podłoże, wiec było ryzyko stanięcia na kamieniu czy konarze drzewa. Im ściany kanionu bardziej się do siebie zbliżały, tym temperatura lekko spadała, słońce nie docierało a - silny wstępnie - wiatr ginął gdzieś na otwartej przestrzeni.  Co jakiś czas mijaliśmy bardziej dzikie niecki gorących źródeł. Lecz największe wrażenie i radość sprawiły naturalne “zjeżdżalnie” z wyżłobionych kamieni wśród mniejszych basenów. Temperatura rzeki była dość niska, nawet w takich upalnych warunkach. Nie stanowiło to jednak przeszkody, by spędzić w. tym. naturalnym aquaparku sporo czasu radośnie się pluskając. Tego dnia pokonaliśmy w sumie 4 kilometry, przemierzając głębiny Langarica i zachwycając się zmieniającymi odcieniami ścian kanionu, roślinnością, mniej lub bardziej wartką wodą, z adrenaliną stąpając po kamieniach ukrytych w mętnych głębinach wód kanionu. Do  tego momentu przejście nie stanowiło najmniejszego problemu. Nie wiemy, jak było dalej. Ten dzień w Albanii uznaliśmy za nasz “top of the top”, największą atrakcję przyrodniczą tego kraju (w naszym planie podróżniczym). Niejednokrotnie potem wracamy myślami do tych chwil, wymieniając je jako jedne z ciekawszych doświadczeń bałkańskiej wyprawy. 

W DRODZE DO MACEDONII

Następnego dnia obieramy kierunek na Macedonię. Decydujemy się na malowniczą,  choć dość trudną trasę przez tereny górzyste Albanii. Krajobrazy zmieniają się jak w kalejdoskopie, droga bywa szutrowa, pełna dziur, kręta  i często nad przepaściami. Mamy zaplanowany dłuższy postój na obiad w okolicach SH75 za miejscowością Leskovik, na Farmie Sotira. Słynie ona z serwowanego tu pstrąga. W pięknych okolicznościach przyrody, otoczeni lasem i niewielkimi wzniesieniami, delektujemy się po raz ostatni albańskimi przysmakami. Przy nodze kręci się kot, kombinuje  jak dostać  coś na ząb. Dalej gdzieś przechadza się kura, w innym miejscu po trawie chodzą w stadzie kaczki. Jest swojsko, a  miejsce cieszy się dużym zainteresowaniem.  Przy farmie znajduje się camping i parę drewnianych domków letniskowych. Okolice ewidentnie  oferują szlaki piesze jak i na konne przejażdżki. Jedziemy przez Korczę aż do granicy z Macedonią,  tuż przy Jeziorze Prespa. Celowo decydujemy się na mniej popularną siostrę słynnej Ochrydzkiej, w nadziei na mniejsze turystyczne zainteresowanie, być może niższe ceny i dzikość  przyrody, którą tak uwielbiamy. Świadomie nie rezerwujemy nic z góry, niewiedząc co spotka nas  po drodze przy  przekraczaniu granicy. Wynajdujemy  parę miejsc na mapie, do których chcemy  podjechać i ponegocjować ceny. 

Nowy kraj to nowa przygoda, której jesteśmy bardzo ciekawi i łasi.

Fot. Permet, Kanion Langarica & podróż ku Macedonii.

Tu znajdziecie praktyczne informacje o Macedonii Północnej

 

6 komentarzy

  • Asia
    Asia środa, 07 wrzesień 2022

    To tak jak nasz:)

  • fOTO podróże BPE
    fOTO podróże BPE środa, 07 wrzesień 2022

    To miasteczko z góry faktycznie wygląda przepięknie. I ten kanion - mój faworyt !!!

  • Asia
    Asia niedziela, 04 wrzesień 2022

    Renia i Mikołaj, jeden dzień to faktycznie niewiele, ale teraz możecie sobie chociaż wyobrazić, jak wiele ciekawych miejsc wgłąb Albanii napotkać można:)

  • Asia
    Asia niedziela, 04 wrzesień 2022

    haha, Antek. Zawsze można znaleźć w podróży porównywalne do innych miejsc atrakcje:) Ale wymieniłeś bardzo bliskie Albanii lokalizacje, stąd podobieństwa jak najbardziej możliwe:)

  • Renia i Mikołaj - Przekraczając Granice
    Renia i Mikołaj - Przekraczając Granice niedziela, 04 wrzesień 2022

    O Albanię tylko zawadziliśmy. Byliśmy tam niecały jeden dzień. Po tym opisie i zdjęciach widzimy, że warto tam wrócić na dłużej.

  • antekwpodrozy.pl
    antekwpodrozy.pl czwartek, 01 wrzesień 2022

    Most przypomina mi troche most w Mostarze, rzeka przypomina mi Aragvi w Gruzji, a kanion kojarzy mi się z Cyprem :D

Leave a Reply

Your email address will not be published. HTML code is not allowed.