GUAJIRA: 3-DNIOWY OFF-ROAD PO PUSTYNI

Czy wiecie, że Kolumbia ma pustynie (i to niejedną)? My też nie wiedzieliśmy, póki skrupulatnie nie zaczęliśmy organizować sobie podróży po tym niesamowitym kraju Ameryki Południowej.

Mieliśmy w planie dokładniejszą eksplorację karaibskiego wybrzeża, a na nim również znajduje się - dużych obszarów - pustynia, zwana Guajira (w departamencie o tej samej nazwie). 

Teren ten, graniczący z Morzem Karaibskim i Wenezuelą,  leży na półwyspie na północno-wschodniej części kraju, a pokryty jest wydmami, solniskami, surowymi wzgórzami i palącymi od słońca pustynnymi obszarami o bardzo trudnych warunkach do egzystencji. Stolica departamentu - Riohacha - od której zaczynamy podróż a która stanowi nadmorski, nowoczesny kurort, jest zupełną odmiennością do pozostałego obszaru pustynnego Guajira. Zatem może stanowić duże zaskoczenie wśród turystów próbujących poznać te - jeszcze niezbyt popularne - kolumbijskie zakamarki.  

CO CZEKA NAS PODCZAS WYPRAWY PO GUAJIRA?

Decydując się na ten 3-dniowy off-road również pragnęliśmy zaznać  czegoś odmiennego od wyobrażeń o kolumbijskich Karaibach. Chcieliśmy, by tak zorganizowaną wyprawę (bo tylko takowe są polecane) przeżył z nami Julek, nawet jeśli będzie usłana niedogodnościami. W ręce wpadł mi konspekt z biura podróży, surrealistyczne, surowe krajobrazy, opis wyprawy z możliwością poznania życia rdzennych ludów Guajira i najpopularniejszych z nich - Wayuu. Za pośrednictwem agencji współpracującej z popularnym hostelem w Palomino - Dreamer Hostel, decydujemy się na wspólną wyprawę jeepem z napędem na 4 koła, z kierowcą znającym pustynię jak własną kieszeń, który z GPSem we własnej głowie pokonuje bezdroża tego najgorętszego regionu Kolumbii. Negocjujemy cenę 660 COP (zł)/ osobę za 3 dni z pełnym wyżywieniem (3 posiłki z napojami), noclegami w hamakach pod chmurką (trochę się obawialiśmy pogody, ale zawsze istniała alternatywa dokupienia “łóżka” pod zadaszeniem za 70 zł/os.) i przewozem z prywatnym hiszpańskojęzycznym kierowcą (za anglojęzycznego przewodnika zaoferowano 200 zł dopłaty za osobę na cały pobyt - zrezygnowaliśmy z tej opcji) po niesamowitych i ciągle niepoznanych terenach pustynnych. 

- Tu nie ma co rozumieć. Trzeba chłonąć przyrodę, cieszyć oczy i eksplorować. Nieważne, co jak się nazywa wydma, teren, czy góra. Natura jest tu największą atrakcją.  - Tak zapewnił nas pracownik agencji turystycznej, gdy rozważaliśmy sens “wykupienia” usługi anglojęzycznego przewodnika. Wyruszamy z Palomino, spod hostelu o 6 rano. Przyjeżdża po nas kierowca z Riohacha i inny po zakończonej wyprawie, w cenie wycieczki, odwozi nas do Palomino. To sobie wynegocjowaliśmy. Czeka nas 1,5 godziny jazdy do stolicy Guajira i rozpoczęcie przygody. Jest adrenalina!

1. RIOHACHA

wspomniana stolica departamentu Guajira. Część turystów przybywa tu celowo, by stąd ruszyć na podbój pustyni. To nadmorski kurort, gdzie poza odpoczynkiem można przebierać w ofertach agencji turystycznych, negocjować ceny oraz pospać dłużej w dniu wyjazdu:). Nas tu dowozi kierowca z Palomino, w agencji czekamy na dowóz wszystkich uczestników wycieczki, pijemy kawę i biegniemy do pobliskiego polecanego (czyt. taniego) bankomatu, by pobrać zapas gotówki na najbliższe dni pobytu w Kolumbii.  

2. MANAURE

To pierwszy punkt wycieczki po Guajira. To największe tereny solne Kolumbii, gdzie - z pomocą przyrody - wydobywa się sól pozostałą po odparowaniu jej z wód morskich. Podczas oprowadzania po terenie przez dedykowanego przewodnika, opowiada on o całym procesie. Niestety po hiszpańsku ten temat jest dla nas zbyt skomplikowany i oddajemy się urokom miejsca, obserwacjom poletek soli, przejeżdżających tu wielkich ciężarówek transportujących ten surowiec po kraju, a gdy żar lejący się  nieba jest nieznośny zaglądamy pod tutejsze wiaty pełne ręcznych wyrobów (toreb, plecaków, portfeli i in.) czy oferujących kawę bądź sok z kokosa. My na szczęście mamy swój prowiant, mimo iż organizator prosił o niezabieranie ze sobą zbyt wielu bagaży. Jeep mieścił głównie turystów i ich małe plecaki. Manaure nie robi na nas takiego wrażenia jak boliwijska Salar de Uyuni.

3. URIBIA

została nam przedstawiona jako ostatnie miasto przed stricte pustynnymi terenami Guajira. Ot, parę rozwalających się drewnianych chatek, w których zlokalizowane były sklepiki spożywcze. Nie wiedzieliśmy, skąd ten przystanek w mało ciekawym wizualnie miejscu, dookoła którego walało się mnóstwo śmieci. Prowiant mieliśmy, więc po co ściągnięto nas do sklepu?? I tu miała miejsce sytuacja, na którą nikt nas nie przygotował i chcę uprzedzić, by ta część wycieczki nie zepsuła Wam dalszego pobytu. Nas nie uświadomiono, stąd nasz największy żal. Sprowadzano tu turystów, którzy odbywali wyprawę na pustynię, by zakupili produkty jako pewnego rodzaju “przekupstwo”. Za chwilę mieliśmy poznać realia biedy pustyni, gdzie głównie małe dzieci, w odrapanych ubraniach, bez czapek i butów (które chroniłyby je od słońca), wyłaniały się z nikąd (dosłownie!), tworząc bramki (jak przed polskimi weselami), prosząc o wodę lub słodycze. I gdybyśmy wiedzieli to wcześniej, zrobiliśmy duże zakupy w Palomino, Riohacha, czy Bóg wie gdzie indziej, ale nie w Uribii, gdzie korzystano na tym “biznesie” zawyżając ceny i wykorzystując nasze poczucie winy jako “bogatych turystów w jeepach”, których stać na prowiant dla ludzi (dzieci!) pustyni. Agencja ani kierowca nie pisnęły wcześniej słowa. Czyż przede wszystkim nie powinien o to zadbać kraj? A może agencja z góry mogła powiększać koszt wycieczki kupując za ustaloną kwotę taki prowiant?  

4. RDZENNY LUD WAYUU

Wjeżdżamy w naprawdę suche tereny, gdzie żyje lud Wayuu i to są jego ziemie (poznajemy i widzimy biedę, dzieci ustawiające „bramki” za przejazd w zamian za „prezent”/ galletas - wodę/ słodycze), gorąc, suszę.. serce się łamie, wszystko w nas się kłóci i złości, Julek mówi „rany, jak to dobrze, że urodziłem się w Europie”. To również dla niego nauka.. O unikalnej kulturze Wayuu mamy szansę dowiedzieć się czegoś więcej wieczorem, gdy trafiamy do ich “Rancheria” - autentycznego hotelu. Poznajemy pismo, rytuały, nazwy plemion, rodzinne tradycje. W trakcie serwowania obiadokolacji gaśnie światło, więc przy świecach kontynuujemy konsumpcję wzbogaconą o tradycyjne trunki (ichniejszy bimber), słuchamy opowieści o różnicach wśród roli mężczyzn i kobiet, podziwiamy ręcznie wykonane ogromne hamaki (przez babcię plemienia), jesteśmy malowani roślinnymi barwnikami (Julian wpada w oko najmłodszej z plemienia), uczestniczymy w pokazach i nauce ludowego tańca. Mimo zmęczenia i niepewności co do programu wycieczki tą część dnia bardzo sobie cenimy. 

5. CABO DE LA VELA

to główny cel wycieczki pierwszego dnia w jeepach, niesamowicie surowe (często jakby wulkaniczne ) wybrzeże w połączeniu z lazurem Morza Karaibskiego. Mimo tylu godzin w aucie z radością przyjmujemy przystanek w paru miejscach, które prezentuje niejednokrotnie różne oblicza pustyni. Cabo de la Vela to miejsce idealne na kitesurfing. Widzimy paru śmiałków “tańczących” nad taflą lazurowej wody ze swym kolorowym “spadochronem”.  

PLAN NA 1-WSZY DZIEŃ NA PUSTYNI

Silny, lecz gorący wiatr, spiczaste, wulkaniczne płyty, o które rozbija się morze, wspinaczka na szczyt z widokiem na okolicę, poletka solnych zbiorników wodnych, kąpiel w (ciepłym jak zupa) morzu, eksploracja „fiordowych” zboczy, o które rozbijały się groźne fale, kawa „tinto” (czarna z termosu) w barze (gdzieś pośrodku pustkowia). Ostatnia przerwa i ponownie wspinaczka, tym razem ku latarni morskiej w oczekiwaniu na zachód słońca. Nasz dzień dobiega końca tuż około 22. Jesteśmy zdrowo zmęczeni i w mroku ledwo dopatrujemy się miejsca noclegowego. Za niepozorną drewnianą bramą mieści się klimatyczny hostel, barwnie udekorowany malunkami regionu. Otrzymujemy klucze do szafek na rzeczy, wybieramy sobie 3 hamaki (spośród wielu przeznaczonych dla naszej 13-osobowej grupy jadącej w dwóch jeepach) i oddajemy się zasłużonemu odpoczynkowi, przykrywając się nocą dekoracyjnymi bokami hamaków. Spaliśmy pod wiatą, niemalże pod gołym niebem, lecz noc była ciepła. Zaskoczeni byliśmy, że mimo tej biedy dla turystów postarano się o najwyższy możliwy standard realizowania tej przygody. Pobudka o 6 rano. Dopiero teraz, gdy złote promienie słońca rozświetliły okolicę, ujrzałam barwne kolory hostelu. Każdy krzątał się przy ogólnodostępnych toaletach, oddawał porannej higienie. Obawiałam się tej wyprawy przez poprzedzające ją dolegliwości żołądkowe, jakie nawiedziły mnie w Palomino. Twardy organizm jakby się w sobie zawziął i odpuścił mi “zemsty Faraona” w tych ciężkich warunkach:).  

REALIA ŻYCIA MIESZKAŃCÓW PUSTYNI

Z przyjemnością zasiedliśmy w dużej sali, gdzie serwowano nam śniadania. Aż dziw brał, że nadal ze smakiem zajadaliśmy się jajecznicą. Do tego plasterek wędliny i sera! To niemalże nierealne, a jeszcze na pustyni, gdzie niczego nie ma?! Z radością dobierałam sobie dolewki kawy i kakao, oraz poczęstowałam mlekiem w proszku na wynos. “Tinto” było ulubionym napojem Krzyśka, ja wolałam swoją kawę trochę zabielić. Do okna (bez szyby) zajrzały młode Kolumbijki, dziewczynki. Na dłoni trzymały swoje wyroby - ręcznie wyplatane branzoletki, na ziemi leżały barwne torby. “Galletas?” - usłyszałam to słynne zapytanie o słodycz. - Ile kosztuje bransoletka? - 3 pesos. Tanio, pomyślałam. W portfelu znalazłam tylko 5 pesos, zgodziły się na 2 bransoletki, brązową dla mnie i niebieską dla Julka. Dorzuciłam torebkę orzechów w karmelu, tylko to miałam spoza puli produktów zakupionych w Uribii przez cały nasz jeep. Noszę ją nadal mimo, że nie do końca mi pasuje do codziennego ubioru w Polsce, ale jakoś ciężko jest mi się z nią rozstać przez wspomnienie dzieci Guajiry. Jeszcze te bezpańskie psy, chude, głodne, łagodne, osowiałe od upału.. wykarmiliśmy, które mogliśmy. Wracają nam te obrazy przed oczami co jakiś czas.

6. PUNTA GALLINA

to cel na kolejny dzień podróży po Pustyni Guajira. Jest najbardziej na północ wysuniętym skrawkiem Ameryki Południowej (należącym do Kolumbii) i graniczącym z Wenezuelą. Mijamy „farmę” wiatraków, z bliska wiertło zadziwia mocą i odgłosem przecinanego powietrza. Jest gorąco, jak to na pustyni. Rozpoczynamy rozdawanie wody lub smakołyków za przejazd po ziemi Wayuu. Za bramkami stoją głównie dzieci, czasem maleńkie. W tym upale, bez butów, okrycia na głowę.. Docieramy do miejsc o magicznych nazwach, ale też zaskakującym jest napotykanie zatok na pustyni. Widzimy mini wersję burzy piaskowej. 

Zachód słońca witaliśmy na wspomnianym północnym krańcu Ameryki Południowej (zw. Punta Faro), gdzie dumnie majaczyła metalowa latarnia morska. Brzeg usłany był wieżyczkami kamieni ułożonych przez odwiedzających to miejsce. Gdzie okiem sięgnąć tereny pokrywały kaktusy, mniejsze wydmy, popękana gleba i gdzieniegdzie postacie pustyni.

7. WYDMY TAROA

skradły nasze serca. Ogrom piasku, jaki kojarzy się w pustynią, który tak po prostu wpadał do lazuru Morza Karaibskiego. Wbiegaliśmy i zbiegaliśmy z wydm do wody a w morzu pluskaliśmy się 3 godziny. Tyle czasu było przewidziane w wycieczce na te krajobrazy i doznania. Inni wycieczkowicze tymczasem próbowali swych sił na desce zjeżdżając po stromiźnie ku plaży. Tu w morzu natknęliśmy się na nietypowe morskie zwierzę, coś na wzór mini-płaszczki, lecz czarnej i przypominającej również wodnego motyla. Gdy nagranie zwierzęcia pokazaliśmy kierowcy, powiedział, że dobrze że nie dotykaliśmy, bo zwierzę mogłoby nas ukłuć i bronić śmiercionośną trucizną.  

8. CASARES (ALTA GUAJIRA)

O zmroku dotarliśmy do drugiego lokum, gdzie hamaki zawieszono pod betonowym sufitem. Mocno wiało choć dość gorącym i lepkim powietrzem. Było tak ciemno, że kompletnie nie mogliśmy się rozeznać, gdzie jesteśmy. Poza tym że bardzo wiało, ale skąd docierał wiatr? Na kolacji zobaczyliśmy tłumy. Tu zjechały się jeepy usłane turystami tego dnia. Podczas gdy oczekiwaliśmy na kolację, znowu zmęczeni trudem wyprawy (nieustający czas w drodze, w trzęsących warunkach, obserwując długo pustynię przez okno), podchodził do nas młody mieszkaniec “rancherii” oferując dodatkowo płatną (25 zł/os.) atrakcję mającą się odbyć nocą. Zrezygnowaliśmy przez zmęczenie, lecz rano gdy jeden z turystów opisał mi wyprawę trochę żałowałam. Po kolacji zainteresowani wypływali w głąb zatoki w poszukiwaniu fluorescencyjnego planktonu. W kapokach schodzili do wody i planktonem “smarowali” ręce, świecąc się ku swojej uciesze jak ufoludki.  Nie skorzystaliśmy z tej możliwości, lecz jadłam tu najlepszą rybę podczas całego pobytu w Kolumbii. O wybór dania pytano nas za dnia, a tego właśnie właściciel rancherii był na miejscu, które odwiedziliśmy i sam zbierał zamówienie. Powiedziałam, że chciałabym zjeść rybę, ale ciągle otrzymuję suchą. “O, to mam coś dla Ciebie. Na pewno Ci zasmakuje”. - odpowiedział, a ja z trzęsącymi uszami zajadałam się ogromną, soczystą rybą tego wieczora. Niestety nie pamiętam jej nazwy a jedynie lekko różowe umaszczenie. Mimo wiatru noc w hamaku ponownie okazała się być ciepła i przyjemna. Nauczyliśmy się znajdywać odpowiednią pozycję, by każda część ciała wypoczęła i się zregenerowała. O świcie (znowu czekała nas pobudka o 6 rano) mogliśmy obejrzeć otoczenie. Znajdowaliśmy się przy zatoce, z której tak wiało nocą, ale budowle były tu również ustrojone malunkami, dodając kolorytu surowości pustyni. Wracając tego dnia do Riohacha, zatrzymaliśmy się przy Zatoce Casares podziwiając magicznie tańczące na jej tafli wody cienie chmur. Wystające z wody zielone wysepki dodawały krajobrazowi uroku. Tuż przed miejscem docelowym zaserwowano nam pyszny obiad, a w tle jeszcze inne krajobrazy niewidoczne z drogi.  

Pustynia była ogromną odmianą od naszych wcześniejszych karaibskich krajobrazów, ale cieszyliśmy się z powrotu do tych bardziej roślinnych. Mimo to Guajira stanowiła dla nas niezłą przygodę, lekcję nauki i pokory, ale też widoki i doświadczenie zapamiętane na zawsze. Głównie, myślę, dla europejskiego nastolatka.

Ruszamy wgłąb kraju, w niedużej odległości od karaibskiego wybrzeża - wioski Minca, by zmienić te pustynne pejzaże na bardziej egzotyczne i soczyste:)

Fot. Pustynia Guajira, dzień 1 (2023)

Fot. Cabo de la Vela.

Fot. Punta Gallina, ostatni dzień.

4 komentarzy

  • Asia
    Asia niedziela, 19 listopad 2023

    dziękuję i bardzo się cieszę, że możecie "podróżować" z nami przez te treści:) A no i na przyszłość zapiszę sobie te muszelki:)

  • Krystyna
    Krystyna niedziela, 19 listopad 2023

    Asia- coś pięknego !!!
    Czytając Twoje opowiadania-relacje czujemy się tak , jak byśmy uczestniczyli razem z Wami w tych wszystkich wyprawach. Zdjęcia przepiękne, niesamowite.
    Życzymy Wam duuuużżżo Zdrówka i siły do kolejnych wspaniałych wycieczek.
    Czekamy na kolejne piękne relacje.
    A tak przy okazji - poproszę z takich wypraw o kilka muszelek :),bo je uwielbiam :) Pozdrawiamy Was gorąco

  • Asia
    Asia czwartek, 16 listopad 2023

    Dzięki Rysiu:)

  • Rysio
    Rysio czwartek, 16 listopad 2023

    Przepiękne zdjęcia i super relacja pisemna.

Leave a Reply

Your email address will not be published. HTML code is not allowed.