środa, 15 kwiecień 2009

LAGUNY, FLAMINGI, GEJZERY…

Sen na wysokości nie należał do najlepszych przeżyć. Mimo zmęczenia oczy nie chciały się zamykać. Znowu pojawił się tępy ból głowy w akompaniamencie zatkanego nosa. Wszystko utrudniało wypoczynek a ja odnosiłam wrażenie, że po pięciu minutach od podjętych prób zaśnięcia, urządzono nam pobudkę. 

Okazało się, że w tych uciążliwych dolegliwościach nie byłam osamotniona.  Cała ekipa wyglądała na otumanioną lekko kołując się na nogach przy próbach pokonywania kolejnych metrów do kuchni. Niewyspanie potęgowało podirytowanie, gdy po raz kolejny okazało się, że nasi przewodnicy znowu ze śniadaniem są na bakier.

Zachody słońca na pustyni

- Po cholerę nas budzili, skoro nic na stole nie stoi? Teraz wychodzi na to, że nie zdążymy na tak istotny punkt programu, jak wschód słońca nad pustynią! – Mamrotałam pod nosem zapuchnięta jak mops. – Inni pakują już bagaże na terenowce i większość opuściła już lokum. Dojedziemy już w środku dnia. – Coraz smutniej obserwowałam wyłaniające się w oddali słońce. Niebo przyjmowało tęczowe zabarwienie. Było tak zimno, że odruchowo dotykałam czoła, czy oby nie mam temperatury. Dziwnie mną trząchało i ten katar… Na złamanie karku jechaliśmy w środek białej nicości. I może w rezultacie dobrze wyszło, bo zdążyliśmy na minuty przed wyłonieniem się promieni zza ziemi. Przewodnicy przypadkowo zaoszczędzili nam marznących oczekiwań poza lekko ocieplonym autem. Dzięki temu nie zmarzliśmy za bardzo. Mimo ubioru na cebulę na pustyni o zmroku panował przeszywający chłód, by za dnia słońce paliło twarze pozostawiając po sobie buraczkowy odcień. Z każdą minutą było jaśniej i jaśniej. Promienie raziły w oczy, a gdy słońce wyłoniło się zza horyzontu w całej swej okazałości, brakowało mi w tle jedynie kwartetu smyczkowego. W nieustających wertepach pruliśmy w kierunku wulkanu Ollaque (5866 m n.p.m.). Prawdopodobnie przez te drogowe zawirowania co chwilę wymuszaliśmy z Krzyśkiem postoje na toaletę. Wszyscy mieli już nas dość a słysząc moje niekończące zapytania do Izis, typu: „Możemy się na chwilę zatrzymać?” albo po prostu: „Baño”, przewracali z westchnięciem oczami.

Nieziemskie laguny

Gra kolorów nie miała końca. Przemierzając pustynne, choć coraz bardziej górzyste tereny, docieraliśmy do barwnych lagun. Najsłynniejsze to Laguna Colorada i Cañapa. Tu swe spokojne życie wiodły równie kolorowe flamingi. Jak gdyby nigdy nic brodziły sobie w stadach na środku lazurowych czy seledynowych wód. Ich odcienie różu, bieli i żółci idealnie komponowały się na tle wielobarwnej natury. Woda wydawała się galaretowato lepka i grząska, a nad nią unosił się jakby zapach siarki. Otaczające lagunę wyschnięte połacie traw dodawały miejscu tajemniczości. Niestety stale zwiększająca się wysokość (4300-4500 m n.p.m) źle na nas wpływała i nie potrafiliśmy całym sercem czerpać radości z pejzaży. Dopiero późniejsze oglądanie zdjęć w aparacie przyprawiało nas w osłupienie i niedowierzanie, iż osobiście byliśmy świadkami tych nadludzkich cudów. Przyroda była tu głównym bohaterem i nie pozwalała o sobie zapomnieć, nawet gdyby komuś znudziły się monotonnie piękne widoki Salaru.

JAK DZIAŁAJĄ LIŚCIE KOKI?

W trakcie przeprawy przez pustynię, samochód niespodziewanie wierzgnął kołami i po chwili stał po pas w tonach piachu. Jedynym sposobem na ruszenie z miejsca, było opuszczenie jeepa. Sprawny kierowca wymanewrował go bez dodatkowego balastu z zaspy. Dotarliśmy lekko stromym podejściem do samochodu czekającego już na nas na wzniesieniu. Niezaplanowana przerwa zachęciła mnie do podjęcia prób integracyjnych z obsługą wycieczki, a dokładnie z mało rozmownym kierowcą. Odniosłam wrażenie, że biedny przeszedł w życiu prawdopodobnie wylew, mając nienaturalnie zniekształconą twarz. Mimo pierwszego wrażenia nie zdziwiła mnie informacja, że wygląd spowodowany był sporą ilością liści koki upchanych w policzku i żutych praktycznie nieustająco. Obawiałam się tylko, czy dobrym pomysłem jest siedzenie za kółkiem osoby narkotycznie otumanionej. Na szczęście to pustynia: nie ma ruchu, nie ma dróg, pędzi się przed siebie, do przodu. Jak widać tubylcy radzili sobie z chorobą wysokościową jak tylko mogli. Żyć z nią musieli od maleńkości. Hombre był teraz poważnie zamroczony i prawdopodobnie swobodnie znosił wysokość. Niestety rozmowa z nim to był jeden wielki bełkot. Żucie koki w tym kraju jest legalne. Właściwie może to robić każdy i to prawdopodobnie umożliwia sprawne funkcjonowanie na takich wysokościach. W przypadku Boliwijczyków na pewno jest to już uzależnienie. Jest to też świetny sposób na głód a tym samym oszczędności na jedzeniu.

- Ble, ble, ble… - Czułam się jak w jakimś komicznym filmie albo jakby mężczyzna miał świetną zabawę z wkręcania mnie w swoje „schorowanie”. Dobra, to chyba sensu – pomyślałam sobie i zapakowałam się na tylne siedzenie auta. Nasz brygada również dotarła na górę.

Naturalne dzieła sztuki

Kolejny przystanek i podziwianie przeróżnych formacji skalnych. Najbardziej zadziwiającą i znaną było drzewo, które utworzyło się poprzez dość silnie wiejące w tych rejonach wiatry. Dookoła znajdywały się skamieniałości, na które z przyjemnością wdrapywaliśmy się jak małe dzieciaki. Stąd rozpościerał się widok na ceglaną piaszczystą dolinę z dróżkami wyjeżdżonymi przez pojazdy tworzące w wyglądzie kształt tulipana. W oddali majaczyła góra siedmiu kolorów. I o ile początkowo były to dla mnie czysto czerwone barwy, tak po dłuższej kontemplacji można by było dopatrzeć się ich odmiennych odcieni.

PROBLEMY ZE SNEM NA WYSOKOŚCI

Z nadzieją wypatrywaliśmy kolejnego lokum. Zmęczenie dawało się we znaki a to prowadziło do nieustającego uczucia chłodu i przeziębienia. Życzeniowo oczekiwaliśmy luksusowych, ciepłych i schludnych warunków. Oh… nic z tego! Budynek „hostelowy” okazał się mroźną bryłą muru, bez ogrzewania, ciepłej wody, czy w ogóle łazienki. Ta stanowiła parę zapchanych umywalek przepełnionych wodą, śmierdzącymi kibelkami i żadnego prysznica. Tym razem nawet cieszyłam się, że mam katar. Z minuty na minutę stawaliśmy się również coraz głodniejsi, ale znowu Izis była w tym temacie na szarym końcu wśród pozostałych grup. Nasza ekipa zajęła sobie łóżka w ostatnim już surowym pokoju. Pozostałe były już zajęte. Ubrani na cebulę, w czapkach zaciągniętych na uszy, próbowaliśmy wszystkich metod ogrzania się. Siadłam przy stole przypadającym na naszą grupę. Pozostałe siedziały już przy gorącej herbacie. By umilić sobie czas w oczekiwaniu na kolację, zasiadłam z pamiętnikiem przy drewnianym stole. Trzęsąca się z zimna ręka utrudniała przelewanie myśli na papier. Wyjęłam zatem jedyny procentowy trunek, jaki mieliśmy ze sobą, a który miał posłużyć za ogrzanie. Brzoskwiniówka zakupiona w Uyuni przyjemnie rozpaliła obolałe gardło. Prawie się do siebie uśmiechnęłam, gdy nagle poczułam na sobie pary wlepionych oczu. W ułamku sekundy stałam się ciekawym obiektem do obserwacji przez Amerykanów przy pobliskim stoliku obok. By nie czuć się osamotniona w procentowym ogrzewaniu ciała, zawołałam zaprzyjaźnionych kompanów. Razem z Benoit dokumentowaliśmy swoje spostrzeżenia z podróży. Chłopcy byli ciekawi, czy w moim pamiętniku znajdują się informacje o nich. Gdy potwierdziłam zapis prawie każdej minuty spędzonej z nimi, ciekawość sięgała zenitu.

- Pozostaje wam nauczyć się polskiego, bo wszystkiego tłumaczyć nie będę. – Zaśmiewałam się, gdy z wykrzywionym grymasem wczytywali się w nieznane sobie polskie znaki. Próby wymówienia czegokolwiek w naszym języku dostarczyły sporo śmiechu. Francuzi za ostatnie boliviany zakupili chipsy i orzeszki ziemne. Pozwoliło nam to zabić wstępny głód, gdy na stole pojawiła się gorąca warzywna zupa oraz spaghetti z pomidorami. Sen nie przychodził mimo późnych godzin. Krzysiek już od dawna wylegiwał się na swojej betonowej pryczy przekładanej sianem i kocami z lamy. Opuchnięcie twarzy praktycznie zalepiło mu oczy a dech wydawał się wyjątkowo spłycony. Nam nie było łatwiej. Katar zaatakował już zatoki, nasilając – i tak już trwający bezustannie – ból głowy. Dodatkowo opatuleni we własne śpiwory nie odczuwaliśmy większego ciepła. Trzeba się było zmusić i liczyć niekończące barany skaczące nad głową.

Gejzery i gorące źródła

Pobudka o czwartej rano i znowu zarwana noc. Przemarzniętych i kichających, zapakowano nas do chłodnego jeepa. Tym razem plan nie zakładał śniadania o świcie. Miało być serwowane po głównych atrakcjach poranka. W samochodzie mimo ciągłych wertepów zasnęliśmy jak zabici. Tuż przed Sol de Manaña (obszar geotermalny z gejzerami) noc wydawała się być rozświetlona buchającą z ziemi niczym fontanna lawą. Obszar geotermalny obfitujący w widowiskowe gejzery już z daleka powitał nas gęstymi śmietankowymi oparami. Ludzie tłumnie lgnęli do żaru, jaki dawał ten niepowtarzalny pokaz. - Dobra, widziałam. Możemy wrócić do samochodu? – Nieprzytomnie rzuciłam w nicość. Jeep był otwarty, więc nikogo długo nie musiałam prosić o pozwolenie na dalszy sen. Długie przebywanie na wysokości powyżej 4300 m n.p.m., ciągłe przemęczenie i osłabienie tym spowodowane zapędziło nas do samochodu po minucie. Teraz kierowca wiózł nas w kierunku Termas de Polques – naturalnych gorących źródeł. Słońce już wstawało. Najpierw ku naszym oczom pojawiła się para buchająca nad płynącą spokojnie rzeką. Jeden z “basenów” przeznaczony do kąpieli był zaledwie otoczony prowizorycznie postawionym murem. Wszystko dookoła naturalne. Kamyki na dnie, bąble wypływające spod ziemi, otaczający nas naturalny chłód odchodzącej nocy. Trzeba było uważać, by nie poparzyć stóp trafiając na zbyt gorące “wypływy” podziemnego wulkanu. Trzęsło nas z zimna i nie wyobrażaliśmy sobie zrzucenia ubrań pod gołym niebem. Nie wspominając nawet o szybkim zanurzeniu się w wodzie. Pierwszy ryzyko podjął Lisek. Był tak szczęśliwy i zachwycony gorącem wody niczym w jacuzzi, że jego mina mi wystarczyła, bym po chwili dołączyła do niego. Zapuchnięte od wysokości twarze, głowy opatulone ciepłymi czapkami i ciała zanurzone w wodzie o temperaturze około czterdziestu stopni Celsjusza. Byliśmy w raju. Nim się obejrzeliśmy, dołączyła do nas nasza kompania i inne wycieczki. Aż nie chciało się opuszczać tego miejsca. I pewnie wcale byśmy tego nie zrobili gdyby nie Izis, która podeszła pod źródła i na hasło desayuno jak poparzeni wyskoczyliśmy na zewnątrz. Śniadanie faktycznie już czekało na stole. Dopiero wtedy głód dał o sobie znać. Nasza kuchareczka chyba celowo zrekompensowała dotychczasowe niedociągnięcia, wychodząc z siebie podczas ostatniej uczty. Posiłek wyjątkowo wyróżniał się od innych. Przebieraliśmy w: słodkich grubych naleśnikach, białych bułkach, sosie karmelowym, marmoladzie, chrupkach do mleka, jogurtach, kakao i innych rozgrzewających napojach.

W kierunku Chile

Wycieczka dobiegała końca. Przyszło nam żegnać się przy krystalicznie seledynowej Laguna Verde. Bajecznie kolorowe góry odbijały się w lustrze wody. Prawdopodobnie podziwiały swą urodę, której z pewnością im nie brakowało. Rozdzielono nas po różnych jeepach zmierzających do granicy z Chile. Carolina wracała z powrotem do Uyuni z naszymi przewodnikami.

KARMA WRACA...

Wyboje pustyni nie miały końca. Mimo to uchwyciłam obraz oddalonych, jakby niebieskich wzgórz zanurzonych w kolejnych krystalicznych lagunach. Przeczucie o z góry przykazanym człowiekowi losie, nie opuszczało mnie. Byłam przeświadczona, że wszystko co się w naszym życiu, nie dzieje się bez powodu. Po raz kolejny mogłam przekonać się tego na własnej skórze. W samochodzie jechaliśmy z parą Brytyjczyków a w trakcie tej krótkiej podróży nawiązała się między nami dość istotna więź. Blondynka nie była zainteresowana zdobywaniem nowych znajomości, ale zupełnie ją rozumiałam widząc cierpienia ogarniające jej organizm. Cierpiała potworne bóle brzucha spowodowane, prawdopodobnie, odmienną florą bakteryjną tego mało higienicznego kraju. Żadne leki, którymi zdążyła się do tej pory nafaszerować, nie zadziałały, a przeszywający ból przenosił się na okolice kręgosłupa od płuc po kość ogonową. Niestety przyszło mi poznać ten ból parę lat wcześniej, gdy w krytycznym stanie zlokalizowano w moim woreczku żółciowym kolczasty kamień wielkości czekoladowej kulki. Mimo operacji chirurgicznej przyszło mi niejednokrotnie doznać tych nieopisanych bóli osłabionego przewodu pokarmowego. Zamartwiający i bezsilny mąż co chwilę prosił kierowcę o postój, by mogła ulżyć sobie w bólu. Ja od lat nie rozstawałam się z no-spą. Dziewczyna z pewnym strachem wzięła od nieznanej sobie mnie proszek, o którym nie miała zielonego pojęcia. Ból był jednak silniejszy od stereotypu, typu: “nigdy nic nie bierz od obcego”. Pięć minut i dolegliwości odeszły, a chłopak prawie całował nas po rękach nie mogąc uwierzyć w tak szybką reakcję. Na tyle ile mogłam wytłumaczyłam jego działanie, wręczając na kolejne spazmatyczne skurcze dwie tabletki.

ODPRAWA GRANICZNA CHILE-BOLIWIA

Na odludziu, gdzie mieściła się murowana chata, stał boliwijski punkt celniczy. Krzysiek pokazał urzędnikom tylko wbite w paszporty pieczątki a ja zajęłam miejsca w ekskluzywniejszych już autobusach, które tłumnie przybywały po turystów zjeżdżających kolejnymi jeepami. Im bliżej cywilizowanego Chile, tym widoki jakby również się unowocześniały. Z przytłaczających wysokości mknęliśmy ku nizinom podziwiając z góry maleńkie San Pedro de Atacama. Automatyczne drzwi otworzyły się na wprost do wejścia do sali odpraw. Każdy plecak był tym razem sprawdzany bardzo dokładnie, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy oby na pewno pozbyłam się choć najmniejszego okruszka narkotycznego listka koki. Nie byłoby zabawnie. Nieświadomie wwiozłam do Chile paczkę krakersów, co nie zostało przez celników wykryte. Pieczątkę wbili. Ich uwagę przykuł obrośnięty w dredy i różnokolorowe fatałaszki młody chłopak. Miny mieli groźne, więc można było spodziewać się jednego... Autobusy zostawiły turystę na granicy. Musiały jechać zgodnie z rozkładem a nikt inny nie powinien był cierpieć z powodu jego bezmyślności. W końcu dotarliśmy na sprzyjającą naszym organizmom wysokość.

Fot. Trzeci dzień wyprawy po Pustyni Solnej Uyuni w Boliwii (2009).

8 komentarzy

  • Asia
    Asia niedziela, 03 lipiec 2016

    No i super Pat, że się wpisy przydadzą. Trochę tej Ameryki widzieliśmy:)

  • PatTravel
    PatTravel niedziela, 03 lipiec 2016

    No i wspaniale. idealny wpis, bo jestem na etapie planowania wyjazdu do Ameryki Pd :)

  • Asia
    Asia sobota, 02 lipiec 2016

    My jakoś nie przemyśleliśmy tej wysokości. Bez zbędnych rozważać, po tygodniu spędzonym po stronie chilijskiej i w niedalekiej odległości przekroczyliśmy granicę z Boliwią i zaczęło być nam dziwnie.. nie wiedzieliśmy czemu dopóki nie ujrzeliśmy tabliczki informującej o wysokości, na której się znajdywaliśmy..

  • Asia
    Asia sobota, 02 lipiec 2016

    Dzięki Kasia. Staram się przedstawiać również te gorsze strony podróży, jeśli się pojawiają. Pomagają zadecydować o wyjeździe, zmienić plany bądź je zmodyfikować. Ja chciałabym kiedyś odwiedzić raz jeszcze Boliwię i marzą mi się Himalaje ale wspomnienie złego samopoczucia jest dość silne.

  • Asia
    Asia sobota, 02 lipiec 2016

    Tak, próbowaliśmy liści koki (o tym w jednym z kolejnych wpisów lub wcześniejszych o Boliwii). Takie uczucie drętwienia buzi, potem lekkie zamulenie, brak apetytu a potem zejście jak na kacu:)to najmniej przyjemne ale nic innego co się mogło by kojarzyć z działaniem narkotyku.. Ja również uwielbiam oglądać nasze zdjęcia z Boliwii i gdyby nie ta wysokość..

  • Monika
    Monika piątek, 01 lipiec 2016

    O tak, ja też pamiętam to przejmujące zimno wszędzie - jak ja wtedy marzyłam o gorącym prysznicu i o nie wychodzeniu z łóżka....
    Nie miałam jednak problemów ze snem - w zasadzie jak tylko zakrywałam się śpiworem po oczy to od razu zasypiałam - może dlatego, że jak dojechałam na Salar to byłam już na wysokości od pewnego czasu.

  • KasiaNo
    KasiaNo czwartek, 30 czerwiec 2016

    Świetnie napisany tekst, wiele o Boliwii słyszałam, ale nikt do tej pory o trudnościach ze snem mi nie wspominał:) Zdjęcia genialne!

  • Dee
    Dee środa, 29 czerwiec 2016

    Zgadzam się, zawsze mam przy sobie no-spa i jeszcze furagina, znam to uczucie wszechogarniającego bólu. Ciekawa jestem czy sprobowaliscie żuć tę kokę? Wasze zdjęcia naprawdę są piękne, niestety do Ameryki Południowej jeszcze nie udało mi się dotrzeć

Leave a Reply

Your email address will not be published. HTML code is not allowed.