Nocą Cincinnati przypominało rozgwieżdżoną metropolię. Tu też postanowiliśmy poszukać jakiegoś przydrożnego i niedrogiego hostelu. Ponownie mina nam zrzedła, bo takowych w okolicy nie było. Wspomnienie tanich noclegów wzdłuż „Road 66” poszło w niepamięć jak i nasze podekscytowanie związane z podróżą samochodem.
Fot. Cincinnati (zdjęcie ze strony www.aircargoupdate.com)
PODRÓŻ SAMOCHODEM PO WSCHODNIM WYBRZEŻU
Ostatkiem sił gdy oczy ze zmęczenia same się zamykały, dotarliśmy po wskazówkach pracownika jednej ze stacji benzynowych do hotelu Days Inn w cenie 74 USD za pokój ze śniadaniem. Dla nas oznaczało to jedynie siedmiogodzinny sen i ponowną podróż. Ale lepsze to niż nocleg za minimum 100 USD, którego na wstępie żądali sobie hotelarze. Zasnęliśmy w dwudziestometrowym pokoju hotelu umieszczonego w zaciszu od ruchliwej autostrady. Przepyszne śniadanie zrekompensował ból po stracie takiej gotówki. Prowiant wzięliśmy też na drogę ograniczając wydatki żywieniowe w ciągu dnia.
Czas leciał a my pędziliśmy do Buffalo. Wszystko było wyliczone co do minuty.
Będąc drugi raz w Stanach wyjątkowo czuliśmy się zawiedzeni organizacją tego kraju, a czasem nawet bezmyślnością. Skłamalibyśmy jednak gdybyśmy jednocześnie nie potwierdzili zachwytu amerykańską infrastrukturą. Ani przez chwilę nie zbłądziliśmy jadąc pięknymi autostradami wzdłuż ciągnącej się kilometrami zieleni. Słuchając rockowej muzyki lecącej cały czas z głośników radia naszła nas melancholia i tęsknota za.. Ameryką Południową. Znowu żałowaliśmy, że nasza podróż nie zakończyła się gdzieś na przykład w Meksyku.
ŻMUDNE POSZUKIWANIE NOCLEGU W NIAGARA FALLS
Do punktu Budget'a w Buffalo dojechaliśmy w godzinę przed upływem doby i oddając samochód na lotnisku udaliśmy się na pobliski przystanek autobusowy. Tym razem poszło sprawnie, bo transport pojawił się po minucie i dodatkowo kosztował grosze. Mijając Buffalo znaleźliśmy się w Niagara Falls po stronie amerykańskiej. Zdziwiliśmy się, że takowe w ogóle istnieje. Myśleliśmy, że jest przypisane jedynie Kanadzie. Faktycznie granica biegnie przez środek rzeki a wodospad można podziwiać z jego każdej strony.
Kierowca autobusu uprzejmie wysadził nas gdzieś przy głównej ulicy, gdzie jakoby łatwiej można było zlokalizować jakieś hostele. A że nic po drodze w oko się nie rzucało, zaszliśmy do pierwszego lepszego sklepiku, jak się późnej okazało, jakiejś pozytywnie zakręconej kobiety, która to znowu skierowała nas do kwatery prywatnej swojej przyjaciółki. Pod nosem cały czas dziwowała się, że nie mamy żadnej rezerwacji, bo „tu bez rezerwacji to nic się nie znajdzie”. Jej koleżanka również przedstawiła ten sam pogląd i nie mając u siebie wolnego pokoju podzwoniła po okolicy, byśmy na marne z ciężarem na plecach nie biegali. Ona sama bazowała w swoim życiu tylko na tym, co elektroniczne: internet czy karty kredytowe. Właściwie prawdopodobnie nie musiałaby się ruszać z domu mogąc wszystko załatwić wirtualnie. I mimo że już dawno zapowiadali się w jednym z pokoi jacyś goście a się nie pojawiali, uparcie wierzyła w rezerwację zrobioną w wyprzedzeniem przez internet. No, ale nie ma co narzekać. Miała swoje postrzeganie świata będąc zarazem bardzo pomocną dla nas. Po chwili wiozła nas zupełnie bezinteresownie do hostelu YMCA.
DZIWNE LOKUM
To, w czym przyszło nam spać przypominało jakieś pozostałości po szpitalu przerobione na noclegownię. Przyszło nam spać w obskurnym pokoiku za 60 dolców, metr na metr i na szpitalnych łóżkach. Przed okolicą również nas ostrzegano – „mieszkacie wśród biedy i bezdomnych”. Ważne, że w ogóle mieliśmy gdzie spać, bo pierwszy raz nam się zdarzyło w życiu, by był taki problem z noclegiem gdziekolwiek. W gorszych czy lepszych warunkach, ale w końcu się udawało. Aż dziw bierze, że wodospad Niagara przyciągał takie tłumy. Samo Niagara Falls było mimo wszystko wymarłym miasteczkiem z ubogą bazą noclegową. To też dziwiło…
Najważniejsze, że dzień podróży samochodem w końcu się skończył, a my z zakupami z pobliskiego supermarketu zasiedliśmy zrelaksowani w swoim „poszpitalnym lokum”. Toalety na tym piętrze były jakoby tylko dla mężczyzn. Do damskich trzeba było zjeżdżać windą na parter, prosić o klucz do szatni recepcjonistę a na dole się zamknąć, by żaden męski nieproszony gość się tam nie połasił. Dół stanowił jakieś wakacyjne centrum sportowe, więc w ogromnej łazience było sporo kobiet, które albo szykowały się do treningu albo się po nim kąpały.
HOSTEL YMCA
Na naszym piętrze, poza rezydującym w YMCA około (na oko) 50-60 - letnim Amerykaninem nie było nikogo, więc Krzysiek asekurował mnie w codziennej toalecie. Jego prysznice nie miały zasłonek.
Z lekkim własnym drinkiem przenieśliśmy się na kanapy w prowizorycznym salonie tuż obok. Krzysiek bezmyślnie włączył TV a ja kończyłam pamiętnik z dnia. Po chwili dołączył do nas tutejszy bywalec. Wieczór spędziliśmy z mapą Niagara Falls i rekomendowanymi opcjami zobaczenia wodospadu. Amerykanin miał sporą wiedzę na temat miejsca, więc po chwili wiedzieliśmy, od czego zacząć kolejny dzień.
MOŻLIWOŚCI ZWIEDZANIA WODOSPADU NIAGARA
O świcie posiliwszy się własnoręcznie przygotowanym śniadaniem i spacerkiem udaliśmy się w kierunku głównej atrakcji miasta. Idąc wymarłym miastem dotarliśmy do jakiegoś większego skrzyżowania i tam właśnie pojawiło się też jakieś większe skupisko ludzi. Domyślaliśmy się, że wodospad jest na wyciągnięcie ręki. Tu stał ogromny kompleks, w którym znajdywały się restauracyjki, małe kafejki, toaleta i stragany z pamiątkami. Wyszliśmy z niego wprost na kwiecisty zadbany park z wrytą w ziemię tablicą z nazwą wodospadu. Z oddali docierał szum spadającej hektolitrami wody i lekka mgiełka tuż nad nim. Gdy w końcu ujrzeliśmy jego ogrom, mimo „ucywilizowania” tego miejsca, zrobił na nas ogromne wrażenie. Po drugiej stronie rzeki majaczyła Kanada. Paluch sam pchał się na spust aparatu pstrykając zdjęcie za zdjęciem. Zjawisko nie pozwalało oderwać od siebie wzroku.
Z WIEŻY WIDOKOWEJ I Z RZEKI
Oparci o bramki oddzielające urwisko od wodospadu napawaliśmy się widokiem. Po zakupie wejściówek na wieżę widokową wjechaliśmy na wyższe piętro windą, by z wysokiej platformy obserwować cud natury niczym w lotu ptaka. Po rzece sunęły statki wypchane po brzegi turystami w niebieskich po stronie amerykańskiej i pomarańczowych po stronie kanadyjskiej kolorystyce. W cenie atrakcji można było zachować sobie długi i solidny kapok przeciwdeszczowy właśnie w tych odcieniach. Ustawiliśmy się w kolejce do tzw. „Maid of the mist”. Tak nazywała się opcja zobaczenia Niagary od strony rzeki w jednej z łódek. Przerób był niezły a mimo to kolejka wydawała się nie mieć końca. Obawialiśmy się długiego oczekiwania, ale sprawnie w 10 minut byliśmy już na pokładzie biegiem zajmując sobie dobre miejscówki do obserwacji. Zastanawialiśmy się, na ile kapoki faktycznie będą nam potrzebne a na ile napędzają turystykę darmowym gadżetem. Po chwili wiedzieliśmy, że bez nich wyglądalibyśmy jak zmokłe kury. Mijając część wodospadu znajdującą się jedynie po stronie amerykańskiej byliśmy już na pełnej mocy silników. Sprzęt wydawał donośne odgłosy wykorzystując całą parę, by sprostać sile prądów utworzonych przez spadającą z wodospadu wodę tworząc u dołu pewnego rodzaju wiry. Byliśmy rozradowani jak dzieci wystawiając jedynie twarze nieosłonięte kurtką. Podpływając do drugiej części wodnej atrakcji (jakby oddzielnej) będącego częścią Ameryki i Kanady, nie daliśmy rady ani filmować ani fotografować czy nawet mieć otwarte oczy. Mimo maksymalnego napędu statek odpychany był od Niagary silnym prądem. Czuliśmy się, jakby wiadrami lano nam na głowę wodę. Dawno nie widziałam tak rozradowanego statku.
POMOCNI AMERYKANIE
Wodospad można było zobaczyć na wiele różnych sposobów. Nam wystarczył statek i darmowe podziwianie giganta z góry. Teraz spokojnie wracaliśmy do YMCA zahaczając o dom naszej wcześniejszej wybawicielki. Jak to możliwe, że miasto, w którym brakowało miejsc noclegowych było tak wyludnione? Na ulicach nie było żywego ducha. Czułam się jakbym trafiła do miejsca wytępionego jakąś śmiertelną chorobą. Jedyne restauracyjki widziane po drodze były zamknięte na stałe. Jakiekolwiek poruszenie miało miejsce przy wodospadzie. U Karin skorzystaliśmy z internetu. W Niagara Falls oczywiście nie było żadnej kafejki czy punktów informacyjnych a my potrzebowaliśmy paru danych o wypożyczalni samochodów po stronie Kanady, ewentualnych cenach autobusów i rozkład jazdy czy odczytanie poczty od znajomych, w tym może od Marcina. Kobieta na nowo okazała się bardzo pomocna nie chcąc ani grosza za zajęty czas i internet.
W końcu zmienimy kraj. Straciliśmy już trochę emocji w Stanach i mimo, że Kanada miałaby być podobnie droga, chcieliśmy się już w niej znaleźć. Tęskniliśmy za przyrodniczą głuszą. Ostatni wieczór znowu spędzaliśmy w towarzystwie zaprzyjaźnionego Amerykanina. Zaprosił nas na obiad do tutejszego kasyna, gdyby następnego dnia nie udało się nam przejść granicy. Niestety braliśmy taką ewentualność pod uwagę, bo Lisu nie posiadał nowego paszportu biometrycznego a stary wymagał wbitej w środek wizy. Takowej Krzychu nie posiadał a ja robiłam się coraz bardziej podirytowana faktem, że przed podróżą nie sprawdził tego mimo moich upomnień. Obawiałam się, że lot z Toronto będzie musiał być przełożony na Stany a perspektywa spędzenia tu końcówki naszej tułaczki dołowała. Nie ma co gdybać, zobaczymy co przyniesie nam los.
Czy mieliście okazję zwiedzać Stany, zobaczyć wodospad Niagara? Jak się podobało?
Jeśli przegapiliście artykuł, w którym decydowaliśmy sie na wybór takiego środka transportu, zapraszam tu. A jeśli interesuje Was, co działo się później, zajrzyjście do kolejnego artykułu.
Fot. Niagara Falls w USA oraz słynny wodospad Niagara (2009)