Na wieczór w wiadomościach usłyszeliśmy, że o ile huragan ominął Nową Szkocję, to miał z większym impetem uderzyć w Nową Funlandię, która (milimetrami na mapie) graniczyła z tą pierwszą.
Po dniu przerwy, wracaliśmy do trybu treningowego zaliczając kolejny długi szlak. Ten jednak miał wynosić ok. 8 km. Dzień standardowo powitał nas śniadaniem z kawą na wynos od znajomej sprzedawczyni, kanapki z łososiem (nie mylić z łosiem:) z puszki i warzywka. Jadąc ulubionymi serpentynami w ostatniej chwili ujrzeliśmy 2 łosie: matkę z synem. To było fenomenalne. Gdy wróciliśmy samochodem w to miejsce, widocznie mały dostał przykaz ukrycia się w gąszczach, bo matka stała bardziej widoczna na czatach. Ale gdy przyjrzeliśmy się otchłani leśnej, okazało się, że brzdąc był zupełnie na widoku:).

SZLAK L'ACADIEN
W punkcie turystycznym zakupiliśmy wejściówki do parku. Po serii zabawnych fotek, ruszyliśmy w drogę. Trochę kropiło. Pewnie jakieś naleciałości huraganu, który odpuścił naszym rejonom. Na szlaku nie było żywego ducha, otoczenie spowiła szarość i tylko lekkie odgłosy lasu dawały o sobie znać. Tajemniczo, może nawet strachliwie.. Zaskakujące było ciche, delikatne popiskiwanie, co powodowało gęsią skórkę i na pewno do śmiechu nam nie było. Na szczęście dźwięki te wydawały kanadyjskie wiewiórki. Jedna wiła sobie właśnie gniazdko zbierając skrawki trawy do usłania dziupli.

Szliśmy w ciemnościach a wilgoć wzmagała uczucie chłodu. Na trasie zaczęły pojawiać się pierwsze punkty widokowe na okolicę z lotu ptaka. Przed oczami rozpościerał się nam krajobraz linii brzegowej Cheticamp. Zasiedliśmy w uroczym zakątku na dłuższy odpoczynek i energetyczną przekąskę. W ulwie delektowaliśmy się posiłkiem i naturą. Aura kompletnie nam nie przeszkadzała, bo gdy robi się to, o czym się marzyło to nic nie potrafi tego zepsuć a nawet najgorsza pogoda tworzy klimat.

ŁOSIE WSZĘDZIE
Szlak, według opisu, miał zataczać krąg, więc mogliśmy wracać zupełnie inną trasą, niewiedząc co nas może spotkać. Ta dalej wiodła w górę. I tak szliśmy w ciszy, patrząc pod nogi, aż tu nagle.. Krzysiek mówi uniesionym głosem:
- Łoś!!! - Przeszedł dostojnym krokiem tuż przed nami, nie spoglądając w naszym kierunku. Zszedł na bok, a wtedy my zaczailiśmy się w krzakach, by móc się mu lepiej przyjrzeć i porobić zdjęcia. Nie wiem właściwie, czemu się tak czailiśmy, skoro one niczego się nie bały. Aż w końcu rzucił na nas okiem spokojnie przeżuwając trawę, czy cokolwiek to było, co jadł:). Był taki ogromny i przy okazji słodki jak maskotka:).

Szlak dalej wiódł już w dół, dookoła na nowo zaczęło robić się ciemno od kniei, ziem porośniętych zielonym mchem, bezlistnymi drzewami i tajemniczą rzeczką płynącą tu po środku. Mimo, że szło się płaskim prostym odcinkiem, droga wydłużała się niemiłosiernie a zmęczenie dało o sobie znać. Podbiegaliśmy co chwilę po parę metrów, by podnieść sobie ciśnienie i szybciej zakończyć dzień treningu. W końcu znaleźliśmy się na starcie trasy.

Po obiedzie w Cheticamp ponownie pruliśmy do domu malowniczymi serpentynami. Zbliżał się już wieczór. Nagle zauważyliśmy korek samochodów przed nami. Taki widok zdecydowanie zadziwiał w tych rejonach, więc gdy zatrzymaliśmy się na końcu tej samochodowej kolejki, poznaliśmy powód przymusowego postoju. Mieszkając tu już od prawie tygodnia, zdążyliśmy się nauczyć, ze oznaczać to mogło tylko jedno – gdzieś na poboczu jest łoś. I był, ale takiego kolosa jeszcze nie widzieliśmy. Do tej pory były to raczej młodsze osobniki bez poroża. Ten majestatyczny okaz był ogromny i z powalającymi rogami:). Spokojnie, oczywiście bez zwracania uwagi na gapiów, zajadał się liśćmi krzewu a każdy z otwartą buzią robił kolejną serię zdjęć.
Fot. Kolejne szlaki Nowej Szkocji oraz wypatrywanie łosi (2009).
BLACK BROOK BEACH
Każda końcówka wakacji człowieka smuci. A gdy kończą się takie półroczne, które sporo w tym czasie nauczyły, pozwoliły przeżyć coś nowego, bolały jeszcze mocniej. Zdążyliśmy pokochać Nową Szkocję, klimat Kanady a świadomość, że możliwe, że tu już nigdy nie wrócimy potęgowała smutek. Nie chcieliśmy już treningu a wypoczynek, który pozwoli na ostatnie momenty wytchnienia i cieszenia się tutejszą dziką przyrodą.

Ruszyliśmy samochodem w drugą stronę asfaltówki, również jadąc serpentynami wśród wzgórz. Minęliśmy ok. 50 km i dotarliśmy do jednej z piękniejszych plaż Cape Breton - Black Brook Beach. Ta wyglądała, jak ze zdjęcia, które widziałam wcześniej w punkcie turystycznym: kamienista, ze skrawkiem trawy do opalania, stolikami, wzburzonym oceanem, wrastającą w wodę zalesioną górę i wodospadem w oddali.
Do wody nawet nie próbowaliśmy wchodzić, bo bez odpowiedniego obuwia byłaby to katorga dla stóp. Trochę relaksu z książką, opalanie i spacer po skałach do wodospadu. To również nie było się takie proste, mimo że dzieciaki biegały po nich jak małe małpki. Wodospad prezentował się, jak z kalendarza ściennego – był śliczny.

A że dzień jeszcze się nie kończył, podjechaliśmy z innej strony Cape Breton na pyszny obiad z owoców morza i gęstą zupę, której smak czuję do dziś:). Zasiedliśmy w restauracji z widokiem na inną, piaszczystą plażę. Mniej uczęszczaną drogą dojechaliśmy do wioski St. Lawrence – ostatniego punktu Nowej Szkocji na północy. Wiał dawał tu o sobie znać. Zostawiliśmy samochód na poboczu. Spacerowaliśmy w kierunku latarni i kanału tego maleńkiego, jakby opuszczonego portu. Z widokiem na piękny klif, mnóstwo ptaków wygrzewających się w słońcu oraz majaczący w oddali port z kutrami, delektowaliśmy się otoczeniem, co chwilę to robiąc jakieś wygłupy.

Ostatnia noc do motelu, pakowanie swoich manatek rozrzuconych po całym pokoju. Było smutno.
Fot. Black Brook Beach i północ Nowej Szkocji (2009).
