Błąd

Początki

„Hm... jak to się zaczęło?! Siedzę zdenerwowana nad kartką papieru, paraliżuje mnie strach, ale chcę by słowa tu zapisane dobrze ilustrowały chwile, w której się znajdujemy bądź będziemy się znajdywać. Myślałam, że będzie gorzej. W dobie komputerów mogłam zapomnieć jak pisze się zwykłym długopisem.

Od czego to się zaczęło? Byliśmy z Lisem w Bieszczadach, gdzie panowała głucha cisza i czas leciał jakoś tak spokojniej. Znudzeni codziennością marzyliśmy o czymś innym, nieodgadnionym.
Pomysł rzucił Krzysiek, a mi dość łatwo przyszło jego podłapanie. Po dwóch tygodniach idea nie odpłynęła a umocniła się.

I tak teraz po masie pożegnań z najbliższymi, siedzę w cichym pokoju naszego mieszkania, gdzieś w tle mój mąż dopina ostatnie bagaże i zastanawiam się, jak to będzie.

Plan jest prosty. Zaczynamy od Chile jadąc ku południu do Patagonii, odwiedziny w kraju tanga - Argentynie, ponowny wjazd do Chile, by płynnie wjechać do Peru. Z peruwiańskiej stolicy - Limy - lot na Kostarykę, morzem do Meksyku a z niej rejs na Kubę, potem Jamajkę, kończąc w sposób cywilizowany na wschodniej części USA aż po Kanadę, skąd zorganizowany mamy lot powrotny do Polski.

Na podróż życia przeznaczyliśmy siedem miesięcy, ciułane od jakiegoś czasu pieniądze, tęsknotę rodziny, przyjaźń bliskich, ale też możliwość poznania samych siebie i świata.

Wylot o 17:45. Trzymajcie kciuki!”

Te słowa pisałam w moim dzienniku podróżnym, na czystej kartce papieru, zwykłym długopisem. Wiem teraz jedno, wszystko w podróży może się zmienić. W planach mogą pojawić się nowe miejsca do zwiedzenia, nowi ludzi, nowe pomysły, ale jedno jest pewne - podróżowanie uzależnia. Potem chce się tylko więcej i więcej...

Warszawa, 10 marca 2009 godz. 10:04

Jak zaczęło się nasze podróżowanie z plecakiem? Pomysł pojawił się podczas jednego z weekendów w ukochanych Bieszczadach, a kolejne wieczory spędziliśmy już na rozmowach, snuciu planu podróży i wstępnych przygotowań. Wtedy chyba tak naprawdę nie wierzyliśmy na sto procent, że ten pomysł się ziści. Wydawało się to takie nierealne i nieosiągalne, ale zarazem ekscytujące i nietypowe. Czuliśmy się jak nastolatkowie, którzy marzą o ukończeniu osiemnastu lat z nadzieją na usamodzielnienie się a przed którymi roztacza się wizja wszechmocy. Przekrzykiwaliśmy się w pomysłach na tą ekscytującą wyprawę, wyliczaliśmy kraje, które chcielibyśmy zobaczyć, rozmyślaliśmy nad tym, jak się do tego zabrać a potem jak powiedzieć o tym rodzinie i jak rozstać się z pracą. Ja osobiście w swojej głowie dałam Krzyśkowi około dwóch tygodni na utwierdzenie się w przekonaniu, że podróż nie była tylko pomysłem wyssanym z palca a faktycznym marzeniem, które właśnie gotowi byliśmy spełnić.

Po dwóch tygodniach o pomyśle wiedzieli już chyba wszyscy nasi znajomi. Reakcja była praktycznie każdorazowo identyczna. „Naprawdę? Super, zazdroszczę. Też bym tak chciał… A kiedy jedziecie, a gdzie dokładnie, a skąd ten pomysł?”. Pytań nie było końca a my z każdą odpowiedzią upewnialiśmy się o znakomitej decyzji przyśpieszając dzień realizacji marzeń. Z czasem zastanawialiśmy się, dlaczego nie podjęliśmy jej wcześniej. Ale widocznie wszystko było zapisane w gwiazdach i teraz był na to odpowiedni moment.

Główkowanie nie ustawało. Zaczęliśmy od prozaicznych kwestii, takich jak realne ustalenie daty a co za tym idzie, czasu jaki dajemy sobie na zebranie odpowiednich funduszy. Był marzec, więc z głupia franc ustaliliśmy wylot na marzec następnego roku. Nie od dziś zaczytywaliśmy się w lekturach podróżniczych mając ogólny zarys tego, czego moglibyśmy się spodziewać w drodze i po sobie, co powinniśmy wiedzieć i jak się ku temu „przeszkolić”.

User Profile

Nie pamiętasz nazwy swojego konta? To nie problem. Wpisz poniżej adres poczty elektronicznej powiązany z Twoim kontem użytkownika, a następnie kliknij przycisk „Wyślij”. Przypomnimy Ci nazwę użytkownika listem elektronicznym.

Rodzina Lisów

Lisy – jesteśmy nimi dla znajomych. Wielkiej teorii nie ma, Krzysiek ma na nazwisko Lisowski i stąd oczywista ksywa. W 2010 roku, na świat przyszedł Julek, trzeci z Lisów. Jako bezdzietne małżeństwo zjechaliśmy prawie całą Polskę, duży skrawek Europy, zaliczyliśmy all inclusive Tunezję i Egipt i w końcu pojechaliśmy spontanicznie do Stanów, by poczuć filmowy klimat zachodniej części USA. Spodobało się! A że ciągle nam było mało, rzuciliśmy wszystko (mimo, że dodatkowo rodzina nękała pytaniami o potomka a Krzysiek miał niewyleczoną kontuzję kostki, przez co prawie nie chodził bez stabilizatora). Wyjechaliśmy na pół roku do Ameryki Południowej z założeniem powrotu z Kanady. Dodam, że Krzysiek nie przepada za lataniem, więc trzeba nam było zjechać 2 kontynenty, by wrócić do kraju. Podróż zmieniła nas, uzależniła jak narkotyk, uwolniła skrywane marzenia, odczucia, zdolności i pragnienia. Nie mogliśmy o tym zapomnieć.


Kolejny w planie życiowym był Julek. Udał się:). Potem czekaliśmy już tylko aż urośnie na tyle, by znowu wybyć gdzieś dalej, tuż przed obowiązkową szkołą. I mimo, że już z juniorem jeździliśmy po Europie (bo odpadało latanie), dusiliśmy się podczas standardowej, super sterylnej i bezpiecznej formy podróżowania. Kolejnym etapem naszego życia było prowadzenie własnego biznesu pod postacią klubokawiarni podróżniczej. Słuchając prelekcji innych podróżników, nakręcaliśmy się jeszcze bardziej na świat. Krótkie wyjazdy nie wchodziły w grę. Los zadecydował, że znowu stworzyła się w naszym życiu okazja do podróży po świecie. Tym razem z dzieckiem a na przygotowania nie mieliśmy dużo czasu. Do tego dochodził brak sprecyzowanego planu trasy i niezbyt rozbudowana wiedza o krajach, co w całokształcie  spowodowało, że adrenalina sięgała zenitu. Ale wiedzieliśmy, że to normalne uczucie, a nawet ekscytujące. Nie mogliśmy się doczekać.


Wstępny plan był, choć kolejność nieustalona i z nastawieniem na spontaniczną modernizację: Rosja, Mongolia, Chiny, Tajlandia, Kambodża, Laos, Wietnam, Malezja, Indonezja. Rozważaliśmy Filipiny i Australię. Na mapie wszystko wydawało się tak blisko, że aż żal nie odwiedzić:).

 

Podobnie, jak w przypadku podróży z 2009 roku, postanowiłam prowadzić bloga. Odkąd zaczęłam tworzyć zapiski podróżnicze, okazało się, że mam tendencję do kreacji dziennika pod rodzinę i znajomych, a przede wszystkim pamiętnika dla nas. To wszystko powoduje, że blog okazuje się być bardzo szczegółowy, co przeradza się w dość pokaźnych rozmiarów lekturę, ale i pomocny przewodnik dla innych podróżników. Życzyłabym sobie, by "Lisy w drodze" poszerzyły się o wiedzę i doświadczenia z dwóch Ameryk (będę uzupełniała blog o archiwalne wspomnienia) oraz drobniejsze wyjazdy. Zachęcam do komentarzy i "lajkowanie" fanpage'a Lisów. A przede wszystkim życzę miłej lektury.

"Lisy w drodze" wyjechały do Azji w czerwcu 2014 roku.