Ta potrawa, brzmiąca niemal jak jakieś hinduskie zaklęcie, to nic innego jak jedno z lżejszych (mniej lub niepikantnych) dań kuchni tajskiej. Mam w zwyczaju (i wiedzą o tym również moi goście) na różnych obiadowych okazjach przygotowywać egzotyczne potrawy, których albo do tej pory nie jedli albo my się już za nimi stęskniliśmy i nie mieliśmy okazji w polskich restauracjach zjeść ich w jak najbardziej zbliżonym do oryginalnego wydania.

popularnie nazywamy fried rice z dodatkiem mięsa lub owoców morza. Jest to danie azjatyckie, więc ciężko przypisać je do jednego kraju, gdyż można je zjeść dosłownie wszędzie (w Chinach, Wietnamie czy Tajlandii). Mimo że wyglądem wskazuje na wyjątkową prostotę wykonania, z użyciem pospolitych składników, parę elementów powoduje, że staje się oryginalny w smaku i egzotyczny. Czas przygotowania dania to praktycznie czas obrania warzyw, pokrojenia mięsa i zebrania odpowiednich dodatków. Potem pozostaje wrzucić wszystko na rozgrzany wok i po chwili podawać świeżą, lekko chrupiącą potrawę.