poniedziałek, 04 luty 2019

TAJLANDIA - KTÓRĄ WYSPĘ WYBRAĆ?

Jeden spełni się biegając po Bangkoku, wyszukując mniejszych zakamarków kultu Buddy, gubiąc się po głośnych i tłocznych uliczkach China Town, smakując wszystkich rarytasów kuchni tajskiej, korzystając również z możliwości spróbowania swych sił w roli szefa woka. 

WYSPY TAJLANDII

Nas Tajlandia uwiodła w całokształcie, ale mając niewiele czasu tym razem na zróżnicowane zwiedzanie, zdecydowaliśmy się na poznanie kolejnych wysp. Każda jest inna, niepowtarzalna, ma swoje smaczki i ukryte bądź popularne dla siebie walory. Poznaliśmy dziką wyspę Koh Muk z Archipelagu Trang, imprezową i głośną Koh Phi Phi z regionu Krabi oraz Koh Tao z Archipelagu Chumphon.


 
Podczas pierwszego, miesięcznego pobytu w kraju mogliśmy przebierać w lokalizacjach, tak drugi 2-tygodniowy urlop w Tajlandii musiał być już bardziej doprecyzowany i w związku z faktem, iż jest to duży kraj, by nie tracić czasu na przemieszczanie się po nim zdecydowaliśmy się na jedną wyspę. Wybór był trudny, nie tylko z faktu, że – jak wspomniałam – wysp i mniejszych wysepek w Tajlandii jest duży wybór, ale również dlatego, że nasz czas wolny przypadał na dość gorący okres i wysoki sezon turystyczny dla tego regionu świata. To podbijało ceny a fajne miejscówki i noclegi rozchodziły się jak świeże bułeczki.
 
Bilety na czarter z Warszawy do Bangkoku kupiliśmy w grudniu, 2 dni przed wylotem. W Polsce mogliśmy jedynie na szybko znaleźć sobie lokum na pierwsze 2 noce w stolicy  a tam planowaliśmy podjąć ostateczną decyzję co do dalszej destynacji. Ponownie postanowiliśmy odwiedzić Archipelag Chumphon, ale tym razem padło na średnią wyspę (spośród trzech tego archipelagu – trzecia to Koh Samui) – Koh Phangan. Mimo obawy przed jej również imprezową formułą, jak na podróż z dzieckiem, okazało się, że jest ona na tyle duża, że wystarczy wybrać jej spokojniejszą północną część, by nie odczuć ani trochę tego młodzieżowego rumoru a odnaleźć rajski i często bardzo relaksujący zakamarek. Bez tłumów, czasem nawet dość dziki i bardzo przyrodniczy. 

Fot. Tajlandia 2018, kolejne odwiedziny.

ORGANIZACJA POBYTU

Mimo że Tajlandię odwiedziliśmy ostatni raz 4 lata wcześniej, odnosiliśmy wrażenie, że nie upłynęło aż tyle czasu. Zjawiliśmy się w Bangkoku jak u siebie. Nieprzytomni po 12 godzinach lotu, podczas którego nie zamknęliśmy nawet na chwilę oka, niemalże  na ślepo, po zakupieniu biletów na skyline, wsiedliśmy w kolejkę nadziemną przecinającą wiecznie zakorkowane miasto do najbliższej naszego lokum stacji. Tutaj w kolejnym punkcie informacyjnym upewniłam się w przybliżonej cenie za przejazd taksówką do dzielnicy Khao San, w której znajdywał się nasz Yaks House Hostel. Trzeba było chwilę odstać, by tą zbliżoną cenę wynegocjować a potem pozostało zakwaterować się w niewielkim pokoju przy głośnej ulicy z naszą bezsennością.


 
Hostel, jak każde inne miejsce w tym czasie szykowało się do świętowania Nowego Roku, zatem i nasz syn został zagarnięty do rozwieszania świecidełek i balonów na wieczór sylwestrowy. Spacer po tętniącej życiem dzielnic Khao San pozwolił nam odczuć zmianę lokalizacji podczas jednej doby, ciesząc się ciepłem grudniowego wieczoru.

Kolejny dzień, już nowego roku, nadal nieprzytomnie i bezmyślnie tułaliśmy się po zakamarkach Bangkoku, dokonując zakupu biletów transferowych na Koh Phangan. Odwiedziliśmy jedną ze świątyń Wat Arun. Jak na przekór żar lał się z nieba, więc nie sprzyjało to spokojnemu delektowaniu się atrakcjami. Dodatkowo świątynia przechodziła remont i jej wyższe partie były zamknięte. A jak naprawdę to było jej największą atrakcją – widok na Bangkok od strony rzeki i z lotu ptaka. Rejs po rzece, schronienie od słońca w chłodnym zaciszu świątyń i ten spokój..przydały się nam. Wieczorem czekała nas całonocna podróż autobusem do Chumphon, skąd katamaranem mieliśmy dotrzeć do wyspy.

Fot. Bangkok 2018 i podróż na Koh Phangan.

TRANSPORT BANGKOK-KOH PHANGAN

I tu wydarzyło się coś niespodziewanego i trochę z naszej winy. Mając w głowie naszą podróż sprzed lat, zmierzając na Koh Tao (z tego samego archipelagu wysp), morze wspominaliśmy bardzo spokojnie. Właściwie rejs odbywał się jak po maśle, więc nie odczuwało się, że może być niespokojnie. Dla odmiany dla ostatniej podróży, zamiast pociągiem, do portu dotarliśmy nocnym autobusem, bardzo wygodnym, na parterze z semi-cama siedzeniami. Gdyby nie bezsenność, moglibyśmy w przyzwoitych warunkach przespać całą noc nie zauważając różnicy do snu w normalnych warunkach. Na katamaran trzeba nam było czekać ok. 3 godzin, leżąc przed spokojnym morzem Zatoki Tajlandzkiej na leżaczkach. Tutaj tafla wody wydawała się spokojna jak nigdy.

Zajęliśmy wyższe partie statku, jak ostatnio, w nadziei na dobrą widoczność (otwarte piętro) i słońce, które zdąży podczas rejsu ocieplić nasze twarze. Już po krótkiej chwili okazało się, że fale na morzu rosną, a pęd katamaranu – który dobrze radził sobie z ich potęgą – skacze wahadłowo o kilkadziesiąt centymetrów w górę i dół. Najpierw na twarzach pojawiła się konsternacja, potem strach (bo niemalże nie byliśmy w stanie ruszyć się ze swych miejsc, by przejść na niższy pokład), a potem pozostało nie reagować na 80% pasażerów, którzy dobrze wykorzystywali torebki foliowe roznoszone przez załogę statku. O ile dla mnie to była prywatna walka o niedołączenie do tej grupy z torebkami, tak Julek przeraził się na poważnie, niemalże go sparaliżowało i do końca rejsu walczył z silnym strachem a Krzysiek uspokajał go, próbując upewnić się wśród załogi, że wszystko jest pod kontrolą.
 
Okazało się, że właśnie w tym okresie morze po tej stronie lądu jest bardzo niespokojne. Mogliśmy zdecydować się na wyspy w niedużej odległości od Bangkoku lub od strony Phuket. Ale nikt z nas tego nie zweryfikował.  

NA KOH PHANGAN

Na samej wyspie poszło już dość sprawnie. Z góry, choć z krótkim wyprzedzeniem (bo z Bangkoku), zarezerwowaliśmy sobie nocleg w Dragon Hut na północy Koh Phangan, pomiędzy maleńką plażą Haad Gruad a jedną z piękniejszych w naszym rejonie Haad Salad. I właśnie o te plaże się rozchodzi, bo jest ich na Koh Phangan całe mnóstwo a jedna różni się od drugiej. I na tym skupiliśmy się głównie podczas tych wakacji – znaleźć swoją ulubioną.



Z portu rozdzielano turystów na różne rejony wyspy i pakowano na paki jeepów. My z tego miejscu do resortu dotarliśmy niemalże na końcu, po godzinie, płacąc jakieś 40 zł od łebka za przewóz. Tu nie było jak negocjować. Na pierwszy rzut oka Koh Phangan byłą bardzo przyrodniczą, dżunglową i zdecydowanie większą od Koh Tao wyspą. Pamiętając tą drugą w pierwszego pobytu z Tajlandii, i tłumy wysiadające na jej brzegu, zastanawialiśmy się, jak oni się tam teraz w tym gorącym sezonie pomieszczą.


 
Dragon Hut powitał nas egzotycznym ogrodem, restauracyjką gdzie na drewnianej podłodze, kolorowych miękkich siedziskach jadaliśmy codziennie bogate, pyszne śniadania, dużym słonecznym apartamentem, gdzie na sporym łóżku mieliśmy przez parę dni poradzić sobie we trójkę. Po dojściu do siebie po jetlagu, zaczęliśmy poznawać okolicę.

Najbliższy sklepik mieścił się jakieś 400 m od naszego bungalowa. Jednak tu sprzedawczynią była jakaś nieprzyjemna, papuśna Tajka (jedno i drugie rzadko się zdarza), która oferowała produkty w cenach pod Europejczyków. Trzeba było przejść kilometr dalej, by móc się obkupić w jakieś przekąski na kolejne dni. 7Eleven stał się ulubionym sklepem Julka.

Fot. Pierwsze dn na Koh Phangan, Archipelag Chumhon.

A wy byliście w Tajlandii? Wolicie wyspy czy atrakcje na stałym lądzie? Polecacie coś?

Leave a Reply

Your email address will not be published. HTML code is not allowed.