środa, 03 październik 2018

USTRZYKI GÓRNE

Do Ustrzyk Górnych, do nowej lokalizacji, dotarliśmy ok godz. 11, szybkie rozpakowanie gratów, powitanie nowego klimatycznego domostwa i oczekiwanie na dalszą część ekipy (poza moimi rodzicami). W góry docierały do nas dziewczyny - moja przyjaciółka z córkami. Dochodziła godzina 13 a my planowaliśmy jeszcze tego samego dnia pójść na jakiś szlak.

POŁONINA CARYŃSKA

szła na pierwszy ogień, ale jak się okazało, Lisu wcale nie wybrał najkrótszej trasy jej zdobycia. Do Brzegów Górnych podjeżdżaliśmy busikiem z Ustrzyk Górnych. Planowaliśmy dojść do grani i stamtąd zmierzać ponownie do Ustrzyk.  Na trasę, po krótkiej rozgrzewce w Łysogórach, poszli też moi rodzice. I na wstępie należy się im wielki szacun, bo przeszli wszystko, ale na tyle, że to było ostatnie wejście mojej mamy.

Poza Lisem, dla wszystkich pozostałych było to pionierskie wejście, więc może i dobrze, że nie mieliśmy świadomości, że całość zajmie tak sporo czasu. Widoki cudowne, ale gorąc dawał się we znaki i duży wysiłek był wielokrotnie utrudniony. Dzieci jakby mogły marudziłyby nieustająco, co chwilę a to jeść a to pić, kiedy normalnie tego nie chcą:). Na szczęście para 7-latków na tyle mocno się wspierała, że przekazywała na siebie energię, gdy drugie słabło. Przełom stanowiła sytuacja, gdy mała Pola załamana siedziała na szlaku i powiedziała, że się nigdzie nie ruszy. Wtedy podeszła do niej turystka schodząca w dół i przekazała swój patyk mówiąc że ma magiczną moc i ona odzyska siły. Co znaczy psychika - Pola dogoniła dwóch Lisów i wyprzedzając nas o jakieś pół godziny marszu biegli do Ustrzyk. Mieli jeszcze siłę na kąpiel w zimnym potoku, podczas gdy my dziewczyny zajmowałyśmy miejsce w Kremenarosie (najlepszej pod względem jedzenia w tym czasie knajpie) i zamawiając coś dla wszystkich. Godzinę później doszli do nas nasi rodzice. 

Dzień trekkingowy zaliczamy do udanych i naprawdę dał nam w kość. Liczyliśmy że następnego dnia zakwasy nie będą na tyle mocne, by nie pozwolić nam iść w inne partie Bieszczad. 

Fot. Połonina Caryńska z Brzegów Górnych do Ustrzyk Górnych, 2018.

TARNICA Z USTRZYK

Mimo wycieńczenia wcześniejszym szlakiem, następnego dnia postanowiliśmy przebyć równie długą i malowniczą trasę jak poprzedniego dnia. Tym razem czekało nas zdobycie Tarnicy od Ustrzyk Górnych. Planowaliśmy zejść w Wołosatem i tam złapać busa do Ustrzyk. Inaczej czekałoby nas dreptanie szosą do domu ok 7 km. Albo próby łapania stopa, co w Bieszczadach nie jest niczym nietypowym, ale przy takim dużym ruchu turystycznym, w autach może po prostu nie być miejsca.  Dzieci kategorycznie odmówiły uczestnictwa w trekkingu, poza najstarszą nastolatką. Moi rodzice również postanowili odpocząć, więc dobrze się składało, że zaopiekują się najmłodszymi. Dzień planowali spędzić nad strumieniem. Zapowiadała się piękna pogoda z prognozą delikatnego deszczu. Ale na to akurat w górach trzeba być przygotowanym bez względu na prognozy.  Ze względu na fakt, że połowę trasy pokonuje się w lesie, który daje cień a na grani praktycznie zawsze jest większy czy mniejszy wiatr, tym razem upały nie dawały się we znaki. Lisu standardowo wypruł do przodu, ale i my za każdym razem skracałyśmy czas sugerowanego na tabliczkach wejścia. Na grani przewidująco było dużo chłodniej i wiało. Na domiar tego zaczęło groźnie błyskać i grzmieć. Niebo zrobiło się granatowe, a pozostałości śniegu po zimie dodawały jeszcze większej grozy. Mimo mroźnego chłodu dotarliśmy do ostatniej grani przed atakiem na Tarnicę. Chowając się na bocznej ścianie góry okryliśmy się od wiatru i mogliśmy odpoczywając chłonąc niesamowite widoki Bieszczad. Tutaj czekał już na nas Lisu. Wszyscy byliśmy dumni ze swej kondycji. 

Zaczęło lekko padać. A że mieliśmy mocno w głowie plany na jutrzejsze długie wejście przez Tarnicę do Halicza, uznaliśmy że jutro jest szansa na zdobycie tego najwyższego szczytu. Powoli zaczęliśmy schodzić nowymi schodami do Wołosatego. Burza jednak się nie rozwinęła w nic strasznego, a na polanie na dole swoimi promieniami uraczyło nas piękne słońce. Do domu w połowie wróciliśmy piechotą, a w połowie złapaliśmy stopa w podziale na męską i damską część ekipy:).

Fot. Podbój Tarnicy w maju, 2018.

WIECZORY MAJÓWKOWE

są zdecydowanie bardziej atrakcyjne turystycznie w Bieszczadach niż w innym czasie. Knajpy pękają w szwach, na polach namiotowych aż roi się od namiotów, kiedyś nawet stodoły mieszkańców były wypchane backpackerami. Tym razem zasiedliśmy w Caryńskiej na szybkiej kwaśnicy. Wieczorem czekał nas koncert Czekalskiego w Kremenarosie. Dzień wcześniej ogrzewaliśmy się wieczorem w Czatowni w dawnej knajpie u Lacha. Było ognisko, typy bieszczadzkie i stali bywalcy Ustrzyk. Wróciliśmy na zasłużony sen do domu.

NA KOLIBĘ Z BEREŻEK

Jednak padaliśmy na twarze a zakwasy coraz bardziej ogarniały całe ciało:(. Dzieci nadal marudziły, mimo że pierwszego dnia dobiły do mety pierwsze. Mojej mamy stopy odmówiły posłuszeństwa więc postanowiliśmy pójść na kompromis i wybrać coś spokojnego. I wtedy przypomniałam sobie uroczą i tajemniczą trasę z Bereżek na Kolibę, którą swego czasu nie raz pokonywaliśmy rowerem. Wiedzieliśmy, że nie będzie tu męczarni, a dużo przepraw przez strumień, które to dzieci bardzo polubiły.  Jedynym zaskakującym akcentem była wygórowana cena za parking w Bereżkach bo aż 15 zł od auta. W schronisku na Kolibie gastronomia jest bardzo uboga a i chłodnego piwa też nie uraczyliśmy, bo tu mają zakaz sprzedaży. Jeśli ktoś ma ochotę musi wziąć ze sobą. Poza tym na szczycie mamy piękną polanę pod starymi jabłonkami i równie zachwycający widok na Połoninę Caryńską. Stąd również w ok. 2 godziny można do niej dotrzeć. 

Powrót odbywa się tą samą trasą i już tylko w dół. W Ustrzykach czeka nas posiłek i pakowanie, gdyż planujemy opuścić Ustrzyki o świcie, przed majowymi powrotami. 

Fot. Do Schroniska pod Kolibą, 2018.

HALICZ I ROZSYPANIEC

Zaledwie parę miesięcy później poczuliśmy z Lisem potrzebę powrotu w nasze ukochane Ustrzyki, by odbyć trasę, na którą wiecznie brakowało nam czasu, lub uznawaliśmy że z Julkiem trasa może być nie do przejścia. I to był dobry pomysł, bo w niemalże letni dzień w październiku:) szlak pokonaliśmy w 7 godzin, w tym - będąc z Wołosatego podrzuconym stopem do Ustrzyk (ok 7 km asfaltem). Po wszystkim powłóczyłam w bólu nogami marząc o położeniu się na łóżku i odpoczynku. Ale od początku.. co roku pokonywaliśmy w Bieszczadach te same szlaki. Co roku tęskniliśmy bowiem za Połoninami, Tarnicą, Rawkami. Oczywiście zmienialiśmy miejsce rozpoczynania tras na szczyty, ale jednak cel był ten sam. O Haliczu i Rozsypańcu wiedzieliśmy 2 rzeczy: długa trasa i niesamowicie malownicza. Te argumenty wystarczyły, by zebrać się w rozsądnych godzinach z drewnianego domku przynależącego do Hoteliku Górskiego i ruszyć piechotą na Wołosate. Praktycznie graniczy z cudem by nie móc złapać choć jednego chętnego do podrzucenia do wejścia na szlak w kierunku Tarnicy. Bo taki klimat w tych Bieszczadach jest:). 

MALOWNICZY SZLAK HALICZ-ROZSYPANIEC

Szlak na Tarnicę z Wołosatego jest zdecydowanie prostszy i krótszy, zatem w około godzinę szlakiem niebieskim (ścieżką dydaktyczną „Orlik krzykliwy”) docieramy do Przełęczy Krygowskiego (1275 m n.p.m.), nie wchodzimy na najwyższy szczyt Bieszczad (Tarnicę), zbieramy siły na dalsze godziny tego około 19-kilometrowego szlaku. Oddech i zachwyt z widokiem na Przełęcz Goprowską, w dół której zmierzamy następnie. Od tej strony podejście pod Tarnicę wydaje się naprawdę mozolne i widząc mijających nas zasapanych, czerwonych piechurów dziękujemy w duchu, że nie zaliczamy tej trasy od drugiej strony. Chyba nie wdrapałabym się po tych pionowych stopniach po paru godzinach trekkingu. Mamy piękny dzień, niesamowitą widoczność i od Przełęczy Goprowskiej w naszym kierunku żadnego piechura. Nie powiem, to ułatwia trekking i staje się przyjemniejsze dla podziwiania krajobrazów. Tutaj jeszcze bardziej docenia się piękno tych gór, ciężko stwierdzić, by te widoki nie konkurowały z innymi egzotycznymi krajobrazami świata. Szlak, wydaje się biegnie graniami, ale są to granie na kształt sinusoid, czyli raz w górę raz w dół i tak cały czas. Nie ma mowy o odpoczynku. Ale w pięknym słońcu to nie przeszkadza. Mijamy Halicz, czekamy teraz na Rozsypaniec.

SZUTROWĄ DO WOŁOSATEGO

Kiedy w oddali wyłania się „pal graniczny” z Ukrainą wiemy, że od teraz czekać nas będzie równie trudne 2-godzinne maszerowanie po betonowych płytach na zmianę z szutrową drogą albo po zdezelowanym asfalcie. Często taka trasa daje mocniej w kość niż mniejsze czy większe górki. Mamy trochę nadzieję, że jakiś służbista, gajowy czy inny z uprawnieniami do poruszania się pojazdem po tej drodze, będzie mógł nas z niej zgarnąć. Niestety nic takiego się nie wydarzyło. Pierwszy samochód pojawia się tuż przed Wołosate i to auto straży granicznej. Prawie jesteśmy przekonani, że nas nie wezmą do środka, bo nie mogą. Jednak chyba moje sarnie oczy albo ból  i błaganie epatujące z nas całych powoduje, ze jednak litują się i biorą na pakę. Strażnicy „dorzucili do pieca” jeśli chodzi o prędkość, bo w międzyczasie otrzymali jakieś zgłoszenie. Mimo to zdążyliśmy wypytać o: okres podczas którego nagrywano tu „Watahę”, posłuchaliśmy wskazówek jak uciekać przed niedźwiedziem i by nie mieć chęci na nocne rozbijanie się z namiotem na szlakach, bo słono za to zapłacimy, no i że wilk nas nie zaatakuje, chyba że byłby chory:). Cenne wskazówki, zapamiętane!

Fot. Halicz i Rozsypaniec jesienią 2018.

BUKOWE BERDO

To był nasz kolejny cel, na kolejny dzień. Poprzedzający wieczór spędziliśmy z bieszczadzkimi „zakapiorami”, którzy umościli się pod wiatą przy dawnej knajpie „U Lacha” wraz ze spontanicznymi grajkami, z którymi w coraz bardziej powiększającej się grupie gapiów stworzyliśmy niemalże kompletny zespół muzyczny. My zawodziliśmy, będąc przekonanym, że fajnie śpiewamy:). 

WARUNKI POGODOWE

Na Bukowe Berdo wchodziliśmy z Mucznego. Od rana lało a otoczenie spowite było mgłą. Skoro na niskich partiach widoczność była tak mocno ograniczona, to co czekało nas na graniach? Liczyliśmy na zmienną górską pogodę i przewianie tej mglistej waty gdzieś w dolne rejony, gdy będziemy na wysokościach. Ciuchy mieliśmy już tak mokre, że jedynie podejście w lesie pozwalało choć trochę ukryć się przed ulewą. Schodzący z grani ludzie uprzedzali o dosłownie parometrowej widoczności. Nadzieja nadal była:). Niestety znikła po wyjściu z lasu. Z pięknych widoków, które Bukowe Berdo oferowało, pozostała mleczna powłoka, przez którą nijak nie dało się okiem przejrzeć. Dodatkowo wiało i nadal padało a na zmianę pogody się nie zapowiadało. Musieliśmy odpuścić i zaplanować ten szlak w dogodnych warunkach i w cieplejszym sezonie. Ta trasa w naszym wykonaniu również miała zmierzać pod Przełęcz Krygowskiego przy Tarnicy wraz z tym ciężkim podejściem, które ominęliśmy w drodze na Halicz.
 

Fot. Próby podboju Bukowego Berdo, 2018.

Byliście w Bieszczadach? Jakie szlaki lubicie najbardziej?
 

5 komentarzy

  • Asia
    Asia czwartek, 21 marzec 2019

    Jasiek, polecam z całego serca!

  • Jasiek - Popstrykane Podróże
    Jasiek - Popstrykane Podróże czwartek, 21 marzec 2019

    W Bieszczadach byłem tylko raz sto lat temu. Koniecznie muszę wrócić bo widoki bajeczne!

  • Asia
    Asia czwartek, 21 marzec 2019

    Ja pojechałam w Bieszczady pierwszy raz 16 lat temu i od tamtej pory co najmniej raz w roku muszę tam być. Jak dla mnie uzależniające:)
    PS. Nie wiedziałam, że psy mogą być taką barierą. A szkoda:(

  • Olka
    Olka środa, 20 marzec 2019

    Bieszczady są świetne, niezależnie od wieku czy pory roku. Niestety nie mam okazji często w nich bywać, nad czym trochę ubolewam. Miałam być w tym roku, ale z racji tego, że planuję wakacje z psami, to Bieszczady odpadają.

  • Ewa
    Ewa środa, 20 marzec 2019

    Cudowne Bieszczady, nigdy się nie znudzą. Kiedyś jeździłam co roku, teraz od dawna nie byłam, ale za każdym razem, jak patrze na zdjęcia, to mam ochotę spakować plecak i ruszyć na połoniny...

Leave a Reply

Your email address will not be published. HTML code is not allowed.