niedziela, 09 sierpień 2015

TATRY (2015), CZERWONE WIERCHY

Podnieśliśmy sobie poprzeczkę. Koniec z mazgajstwem! Czas na poważny szlak, taki parogodzinny. Cel: Małołączniak (2096 m n.p.m.) oraz przejście graniami przez Kondracką Kopę, Przełęcz pod Kondracką Kopą oraz Goryczkową Czubę aż do Kasprowego Wierchu (1987 m n.p.m.), przewidywany według map czas: 350 minut, opcje skrócenia: zejścia z Kondrackiej Kopy do Kondrackiej Przełęczy (i stąd również parę opcji zejść do Zakopanego), z Przełęczy Pod Kondracką Kopą aż do Kuźnic lub zjazd kolejką do Kuźnic z Kasprowego. Pogoda: piękna letnia z lekkim wiatrem, bez prognoz deszczowych (chociaż w górach, oczywiście, może się zdarzyć wszystko).

PRZYGOTOWANIA I RÓŻNE OPCJE

Początkowo rozważaliśmy rozpoczęcie wyprawy od Ciemniaka (ta sama wysokość co Małołączniak), szybsze zejście (lecz do Małołączniaka dzielił go dodatkowy szczyt i 50 minut dodatkowego wysiłku), lecz nie chcieliśmy nadwyrężać ścięgien, mięśni i kolan.

Z Dworca PKS odjeżdżał busik (duża częstotliwość w sezonie, cena 10 zł/os.) do Doliny Kościeliskiej, skąd ruszał szlak na Czerwone Wierchy. Mając przed sobą perspektywę dużego, parogodzinnego wysiłku, w pobliskim kiosku z kanapkami i ciastkami (są takie w Zakopanem, głównie przy przystankach autobusowych) zakupiliśmy pyszne, świeże kanapki z warzywami (ok. 4 zł) i bułkę drożdżową z nadzieniem według preferencji (cena podobna do kanapki). Ja standardowo do swego jedzeniowo-pitnego prowiantu, poza wodą i dodatkowych batonów, zakupiłam izotonik, który wyjątkowo dodawał mi sił na szlaku i dobrze gasił pragnienie (a może to siła podświadomości tak pchała mnie do takiego stwierdzenia? nieważne, działało!). Była piękna pogoda, busik zapełnił się po brzegi już na początku drogi, a sama podróż pozwoliła zobaczyć Zakopane i okolice bez wsiadania we własne auto czy dodatkowego wysiłku na własnych nogach. To, co ujrzeliśmy już od parkingu przy Dolinie Kościeliskiej, lekko nas załamało. Dosłownie półkilometrowa kolejka do kas po wejściówki na teren parku (5 zł) i tłumy aż po horyzont. Jak to cwany Polak, wyprosiłam u osoby, drugiej z kolei w kolejce, by zakupiła mi (na kocie oczy ze Shreka), dwa bilety. Bez problemu. Za mną stanął nastolatek, grzecznie prosząc o to samo pana stojącego w trzeciej kolejności. Usłyszał równie (niestety) typowym, polskim językiem gburowatym: - Zapytaj tych ludzi za mną... - Dziękuję.. - odparł chłopak uprzejmym tonem, udając, że nie słyszy jego odpowiedzi. Westchnęłam...

CZAS: START

Ruszyliśmy gęsiego wśród tłumu, głównie kolonii czy innych dziecięcych zgrupowań. Na szczęście wspólne przemierzanie rozgrzanych słońcem połaci dolin, kończyło się do momentu odbicia na szlak w kierunku Czerwonych Wierchów, a dokładnie Doliny Miętusia na początku. Za chwilę przez kładkę ujrzeliśmy trasę na Ciemniaka. My szliśmy dalej i cudownie sami. Szlak wśród pojedynczych drzew piął się lekko w górę, aż dokładnie ujrzeliśmy dolinę pozostałą w dole a otoczoną pasem zielonych szczytów po prawicy.
- Kurcze, człowiek jeździ po świecie, a te nasze polskie góry są przepiękne. - Wzdychał Krzysiek przedzierając się przez polanę porosłą wysoką trawą, fioletowymi i żółtymi kwiatami. Trzeba przyznać, że otoczenie przypominało sielankową scenerią niczy z "Pana Tadeusza". Gdy dotarliśmy do rozwidlenia z ławeczką usłaną turystami, odbiliśmy jak najszybciej do naszego celu, by nadal delektować się ciszą samodzielnego podejścia. Teraz droga szła w lesie, więc rozpalone od słońca, odsłonięte części ciała, zdążyły się szybko schłodzić. Przyjemnie maszerowaliśmy ku górze. Gdy szlak przejaśniał soczyście zieloną, taką polską "dżunglową" roślinnością, wśród zarośli wyłoniły się pęki dorodnych poziomek. Prawie się rozczuliłam chwytając garściami większe okazy i zachłystując się słodkim, jak z czasów dziecięcych, smakiem. Minęliśmy parę pięćdziesięciolatków, którzy postanowili na rzecz owych smakołyków zrezygnować chwilowo z dalszego marszu. Byli za nami. Czułam się jak w grze komputerowej, mijając kolejne "przeszkody" czy poziomy trudności odcinka. Szlak zaczął ostro piąć się w górę po wąskim pasku drogi usłanej kamieniami. Wyszliśmy z lasu. Szczyty wyłoniły się w całej swojej okazałości. Mogliśmy już podziwiać początek Czerwonych Wierchów.

NIEKOŃCZĄCE SIĘ "SCHODY"

Zaczynał się najtrudniejszy i najmozolniejszy odcinek całej wyprawy - pionowe schody po kamieniach, jakby spadających ze szczytu Małołączniaka. Ledwo oddychałam, ale wzięłam sobie do serca słowa Krzyśka, które przytoczył z ulubionego filmu "Rocky". A brzmiały one: "rytm i siła, rytm i siła". Chyba pomagało, chociaż wydawało mi się, że idę w miejscu. Tętno uspokojone, ogromny wysiłek, spokojne przemieszczenie i ta niekończąca się góra. Tutaj już co parę kroków siedziały zdyszane osoby, łapiące siłę na dalszą część trasy. Minęliśmy ich, nie ma co schładzać mięśni, będziemy odpoczywać na szczycie. Jak siądziemy na dłużej, to już się stąd nie ruszymy. Po chwili ku naszym oczom pojawił się króciutki odcinek z łańcuchami (brzmi poważniej, niż wyglądało i według mnie łańcuchy nie raz przydałyby się na Kościelcu niż tu), potem wąski tor z pionowymi schodami kamiennymi oraz - w końcu - spokojne podejście do samego koniuszka Małołączniaka. - Nie ruszę się stąd, póki nie będę miał pewności, że to co widzę, to już szczyt. - Powiedział wykończony trasą dziesięciolatek (tak na oko) to swojej ciut starszej kompanki.
- To jest ten szczyt, masz już pewność? - Odpowiedziała mu zadziornie dziewczynka. Chyba potrzebował tego zapewnienia, by móc kontynuować to mozolne podejście.
- I po co się tak człowiek katuje? - Śmiała się do mnie równie wymęczona dziewczyna, którą mijałam dalej. Aż dziwne, że ją minęłam, bo wydawało mi się, że przecież nie ruszam się z miejsca.  Za chwilę znałam już odpowiedź. To nie był sezon dla odcieni Czerwonych Wierchów, skąd wzięły swoją nazwę, lecz porosłe Małołączniaka  trawy przybierały już różowawe barwy, a w tle, jakby za przepaścią majaczył zielonkawy Giewont w otoczeniu oddalonych od niego niebieskich szczytów Tatr. Słowo cudnie, to mało powiedziane. Krajobraz był boski! Runęliśmy przemarznięci (bo od pół godziny wiało na szczycie niemiłosiernie), mokrzy od potu i wykończeni na te różowawe trawy. Ja zastygłam w bezruchu, Krzysiek prawie zasnął, jak tylko się położył. Nie miałam siły podnieść ręki, a co dopiero świadomie się przebierać. Skróciliśmy zakładany czas o godzinę! Czyż to nie było coś niesamowitego? W końcu usiadłam, jak w kinie z niezmiennym obrazem Giewontu, zrzuciłam mokre ciuchy i rzuciłam się do swojej przepysznej kanapki (na zdjęciu wydaje się, że jem człowieka:) i połowy drożdżówki. Wcześniej wydawałam się wygłodniała, a teraz po takim trudzie, zmieściłam w sobie tak niewiele. Kolano ledwo skrzypiało, łydki zapuchły od zmęczenia, ale gęba cieszyła się z kondycji, ogromnego wyczynu i radości, że tu byliśmy.
- Dobra, nie ma co się rozsiadać Sarenko, musimy iść dalej! - Te słowa z ust Lisa wcześniej czy później musiały paść. Giewont był na wyciągnięcie ręki, ale patrząc na niego z góry (bo był zdecydowanie niżej od nas) i dopatrując się kolejek do łańcuchów prowadzących na jego szczyt (jak do monopolowego, jak określi to potem krótki znajomy ze szlaku), uznaliśmy że skreślamy go z listy "MUST DO", przynajmniej tym razem.

SPACERUJĄC GRANIAMI

Kondracka Kopa - Przełęcz Pod Kondracką Kopą - Goryczkowa Czuba czekały nas w drodze do Kasprowego. Na szczęście dla nas zaczęło się stromo w dół, więc chociaż zadyszka zniknęła, ale nogi musiały przestawić się na inny wysiłek. Co chwilę musiałam "głaskać" rzepkę, by nie sprawiła mi problemu na dalszej trasie. Grań nie była  wyjątkowo szeroka, lecz nie tak wąska, by powodowała zawroty głowy i strach o własne życie. Był to przyjemny, prosty (choć chwilami przeplatany krótkimi, łatwymi wspinaczkami po skałach) i widowiskowy odcinek. By uchwycić piękno otaczających nas krajobrazów musiałabym chyba zamontować sobie w głowie kamerę z nieustającym nagrywaniem. I w tym o to momencie usłyszałam za sobą niekończące się jęki:
- O Jezu, o matko, uh, puf.. - No takiej jąkały i marudy dawno nie słyszałam, chociaż bardzo mnie to rozbawiło, aż musiałam się za siebie obejrzeć. Nie zdążyłam, bo się potknęłam o kamień i próbowałam łapać równowagę. Wtedy ponownie usłyszałam za sobą: - Boże, nie rób mi tego! Przecież musiałbym Cię łapać! - Powiedział niemalże poważnie papuśniejszy czterdziestolatek za mną. Nawiązała się kilku dziesięciominutowa znajomość z gadułą z Drawska Pomorskiego, co ułatwiło przedzieranie się przez kolejny i ostatni (na szczęście) pionowy odcinek podejścia do Kasprowego. Gdybym wiedziała, że takie nas czeka, chyba zeszłabym na wcześniejszej przełęczy do Kuźnic. Kasprowy leżał na 1987 metrach, więc oczywistym  wydawało się notoryczne schodzenie w dół, a tu proszę... Myślałam, że zwymiotuję, rozpłaczę się, albo siądę i nie ruszę się, aż przejdą wszystkie boleści. Dlatego gdy w końcu wtargnęliśmy w świat wypachnionych turystów, którzy dostali się na szczyt kolejką, miałam w nosie że zimne piwo kosztuje 13 zł! Należało się nam:). O dziwo, znaleźliśmy jeszcze jedną wolną ławkę z widokiem na Kościelec i Świnicę. Zejście do Zakopanego o własnych siłach nie wchodziło w grę. O co to, to nie!:). W Kuźnicach, niemalże standardem stało się chłodzenie obolałych nóg w, jakby cieplejszym już, strumieniu. Tym razem towarzyszyły nam grillowane oscypki (biały i ciemny) z żurawiną. I jak zwykle po takim wysiłku wszystko smakowało cudnie, mimo że czułam niedociągnięcia właściwości tego ciemniejszego. Czas opuścić Zakopane. Ale chyba się do Ciebie przekonaliśmy, a właściwie do Twojego pięknego górskiego otoczenia. Trzeba tu będzie jeszcze wrócić.. i to niedługo..

Fot. Czerwone Wierchy, 2015.

Ktoś był? Przeszedł taki odcinek czy trochę zmodyfikowany? Polecajcie w komentarzach.

7 komentarzy

  • Za miedzą i dalej
    Za miedzą i dalej piątek, 20 listopad 2015

    Po Tatrach nie chodziłem dawno (swoją drogą muszę napisać artykuł na ten temat), ale są piękne!

  • Asia
    Asia wtorek, 17 listopad 2015

    Tak, to faktycznie nieciekawie. Góry są piękne, lecz potrafią dać w kość i zawsze trzeba mieć to w tyle głowy.

  • Mała i duży w podróży (Michał)
    Mała i duży w podróży (Michał) wtorek, 17 listopad 2015

    Uwielbiam Czerwone Wierchy! I chociaż to łatwy (ale długi) szlak w sezonie to zimą miałem na nim dość nieciekawą przygodę. Wraz ze znajomym złapała nas tam burza śnieżna i widoczność spadła na długość kijka a wiatr za wszelką cenę starał się na przewrócić. Na szczęście udało się zawrócić, bo chodzenie granią w takich warunkach to nie najlepszy pomysł ;)

  • Asia
    Asia wtorek, 17 listopad 2015

    Niestety nie widziałam, tylko u kolegi na zimowych zdjęciach. Tak sobie myślę, że w szczycie sezonu (letniego) omijały ludzi z daleka:)

  • Qmoh
    Qmoh wtorek, 17 listopad 2015

    Nie łaziłem po Tatrach od lat, ale na Goryczkowych zawsze spotykałem kozice. Widziałaś jakąś?

  • asia
    asia środa, 12 sierpień 2015

    Dżasta, dzięki! Cieszy mnie to, że mogę nakręcić do czegoś pozytywnego. Czyli grupa w Tatry się powiększa:)

  • Justa
    Justa środa, 12 sierpień 2015

    Rewelacja! Po przeczytaniu bardzo zachecilas mnie do wybrania sie w Tatry i zobaczenia tych pieknych widokow. Aktywny wypoczynek to jest to :-).

Leave a Reply

Your email address will not be published. HTML code is not allowed.