niedziela, 09 sierpień 2015

TATRY (2015), KOŚCIELEC

Nie mogliśmy darować sobie Kościelca ( 2155 m n.p.m.), w kierunku którego zmierzaliśmy za pierwszym razem. Tzn. ja tak nie do końca, bo ostatni raz w Zakopanem byłam 100 lat temu, więc szczerze Tatr nie znałam. Krzysiek wspominał nieznane mi szlaki, rzucał nazwami jak z rękawa, a ja tylko przytakiwałam i upewniałam się, czy nie będzie marudził, gdy zaniżę wyniki czasowe wejścia na szczyty czy pokonania szlaków w ogóle. Twierdził, że jesteśmy dla relaksu, więc niech będzie.

DO CZARNEGO STAWU GĄSIENICOWEGO

Początek trasy był nam znany, mimo że za pierwszym razem pokonywaliśmy go w dół. Pamiętam niesamowite wyczerpanie osób zmierzających w górę, podczas gdy my prawie że zbiegaliśmy po stromych stopniach ku Dolinie Jaworzynki. Jednak okazał się jakimś niezrozumiałym trafem łaskawszy, przynajmniej dla mnie i dotarłam do Przełęczy z większą pewnością siebie i niezupełnie zmęczona. Po godzinnym treningu bez wyrzutów sumienia doładowaliśmy akumulatory ulubionym batonem i tylko z rzutem okiem na schronisko w Murowańcu ruszyliśmy w kierunku Czarnego Stawu Gąsienicowego. Byłam przekonana o jego wyjątkowości i nie mogłam doczekać się jego widoku. Nie myliłam się. Był bajkowy, jak i cała krótka trasa, która do niego wiodła.

Od stawu wiodły trasy na Kościelec, Zawrat i Skrajny Granat (chociaż można by wykombinować z tego miejsca wiele dalszych, świetnych tras). Ruszyliśmy pionowym podejściem na Karb. Staw oddalał się spod naszych nóg w zastraszającym tempie i pozował do zdjęć, uchwyconych niczym z lotu ptaka, niczym lagunowe oko wąkół soczyście zielonych rzęs. Zza wzgórza wyłoniły się maleńkie stawy. Przez chwilę zastanawiałam się, czy to oby nie Dolina Pięciu Stawów, ale lokalizacja mi nie odpowiadała. Potem usłyszałam żart starszych panów, którzy swoim małżonkom starali się wcisnąć błędną informację, że to właśnie "to" miejsce, a tak się martwiły, że go nie zobaczą:). Wystarczyło tylko wjechać kolejką do Kasprowego i już jak na dłoni pięć stawów.

PODBÓJ SZCZYTU

Po zejściu do przełęczy między dwoma wzniesieniami, można było zakończyć swój wysiłek ku górze i żółtą trasą, zdecydowanie dłuższą, lecz po dolinie, dotrzeć do Murowańca lub zdobyć się na ostatnie 50-minutowe podejście do Kasprowego, by za 50 zł zjechać szybką kolejką do Kuźnic. My mieliśmy zdobyć dziś Kościelec i nic nas miało od tego planu nie odwieźć. Pogoda była rześka, a to ułatwiało wysiłek fizyczny. Czekało nas strome podejście po skalnej półce Kościelca. Już teraz wiedziałam, skąd mogła pochodzić ta nazwa. Kamienisty, surowy i bardzo "kościsty" charakter góry powodowały gęsią skórkę i niemałe zawroty głowy przy próbie rozglądania się wokół własnej osi.  Przestrzeń jakby osaczała, a wyobraźnia przywodziła na myśl najgorsze sceny z filmów katastroficznych z górskim krajobrazem w tle. Podejście wydawało się nie mieć końca. Chwilami oznaczenia szlaku znikały gdzieś między kolejnymi kamieniami. 50 minut nieustającego wysiłku i byliśmy na szczycie. Widoki z kopuły jednego z wyższych szczytów tłumaczyły ogromny nieraz wysiłek górskich amatorów, a tym bardziej zapalonych alpinistów, do ich zdobywania. Uczucia wiatru we włosach na "niebieskim dachu", z zawsze zapierającym dech w piersiach widokiem, nie można było zaznać nigdzie indziej. Mimo to potęga gór onieśmielała i nie pozwalała na chwilę poddać się emocjom przewagi człowieka nad tym niesamowitym stworem. Byliśmy tylko na dwóch tysiącach, więc cóż mogła czuć osoba zdobywająca wyższe tysięczniki?

Zejście wydawało się zdecydowanie łatwiejsze, mimo początkowego strachu o  większą widoczność otaczającej przestrzeni i nieuniknionej przepaści. Teraz można się było skupić na świadomej fotografii i chwytaniu ostatnich chwil na naszej pierwszej tatrzańskiej zdobyczy. Gdy podczas schodzenia podleciały do mnie dwa śmiałe ptaki, równie zaciekawione moją osobą jak ja nimi, serce kompletnie mi zmiękło.

Pierwszy tak długi i dość wymagający dla nóg trening, powoli dawał o sobie znać. Wśród niesamowitej zieleni, różnych odcieni stawów i błyszczących już teraz w pełnym słońcu szczytów Tatr, wracaliśmy płaską ścieżką do Murowańca. Jedynie wiszący od dłuższego czasu nad Świnicą helikopter ratunkowy GOPRu uświadamiał o konieczności nieustającego szacunku do potęgi gór. Liczyłam, że nie usłyszę wieczorem w wiadomościach o kolejnym tragicznym wypadku w pobliżu naszej dzisiejszej góry.

POWRÓT DO ZAKOPANEGO

W Murowańcu czekała nas piękna, tym bardziej w porównaniu do naszych wcześniejszych tu odwiedzin, pogoda. W pełnym słońcu, jak zastygnięci, relaksowaliśmy stopy wyjęte z traperów i zajadaliśmy się wyjątkowo pysznymi, pikantnymi pierogami z mięsem i szarlotką na deser. Trzeba przyznać, że i tutejsze ceny dawały ostrego kuksańca naszemu portfelowi.

Tuż przed pensjonatem, zawitaliśmy do pobliskiej (na ul. Jagiellońskiej) restauracji OdSkocznia, gdzie dopchaliśmy brzuchy: chrupiącymi plackami ziemniaczanymi w sosie kurkowym i kotlecie schabowym saute serwowanym w akompaniamencie smażonego boczku i cebulki. Knajpa, tego dnia, zdobyła nasz żołądek. Planowaliśmy następnego dnia skosztować kolejnych dań z bogatej karty menu.

Fot. Kościelec, 2015.

Podjęliście się wspinaczki na Kościelec? Jak odczucia? Bo moje..znacie..:)

2 komentarzy

  • Asia
    Asia wtorek, 17 listopad 2015

    Ja z Tatrami miałam podobnie i o ile na Krupówki mi się nie tęskni, tak nasze wysokie góry są fenomenalne!

  • Brewa
    Brewa wtorek, 17 listopad 2015

    Eh... zdecydowanie za dawno temu byłem w polskich górach... :(

Leave a Reply

Your email address will not be published. HTML code is not allowed.