sobota, 08 sierpień 2015

W TATRY (2015)

Skoro pojawiła się taka szansa, należało wybrać miejsce, w którym - poza naturalnie odpoczynkiem - moglibyśmy zrobić coś, co z dzieckiem mogło by być utrudnione lub chwilami niemożliwe. Jedziemy w Tatry z nadzieją na podbój paru wymagających szczytów!

CZEŚĆ ZAKOPANE!

Trasa, mimo paru utrudnień (zamknięty początkowy odcinek trasy katowickiej od Warszawy, niebezpieczny wypadek na autostradzie do Krakowa, wzmożony ruch mimo godzin nocnych) poszła dość sprawnie i w 6 godzin dotarliśmy pod jeden z pensjonatów wyglądem przypominającego obiekty czasów PRL-u. Nie dość, że zyskując wysoki stopień klienta booking.com zmniejszyłam tym samym cenę za wynajem pokoju o kilkaset złotych na cały pobyt, otrzymaliśmy pokój z widokiem na Tatry, balkonem, a do samego centrum Zakopanego mieliśmy 10 minut piechotą, bycia w epicentrum wydarzeń w ogóle nie odczuliśmy. Panoramę miasta widzieliśmy jak na dłoni, lecz jej bliższe i głośniejsze kondygnacje zostały uroczo osłonięte wysokim laskiem otaczającym pensjonat. Do listy plusów doszło śniadanie w cenie i nic tylko ruszać na podbój majestatycznych szczytów Tatr.

MUROWANIEC NA ROZGRZEWKĘ

Plan był ambitny mimo ćwiczenia naszej kondycji ostatnimi czasy jedynie na niewysokich Bieszczadach. Do Kuźnic podjechaliśmy busem z górnych Krupówek za 3 zł od osoby w jednym kierunku. Stąd, po zakupieniu wejściówki za szlak po 5 zł od łebka, ruszyliśmy niebieskim szlakiem (z widokiem na Wielką Królową Kopę - 1531 m n.p.m.) do Przełęczy Między Kopami (1499 m n.p.m.). Odcinek nieustająco zmierzający niemałym nachyleniem ku górze, w dużej części lasem i po kamieniach, wynosił ok. 60 minut. Moja kondycja zaczęła mnie załamywać i zaczęłam się nawet zastanawiać, czy takową posiadam. Na Przełęczy widoki zachwyciły i zmotywowały do dalszej drogi, już niedługiej i lekko opadającej w dół aż do schroniska w Murowańcu. Lecz gdy rozświetlone słońcem niebo przybrało niespodziewanie granatowe odcienie, przypomnieliśmy sobie słowa staruszki mijanej pod pensjonatem na pionowym zejściu do głównej ulicy:
- Będzie burza. - Prognozy na to nie wskazywały, pogoda wydawała się być idealna, więc się babci pewnie pomyliło. Nagle buch, szybki błysk, mocny wiatr i wśród nasilającego się deszczu z naleciałościami gradu, pędziliśmy do pierwszych drewnianych chatek tuż przed schroniskiem. Biegliśmy po śliskich kamieniach bez kurtek uznając za lepszy wybór lekkiego zmoczenia i szybkiego dotarcia do schronienia. Wąskie daszki domków już ukryły chmary turystów. Udało nam  się przez gąszcze dotrzeć do jedynego nieobleganego. Gdy deszcz na chwilę ustał, biegiem dotarliśmy do schroniska, ledwo wciskając się do środka. Tylu ludzi w jednym miejscu dawno nie widziałam. Odpadało zamówienie czegokolwiek do jedzenia czy picia. O dziwo nie było kolejek do toalety. Pogoda pokrzyżowała nam plany, bo pokaz świetlny piorunów nie miał końca, majaczący w oddali Kościelec pokrył się zacinającymi strugami deszczu i czarnymi niemal chmurami. A może w rezultacie pofolgowała mi personalnie? Skoro ledwo dotarłam do Przełęczy, może nie trzeba było pchać się wyżej bez odpowiedniego rozruszania zastałych mięśni i ścięgien?

Do Kuźnic wracaliśmy przez ową Przełęcz i żółtym szlakiem przez Dolinę Jaworzynki (10 minut dłuższy szlak pod górę w porównaniu do niebieskiego szlaku). Pogoda się poprawiła, więc mieliśmy chwilę relaksu nad lodowatym strumieniem u podnóża szlaku. Zaserwowaliśmy sobie naturalną krioterapię, zanurzając obolałe członki w wodzie.

Uwieńczeniem dnia był obiad w barze mlecznym wystylizowanym na góralską chatę i koniecznie na pierwszy rzut musiał pójść placek po zbójnicku u mnie i schabowy u Lisa. Ceny jak na bar mleczny przystało i smakowo również sprostało naszym lekko wybrednym podniebieniom:).

OCZYWISTE OCZYWISTOŚCI

Na zakończenie dnia do głowy przyszło parę porad uwarunkowanych nowymi doświadczeniami.

* BURZE - nie wolno ich bagatelizować, a przynajmniej prognoz wspominających o nich; nawet zwykła przestroga góralki spotkanej na szlaku może pozwolić nam podjąć odpowiednie decyzje wcześniej. Jeśli jednak nas spotkają gdzieś na szlaku, próbujmy w bezpieczny sposób opuścić szczyty, granie czy tereny w pobliżu wodnych zbiorników (np. stawów);

* kolejny oczywisty choć nie zawsze przestrzegany to ZESTAW UBRANIOWY, jaki w drodze na szlak powinniśmy mieć: strój na przebranie (koszulki, spodnie/ spodenki, skarpety), grubsze warstwy (np. polar, czapka, rękawiczki), kurtka przeciwdeszczowa/ przeciwwiatrówka (chociaż zwykły foliowy płaszcz za 5 zł, który można kupić dosłownie wszędzie). Warto w góry wybierać się w sprawdzonych butach, najlepiej chroniących kostki, nie za małych, nie za dużych. Ja stawiam na trapery, bo noga nie ślizga mi się na kamieniach i ma dobrą przyczepność;

* pić dużo wody, wziąć jakiegoś izotonika, batona czy inny dostarczacz energii (szybko ją spalimy, więc nie ma się co obawiać dodatkowych kalorii:) i jakiś prowiant;

* chroń skórę (używając kremów z filtrami UV) i głowę (czapką, bandamką czy apaszką); coraz częściej uważam, że kijki nordic-walking są naprawdę dobrym
pomysłem, będąc dodatkowym wsparciem dla obciążonych na górskich szlakach kolan;

* MIERZ SIŁY NA ZAMIARY, czyli rozsądnie i z głową podejdź do swego treningu. Niczego nie trzeba nikomu udowadniać, a najważniejsze jest nasze ogólne bezpieczeństwo podczas fizycznych wakacji, również tych w górach.

GUBAŁÓWKA DLA RELAKSU

Po dość szalonym pogodowo dniu w kierunku Murowańca czekał nas dzień, podczas którego właśnie według prognoz, miał się rozpętać szał burzowy. Nie mogliśmy zbagatelizować tej informacji, więc zdecydowaliśmy się na lenistwo na Gubałówce i przypomnienie sobie trochę widoków z Krupówek. Dzień okazał się wyjątkowo upalny, więc wdrapanie się nawet na tą niewielką górkę okazało się lada wyzwaniem, głównie dla mojej twarzy, która z każdą sekundą osiągała coraz bardziej buraczany kolor. Obawiałam się swojej kondycji na wyższych kondygnacjach Tatr, a właściwie byłam załamana, że albo coś ze mną nie tak, albo wiek zaczyna dawać mi w kość. Na szczęście na krótkim szlaku nie byłam jedyną z takim odcieniem skóry, a przynajmniej nie zbagatelizowałam górki i szłam w dobrych butach, z butelką wody w dłoni i wysmarowana wysokim filtrem. Co chwilę mijały mnie osoby ślizgające się we własnych japonkach i stękające z gorąca. Rozbawiła mnie sytuacja, w której w osłonie drzew paro osobowa rodzina czekała na około 13-letniego syna, który miał za zadanie kupienie na szczycie Gubałówki coś do picia dla spragnionej i pozbawionej jakiegokolwiek napoju rodziny. Mieli schodzić na dół W końcu młodzieniec zdyszany, ile sił w nogach, dobiegł do pozostałych, dzierżąc w rękach półlitrową butelkę Mirindy.
- Mniejszej nie było? - rzucił sarkastycznie obruszony ojciec.
- A nie mogłeś kupić coli? - żaliła się młodsza siostra. Matka była również zniesmaczona, mimo że tylko chłopak biegł w ten skwar na Gubałówkę i załatwiał napitek dla wszystkich.
- Kosztowało 6 zł! - to wystarczyło, by wszelkie dyskusje się ucięły. Ruszyli, już bez wybrzydzania, na dół.   

My na szczycie, jak prawdziwa polska rodzina (taki żarcik, choć dość prawdziwy), ochłodziliśmy na szczycie gardła zimnym chmielem i zjedliśmy frytki z zapiekanką. A potem zeszliśmy do połowy polany, by w cieniu czytać książki. Burza rozgorzała w nocy, doprowadzając mnie do migreny i serwując świetlne rozbłyski na ciemnym niebie aż do późnych godzin. Straciliśmy ten dzień na lenistwo, słuchając się owych prognoz. Pocieszyliśmy się na Krupówkach, zjadając ponownie kaloryczną obiadokolację w polecanej przez znajomego pizzerii "da Adamo". Rezultat był taki, że z przejedzenia (poza tą burzą) ciężko było nam było spać.

Fot. Trekking po Tatrach (Murowaniec, Gubałówka), 2015.

Czy chodząc po górach przestrzegacie powyższych wskazówek?

Leave a Reply

Your email address will not be published. HTML code is not allowed.