poniedziałek, 04 maj 2015

BIESZCZADY Z DZIEĆMI (2013)

Gdy nasze dziecko podrosło na tyle, by choć w niewielkim stopniu pokonywać krótkie piesze odcinki na własnych nogach bądź z naszą pomocą (a właściwie wsparciem naszych pleców), postanowiliśmy w większym gronie ponownie odwiedzić ukochane niewysokie góry. Tym razem, dość nietypowo, wybraliśmy okres wakacyjny (co oznaczało duże utrudnienia w swobodnym wyborze lokum) na ponad tydzień. Pogoda gwarantowana, towarzystwo sprawdzone i nic więcej do szczęścia nam nie było potrzebne.

Ze względu na problemy ze znalezieniem wolnych kwater, wybraliśmy się (jeszcze bez znajomych) dzień wcześniej na rekonesans sytuacji i poszukanie czegoś na własną rękę (czyli pytanie o wolne miejsca „od domu do domu”). Pierwszy raz spotkaliśmy się z taką frekwencją i parogodzinnym wyszukiwaniem dogodnych warunków. Udało się, lecz w oddaleniu od Ustrzyk Górnych o około 3 km (w Bereżkach u pracownika straży granicznej). Oznaczało to tym samym konieczność z samodzielnego pichcenia na aneksie kuchennym naszych kwater lub podjeżdżania do większej miejscowości na knajpowe jedzenie. Plusem była fajna atmosfera rodzinna nowego lokum i ogromny teren do biegania dla niespełna 3-letnich maluchów.

Do schroniska na „Kolibie”

Na rozgrzewkę i dla weryfikacji zdolności trekkingowych juniora, zdecydowaliśmy się na pobliskie wejście z Bereżek, przez las, do schroniska na „Kolibie”. W sprzyjających warunkach pogodowych, pięknej krajobrazowo przyrodzie, pokonywaliśmy niedługi odcinek lekko pnący się w górę. Julek dziarsko szedł kamienistym szlakiem, próbując samodzielnie omijać rwący czasami potok, by po zbyt długiej kontemplacji nad każdym napotkanym kwiatkiem, zasiąść w nosidle na plecach taty i w mig zasnąć w nietypowej, lec z kontrolowanej przez nas, pozie.

Wokół (niedawno odnowionej) „Koliby” rozciągała się ogromna polana, na której nie sposób było się leniwie rozłożyć i cieszyć się przyjemnym słońcem, zajadać energetyczne drugie śniadanie i obserwować pozostałych piechurów i otaczające nas góry. Na większy posiłek zeszliśmy, jak zwykle, do Zajazdu Caryńskiego testując dania nowej, ulepszonej kuchni.

Połonina Caryńska w dwóch wersjach

Na tę Połoninę można wejść z paru miejsc. My nadal w oczekiwaniu na kompanów do trekkingu wybraliśmy krótszą wersję – z Przełęczy Wyżniańskiej. Stąd dochodzi się również do Bacówki pod Małą Rawką i oczywiście na Małą Rawkę (krótsze lecz trudniejsze, według mnie, wejście na Rawki). Nasza trasa chwilowo pokonywana była przez juniora na własnych nogach. Po chwili nie widział już przyjemności męczenia się ciągłym podejściem. I tu znowu ratowały go nasze silne plecy:). Jednak „jak jeden mąż” pochłaniał z nami drobne przekąski na trasie. Zadowolenie go nie opuszczało.

Na Połoninę Caryńską wchodzimy również w doborowym towarzystwie z dwoma „glutami”, które poprzez radość ze wspólnego towarzystwa zapominają o trudach trasy i dzielnie pokonują duże odcinki samodzielnie i rzadko trafiają na plecy rodziców. Chyba że są już tak wykończeni, że po usytuowaniu się w nosidle „padają jak płotki” i zatracają się w głębokim śnie. Do nas należało wtedy odpowiednie ich umocowanie na miejscu i stworzenie ochrony dla „dyndającej” głowy. Na grani pogoda nas rozpieszcza. Wokoło mnóstwo równie zadowolonych piechurów w różnym wieku i z żartem na ustach. Jak nie orzeł śmignie nam przed oczyma, tak show odprawia nam przelatujący między górami helikopter. Na tej wysokości wydaje się lecieć niżej od naszego położenia. Schodzimy do Połoniny Wyżniańskiej, skąd próbujemy zorganizować sobie podwózkę do Bereżek. Ważne, by choć jedna osoba złapała „stopa”, by własnym autem zawrócić po oczekujących. Uzupełniamy płyny a na posiłek lądujemy w okolicach pola namiotowego PTTK obok Hotelu Górskiego, gdzie otrzymujemy pyszne staropolskie dania a dzieciaki korzystają z ostatnich promieni słonecznych na wielkim trawiastym terenie. W międzyczasie schodzimy do zimnego potoku, spróbować zanurzyć swe rozgrzane członki w rwących wodach. Na pełne zanurzenie decyduje się tylko męska część ekipy, nawet najmłodsza. Płeć piękna upamiętnia chwile na „utajnionych” zdjęciach:).

P.S. Część zdjęć jest autorstwa naszych znajomych - PiG Witaków.

2 komentarzy

  • asia
    asia wtorek, 01 wrzesień 2015

    Jak ma być nie fajny jak każdy się garnął do chodzenia, nawet gluty:) Oby do kolejnego takiego!

  • Gosia
    Gosia środa, 06 maj 2015

    fajny wyjazd i wspomnienia :)

Leave a Reply

Your email address will not be published. HTML code is not allowed.