EKWADORSKI SERNIK

on listopad 09, 2015

Gdy po powrocie z Ameryki Południowej planowałam ugościć rodzinę daniami z krajów, które podczas tej podróży odwiedziliśmy, miałam spory problem z podaniem typowego dania ekwadorskiego. Większość takich samym potraw latynoskich serwowanych jest na całym kontynencie i ciężko określić stuprocentowo, gdzie danie zostało de facto stworzone. Wtedy ściągnęłam pomysł na coś słodkiego, co zaproponowała mi Polka, która związała się z Ekwadorem poprzez swego męża a przepis otrzymała od swojej teściowej.

AKTYWNIE W BAÑOS

on czerwiec 10, 2009

- Jak nazywa się indiański wódz? – Zapytał któregoś dnia Krzysiek.

- Nie wiem. – Odparłam od niechcenia.

- Kacyk:).

I od tej pory na kaca mówiliśmy “wodzu”. Dziś wodzu nie chciał mnie opuścić.

WULKAN, GORĄCE ŹRÓDŁA I SOK Z TRZCINY

on czerwiec 08, 2009

Od dżdżystej pogody bolała mnie głowa, a gdy bolała mnie głowa, nie miałam zbyt wiele sił na trekking na wulkan. Lisu za to gnał jak opętany zachwycony kondycją i sprawnością nogi. Początkowo ruszyliśmy w górę miasta. Droga wiodła stromo w górę, niczym w San Francisco. Już po paru krokach czuliśmy się wycieńczeni. Baños widziane po drodze z każdego coraz wyższego punktu widokowego spowijała mgła a domki przyjmowały kształt pudełek od zapałek. Gdy dotarliśmy do początku trasy okazało się, że pięła się ona również pionowo, lecz w wyżłobionej wśród zarośli rynnie.

EKWADORSKIE BAÑOS

on czerwiec 07, 2009

Wstaliśmy skoro świt i pustymi, ciemnymi ulicami nieustannie rozglądając się wokół swojej osi, szliśmy z przerażeniem przez Puerto Lopez na autobus do Baños. A właściwie tylko w jego stronę, bo niestety ten nie dojeżdżał do celu, tylko w kierunku Quito. Gdzieś przed samą stolicą trzeba było łapać kolejny transport do Baños. Dzisiejszy dzień wyjątkowo nas wymęczył. Nauczyliśmy się też, że jeśli Ekwadorczyk podaje konkretną liczbę godzin podróży, to trzeba dodać jeszcze do tego parę kolejnych, bo zawsze się ona wydłuża. No i nasza trwała właśnie cztery godziny dłużej. Ale uświadomiło nam to również, że podróżowanie po tym kraju to taki swego rodzaju “rarytas kulturalny”.

PIKNIK W PN MACHALILLA

on czerwiec 05, 2009

“Wales watching”, czyli wycieczka związana z poszukiwaniem wielorybów, byłaby obecnie nieprzemyślanym wydatkiem z naszej strony. Przez chwilę rozważaliśmy tą możliwość połączoną z opcją pływania na otwartym oceanie z rurką. Jednak faktyczny czas przepływania wielorybów przez pobliskie wody miał dopiero nastąpić, więc wyszukiwanie ich na oceanie teraz nie miało najmniejszego sensu. Chcieliśmy za to na własną rękę odwiedzić pobliski park, z którego słynął półwysep.

PUERTO LOPEZ. NAD PACYFIKIEM.

on czerwiec 03, 2009

Gdy po czterech godzinach podróży dwoma autobusami dotarliśmy do Puerto Lopez, a tym samym na Półwysep Parku Narodowego Machalilla, miasteczko nie wydało nam się jakoś szczególnie intresujące. Nazwa “park” w wydaniu egzotycznym kojarzyła się z terenem opływającym w soczystości zieleni, lazuru oceanu i gorąca latynoskich rytmów na każdym kroku. Rzeczywistość wydawała się szara tonąc wśród piaskowych wysuszonych wzgórz i rozpadających się tekturowych domków.

CEVICHE Z OWOCAMI MORZA/ RYBĄ

on wrzesień 30, 2015

Gdy na stole, tuż przede mną, postawiono talerz z – dziwnie dla mnie brzmiącą nazwą – ceviche, nie wiedziałam, czego się spodziewać. Wiedziałam tylko, że zamówiłam coś z owocami morza i miałam pewność, że będzie świeże i powinno mi smakować. Nie zdawałam sobie sprawy, że przyjdzie mi skosztować potrawy z surowizną i że nie zapomnę jej już nigdy. Myślę, że przypadłaby do gustu fanom sushi, lecz ta przystawka należy do dość ostrych. Chilli jest tu jednak użyte z umiarem.