Po kilkunastu godzinach snu obudziliśmy się o poranku lekko opuchnięci. Znowu było wilgotno. Szybkim krokiem, by zdążyć przed opuszczeniem Boca Manu, ruszyliśmy pod prysznic. Drewniane kabiny stojące na świeżym powietrzu oferowały chłodną wodę. Ja z przerażeniem poszukiwałam w porosłych po bokach pajęczynach ich domowników. To właściwie była jedyna rzecz, która przerażała mnie na samą myśl o podróży do dżungli.

Następnego dnia po nocy spędzonej w moskitierach wstaliśmy na pyszne śniadanie. Ciągle na stole lądowały jakieś nietypowe dla nas wynalazki - a to kisiel zrobiony z kukurydzy o smaku wiśni, a to najdziwniejsze napoje czy naleśniki na kształt i grubość placków z jabłkami (a zrobione np. z juki). Na nowo było duszno i wilgotno, mimo zimnego prysznica.