07 Cze

EKWADORSKIE BAÑOS

Wstaliśmy skoro świt i pustymi, ciemnymi ulicami nieustannie rozglądając się wokół swojej osi, szliśmy z przerażeniem przez Puerto Lopez na autobus do Baños. A właściwie tylko w jego stronę, bo niestety ten nie dojeżdżał do celu, tylko w kierunku Quito. Gdzieś przed samą stolicą trzeba było łapać kolejny transport do Baños. Dzisiejszy dzień wyjątkowo nas wymęczył. Nauczyliśmy się też, że jeśli Ekwadorczyk podaje konkretną liczbę godzin podróży, to trzeba dodać jeszcze do tego parę kolejnych, bo zawsze się ona wydłuża. No i nasza trwała właśnie cztery godziny dłużej. Ale uświadomiło nam to również, że podróżowanie po tym kraju to taki swego rodzaju “rarytas kulturalny”.  Plusem jest zdecydowanie różnorodność posiłków oferowanych po drodze od wpadających co chwilę do sypiących się pojazdów sprzedawców różnej płci i wieku. Jeśli tylko autobus jechał wolniej, wskakiwali do niego wszyscy, którzy mieli cokolwiek do sprzedania. A były to: woreczki mandarynek, gorące „empanadas” z różnym nadzieniem, mango pokrojone i serwowane w plastikowych kubeczkach gotowe do zjedzenia czy sok z kokosa. Ekwador słynie z najtańszych autobusów Ameryki Południowej (stawka wynosi mniej więcej dolara za 100 km), ale też i najgorszej jakości, chociaż do przeżycia biorąc pod uwagę stawki. Nam najbardziej doskwierał brak toalety a właściwie to, że w autobusie znajdywała się jej atrapa – była, ale zamknięta.

NIEKOŃCZĄCA SIĘ PODRÓŻ AUTOBUSEM

Za oknem widoki zmieniały się jak w kalejdoskopie, choć nieustannie były to bujne i bardzo zielone klimaty dżunglowe. Gdyby nie ciągłe postoje, trasa mogłaby całkiem szybko minąć, bo drogi zadziwiały swoją dobrą nawierzchnią i wielokrotnie posiadały podwójne pasy w jednym kierunku. Jak nie patrzyłam za okno to próbowałam przysnąć, by ukrócić sobie drogę, wyszywałam lub.. rozmawiałam z zagadującym mnie starszym panem z niesamowitą wiedzą o Polsce. Aż miło robiło się na duszy.

Po około dwunastu godzinach jazdy wysadzono nas pod Quito na ruchliwym skrzyżowaniu w Aloag. Tu mieliśmy wypatrywać autobusu do Baños (największej atrakcji Ekwadoru - naturalnych gorących źródeł, stąd też jego nazwa) i łapać jak na stopa. Wygramoliliśmy się z autobusu, w biegu wypakowaliśmy bagaże z luku bagażowego i przebiegliśmy przez ruchliwe skrzyżowanie rozglądając się wokół siebie czy nic przypadkiem na nas nie rozjedzie. Krzysiek wypatrzył knajpkę przy drodze z WC (po hiszpańsku baños) i szybko się tam udał. Nie zdążyłam przystanąć przy ulicy, jak z nadjeżdżającego kolejnego autobusu “nawoływacz” zaczął wykrzykiwać nazwę naszej miejscowości. Spojrzał na mnie a ja:

- Tak, ja do Baños, ale nie jestem sama. - Krzyknęłam do wyskakującego z będącego jeszcze w ruchu autobusu Latynosa.

- A mąż gdzie? - Odkrzyknął, gdy już wiedział, kim jest osoba mi towarzysząca.

- W “baño” .- Odpowiedziałam sama śmiejąc się ze zbieżności tych nazw i ich znaczenia:).


W tym czasie z knajpy wyszedł Krzysiek i zorientowawszy się w sytuacji, podczas gdy ja machałam do niego jak opętana wykrzykując: “szybko, szybko, oni jadą do Baños!!!”, zerwał się do biegu. Latynos chwycił już nasze dwa plecaki i pakował do schowka autobusu, a Lisu już stał koło mnie zachwycony tak szybkim obrotem sprawy.

Całą dwugodzinną podróż do celu przestaliśmy zmęczeni dniem i lekko zestresowani, że do miasteczka dotrzemy o zmroku i będziemy zmuszeni plątać się być może po ciemnych zakamarkach z plecakami zwiększając ryzyko osobiste. Baños okazało się być miejscem bardzo turystycznym i jak na sobotnie godziny wieczorne przystało, tętniło życiem dudniąc muzyką z każdej knajpy. Stwarzało to nadzieję na spędzenie następnego wieczoru w końcu na jakiejś imprezie.

W KOŃCU NA MIEJSCU!

Szliśmy ciemnymi ulicami w poszukiwaniu ciekawego noclegu. W krótkim czasie zlokalizowaliśmy polecany hostel “Santa Cruz”, gdzie dostaliśmy pokój za szesnaście dolarów z ogromnym łożem małżeńskim i dodatkowym mniejszym umiejscowionym na pięterku oraz łazienką. Wzdłuż pokoi, do których wchodziło się z dworu w klimacie amerykańskich moteli, ciągnął się porośnięty roślinnością ogród a kuchnia mieściła się pod wiatą. Tam romantycznie paliło się każdego dnia ognisko w takim à la kominku. Mogliśmy korzystać ze wszystkich smakołyków ogólnodostępnej lodówki, zapisując jedynie na liście hostelowej, z czego korzystaliśmy. I tak gdy nie chciało się ruszyć leniwego tyłka do pobliskiego sklepu, wystarczyło sięgnąć po piwo z lodówki bądź zaparzyć sobie hostelową herbatę, a rachunek rósł:). My postanowiliśmy skorzystać ze śniadania, bo nie daliśmy rady kupić już nic po drodze.

Lisu obudził się zachwycony czując się jak za młodzieńczych lat, kiedy jako mały chłopiec jeździł na kolonie. A to dlatego, że spał na swoim pojedynczym łóżku piętro wyżej. Zrobiliśmy się tacy wybredni, że dla wygody spaliśmy oddzielnie. Ja miałam do swojej dyspozycji ogromne łoże na dole. Śniadanie za jedyne 2,20 dolara za osobę zadziwiło bogactwem. W jadalni przy kominku czekało już na nas: pucharek egzotycznych owoców, sok ze świeżo wyciskanej pomarańczy, ciepłe bułeczki z dżemem a do tego pyszna kawa. Najedzeni wyszliśmy na “rozpoznanie”. Mimo iż dzień powitał nas z rana deszczykiem i lekkim chłodem, byliśmy zachwyceni klimatem Baños. Spacerowaliśmy po każdym możliwym zakamarku. Odwiedziliśmy główny dziedziniec kościoła, gdzie podczas mszy zapaliłam świeczkę za moich świętej pamięci dziadków. Bok kościoła wychodził widokiem na piękny ogród. Urocze, wąskie uliczki zachęcały do zatrzymania wśród licznych bazarków i straganów, gdzie można zakupić wszystko poczynając od ekwadorskich pamiątek po sok z trzciny cukrowej. Miasteczko okazało się idealnie dopasowane swoją nazwą do klimatu i otoczenia, w którym przyszło mu się znajdywać:). Słynęło z gorących naturalnych źródeł, ale dodatkowo gdzie tylko nie spojrzeliśmy z soczystych gór spływały mniejsze czy większe wodospady. No i pogoda pod psem, typowo łazienkowa:). Niestety to ostatnie powodowało stałe migreny u mnie, więc ciężko było mi się zmobilizować na większy wysiłek, na który chcąc nie chcąc byliśmy tu zmuszeni, gdyż Baños usytuowane było jakby w niecce wśród gór a prowadzące przez nie drogi przyjmowały kształt sinusoid – raz w górę, raz ostro w dół. Przejście w kierunku bram wejściowych słynnego wulkanu Tungurahua było nie lada wyzwaniem.

PLAN ATRAKCJI

Dziś układaliśmy sobie w głowie ambitny plan kolejnych aktywnych dni. Baños oferowało bardzo interaktywne spędzanie czasu: quady (miejsce dosłownie na każdym kroku obrastało w agencje turystyczne i firmy oferujące wynajęcie quadów czy rodzinnych „samochodzików” dwuosobowych, motorów i rowerów za śmieszną cenę; widoki zachęcały do skorzystania z pojazdów, które umożliwiały pokonanie dużych odległości przy okazji fajnej zabawy), wypożyczalnię rowerów i słynne przydrożne trasy wśród wodospadów (polecaną sześćdziesięciokilometrową trasę do Puyo, która poza niesamowitymi widokami stwarzała możliwość podziwiania przydrożnych wodospadów, jechania podniebną kolejką nad przepaścią z widokiem na jeden z nich, skoki na bungee oraz powrót autobusem z rowerami zarzuconymi na jego dach), wypady do dżungli (zdecydowanie tańszą wersję od tej peruwiańskiej, z możliwością poznania rdzennej ludności ekwadorskich terenów amazońskich, obserwacji bujnej fauny i flory czy odwiedzenia stworzonego przez człowieka „dżunglowego ZOO” z dostępem do takich okazów jak: tarantule, przedziwne małpki czy różnorodne ptactwo), samodzielną wyprawę na wulkan, adrenalinowe wyjazdy nad wodospady połączone ze zjazdem na linach w dół ich wód, kanioning i “zip lines” (zjazdy na linach zawieszonych nad ziemią, w tym przypadku nad dżunglą) a na chłodniejsze popołudnia czy wieczory parę punktów z gorącymi źródłami. A to wszystko w bezpiecznym otoczeniu miejskiego Baños tętniącego życiem o każdej porze dnia i nocy, przepełnionego młodymi backpackerami. Zorientowaliśmy się też w opcjach posiłkowych. Mogliśmy samodzielnie gotować w hostelu obok – takiej odnodze “Santa Cruz”, jeść na mieście wszystko poczynając od fast-food’ów (ale takich w lepszym i zdrowszym wydaniu), wszechobecnych kurczaków z rożna czy – niestety – równie słynnych jak w Peru świnek morskich. Przyszło nam nawet takie zobaczyć obdarte ze skóry, czekające na swoją kolej, by pojawić się na rozżarzonym ulicznym ruszcie. Wtedy wyglądały jak duże szczury. Pobliski market osłonięty od nieba wiatą zachęcał do spróbowania typowo domowych posiłków czy zakupienia prowiantu na wynos. W drodze powrotnej do hostelu dostaliśmy od sympatycznych dziewcząt pracujących w budce turystycznej wiele prospektów zachęcających do zwiedzania Baños i okolicy oraz parę przydatnych mapek. Gdy z pobliskiego sklepiku muzycznego dobiegły mnie znane nam i chodzące za mną od Peru latynoskie rytmy, pobiegłam do sprzedawcy z prośbą o sprzedanie CD, które właśnie puszczał z magnetofonu wystawionego na dwór. Wnętrze sklepiku wyściełane było płytami jakby samodzielnie nagrywanymi przez właściciela, z okładkami wydrukowanymi na podrzędnej drukarce i CD bez żadnych logo czy jakichkolwiek napisów. Płyta kosztowała mnie jednego dolara a dała później tyle radości i miłych wspomnień, co nie miara. Z przepełnioną od nadmiaru informacji głową zasiedliśmy na pysznej kawie. Mieliśmy na dziś zaplanowane trochę treningu, tak dla rozruchu zastałych mięśni. Krótkie podejście pod wulkan miało dać pogląd na trudność trasy.

Comments

  • Asia

    Zgadza się. Ale też akurat Ekwador nie jest tak duży:)

    Asia poniedziałek, 09 listopad 2015 21:48
  • Agnieszka

    Oj znam te niekonczące się podróże autobusem. Mają swój urok, tylko trzeba mieć na nie czas. Gdy wyjazd jest krótki, potrafią nieźle namieszać ;)

    Agnieszka poniedziałek, 09 listopad 2015 17:07
  • Asia

    Trudno mi powiedzieć, bo byliśmy tam 6 lat temu, więc nawet się nie zastanawialiśmy nad inną formą podróży, bo ta jest w Ekwadorze najtańsza na świecie:) ale kto bogatemu zabroni?:) pewnie jest taka możliwość..

    Asia piątek, 06 listopad 2015 21:03
  • KamKam Visuals

    Hmm, a orientujecie się czy są tam wypożyczalnie samochodów? Jeśli tak, to pewnie ceny zwalają z nóg. My zawsze wozimy tonę sprzętu, więc autobus nie wchodzi w grę, chociaż pewnie jest to zawsze dodatkowa atrakcja:)

    KamKam Visuals piątek, 06 listopad 2015 16:27
  • Asia

    Tak, to prawda Michał.

    Asia piątek, 06 listopad 2015 13:32
  • Michał

    Te niekończące się wielogodzinne podróże autobusami są dla mnie nieodłącznym elementem wypraw po Ameryce Łacińskiej. Bywa to męczące, ale z drugiej strony nie ma chyba lepszego sposobu na poznanie kraju i ludzi.

    Michał piątek, 06 listopad 2015 10:15
  • Asia

    Podróżując po Ameryce Południowej, mieliśmy tylko raz zarezerwowany nocleg - pierwszy po wylądowaniu na tych ziemiach. Potem woleliśmy poświęcić czas na szukanie i znalezienie fajnego lokum za dobrą cenę z nadzieją przyjemnego spędzania czasu w tym miejscu przez dłuższą chwilę. Natomiast może być to bardziej kłopotliwe z małym dzieckiem i np. w Azji (Chinach, Kambodży), gdzie z językiem jest na bakier i wszystko zapisane dziwnymi znaczkami. Lepiej wtedy polegać na rezerwacji widniejącej w komórce:)

    Asia wtorek, 27 październik 2015 15:30
  • Kasia ( HoTellMeMore )

    Podziwiam, za brak z góry ogarniętego noclegu - mnie by chyba nikt nie zmusił, abym gdzieś wyjechała bez z góry zaplanowanej opcji spania - no ale cóż taka moja wada, że muszę mieć wszystko ogarnięte i wtedy dopiero cieszę się z wyjazdu :)

    Kasia ( HoTellMeMore ) wtorek, 27 październik 2015 15:24

Leave a comment

Make sure you enter the (*) required information where indicated. HTML code is not allowed.