26 Maj

WŚRÓD KORDYLIERY BIAŁEJ

Opuszczając hostel nie musieliśmy długo czekać przy drodze, by złapać taksówkę. Odnosiłam wrażenie, że w tym mieście jest ich więcej niż ludności. Kierowca należał chyba do niespełnionych rajdowców i dodatkowo, mimo korków, wynalazł taki dojazd do stacji autobusowej, że bezstresowo za chwilę staliśmy na poczekalni do odprawy bagażowej.

NIEKOŃCZĄCA SIĘ PODRÓŻ

Tak jak wspomniałam, sama stacja robiła ogromne wrażenie a autobus przeszedł nasze oczekiwania. Cena była warta jakości serwisu. I na nowo przypomniało się nam Chile, w którym autobusy obsługiwane były przez pseudo „stewardesy” serwujące posiłki, zagraniczne filmy czy podające ciepłe koce w trakcie podróży. Zaskoczenie wywołała gra w bingo, która dodatkowo mnie rozbawiła. Wygrany otrzymywał jakieś gadżety firmowe „Cruz del Sur”. Podróż trwała wiele godzin. Im dalej w kierunku Kordyliery, tym większa senność mnie ogarniała. Dodatkowo pojawiał się lekki ból głowy potwierdzający zwiększającą się wysokość terenu.

W stolicy regionu – Huaraz – odczuliśmy nieprzyjemny wpływ 2000 m n.p.m. Wiedzieliśmy, że nic tu po nas i zasapani, obciążeni coraz cięższymi bagażami, pędziliśmy przez miasto do kolejnego postoju autobusów do mniejszego i niżej położonego Caraz. „Kwadraty” (tzw. przecznice) wydawały się nie mieć końca. Na placu przypominającym bazar stało mnóstwo małych busików. Zlokalizowaliśmy ten zmierzający do interesującej nas wioski. Zbliżał się zmrok, więc musieliśmy jeszcze znaleźć na miejscu nocleg. Upchani jak sardynki pędziliśmy po chwili z tubylcami po dziurawych drogach do celu. Kierowca pędził około stu kilometrów na godzinę i zastanawiałam się, czy choć trochę nie martwi się o podłoże swojego samochodu, bo o nasze życie bynajmniej nie. Starałam się nie myśleć o jego jeździe wmawiając sobie, że wie, co robi. A dodatkowo moją uwagę odwracało niemowlę, które zawzięcie uśmiechało się do nas przez prawie całą podróż.

Lisu trochę obawiał się nocy za oknem i niewiadomą, jaka spotka nas na miejscu. Przewodniki nie rozpisywały się za wiele o Caraz. Wspominały jedynie o klimatycznej wiosce, w której można było odpocząć i zregenerować siły w oddali od miejskiego zgiełku Huaraz. Dodatkowo leżało poniżej męczącej nas wysokości ułatwiając codzienne funkcjonowanie. Uznaliśmy, że jeśli okaże się ono na pierwszy rzut oka niebezpieczne, poświęcimy kolejne półtorej godziny na powrót do Huaraz. I tak dzień straciliśmy na podróż, mimo że ledwo patrzyliśmy na oczy a plecy odmawiały posłuszeństwa.

Okryty nocą główny plac, majestatycznie oświetlony pobliskimi latarniami, potwierdził nasz dobry wybór. Weszliśmy do hotelu oferowanego w „Lonely Planet”. Wydawał się luksusowy i za przyzwoitą cenę, lecz pokój niewielki a my chcieliśmy spędzić tu więcej czasu, więc i komfort był naszym głównym warunkiem. Krzysiek zostawił mnie w holu hotelu i pobiegł po okolicy znaleźć coś ciekawszego. Gdy tylko znikał na dłuższą chwilę, w mojej głowie pojawiały się głupie myśli, że coś mu się stało. Na szczęście za każdym razem wracał cały i zdrowy. I tym razem przyszedł z dobrą nowiną, bo wynalazł ciekawy nocleg na kolejne parę dni. Za duży pokój z dwoma łóżkami, telewizorem i kablówką, łazienką i tarasem z widokiem na plac wynegocjował cenę czterdziestu soli. Słynące również z przepysznych i zróżnicowanych śniadań „Cafeteria El Turista” stało się naszym przytulnym domem na prawie tydzień.

W rogu pokoju rzuciliśmy plecaki i podreptaliśmy na zewnątrz rozejrzeć się po Caraz. A że zajęło nam to parę minut, bo okrążenie placyku nie zabierało sporo czasu, wróciliśmy do pokoju. Nie chcieliśmy ryzykować krzątania się po ciemnych i nieznanych zakamarkach wąskich uliczek. Wieczór spędziliśmy przed telewizorem z pilotem w ręku skacząc po bogatej w różnorodne kanały kablówce.

CARAZ? JA TU TERAZ MIESZKAM

Obudził mnie niepokojący sen. Otworzyłam oczy w domu rodziców, co oznaczałoby, że skróciliśmy naszą podróż życia o trzy miesiące. Zdałam sobie sprawę, że mimo tęsknoty za bliskimi, nie chciałabym wracać. Tak długo odkładaliśmy pieniądze i czekaliśmy na ten czas spełniania swoich najskrytszych marzeń, że głupotą byłoby teraz to zakończyć. Podzieliłam się swoimi przemyśleniami z Krzyśkiem, który również przechodził obecnie kryzys podróżniczy i chciał wrócić do kraju.

- Nie możemy być tacy rozmemłani (znudzeni, niezdecydowani). Marudzimy, że chcemy wracać a tyle sobie odmawialiśmy ciułając ciężko zarobione pieniądze na tą wyprawę. Znudzeni chodzimy po nowych dla nas miejscach, zamiast chłonąć atmosferę latynoskich klimatów. Nie darujemy sobie tego po powrocie, więc weźmy się w garść i bierzmy to, co daje nam los. – Myślę, że te słowa jakoś nas zmobilizowały do nie marudzenia a i Lisu zapisał moją postawę w swoim pamiętniku:).

Zeszliśmy na pokrzepiające śniadanie na parter. Faktycznie warte było zapisania go na papierze słynnego przewodnika. Wybór był przeogromny, więc każdego dnia planowaliśmy spróbować czegoś nowego. Rodzinna atmosfera dodawała uroku kafejce. Właścicielka w starym czajniku gotowała kawę i na typowo domowej zastawie podawała mleko, świeżo wyciskany sok z egzotycznych owoców, przepyszne kanapki czy jajka przygotowywane na różne sposoby. Na śniadanie przychodzili turyści jak i tubylcy.

MAŁE SPRAWY DO ZAŁATWIENIA

Za chwilę czuliśmy się już jak u siebie. W ciepły dzień wybraliśmy się przez głośny market do „pralni”. Pseudo pralni, bo rodzina prała ręcznie nasze ciuchy za 50 gr za sztukę i suszyła na podwórku na sznurkach. Gdy zorientowaliśmy się przy odbiorze, że jakaś starsza pani ręcznie prała nasze majtki, zrobiło nam się głupio.Na głównym placu Caraz dumnie stała katedra oraz placyk z ławkami, otoczony palmami. Była ładna pogoda, która umożliwiła wyłonienie się na przejrzystym niebie śnieżnej góry Santa Cruz. Wśród wąskich uliczek, na straganie zakupiliśmy za śmieszne pięć złotych: banany, mango i arbuza sprzedawanego na plastry. Nie mogliśmy sobie też odmówić słodkości smażonych na ulicy na głębokim oleju. Na innej uliczce znaleźliśmy krawca, któremu powierzyliśmy spodnie Lisa do zszycia a dalej zaszliśmy do taniego „locutorio” na dłuższe rozmowy z mamami. W końcu dziś był polski Dzień Matki. Przy placu w sklepie elektronicznym zakupiliśmy kasetki video do kamery i pożyteczny dzień zakończyliśmy wizytą w jedynej w Caraz agencji turystycznej. W klimacie iście domowym, wśród wielu książek i restauracji znajdującej się na piętrze agencji, uzyskaliśmy sporo darmowych informacji o okolicy i możliwościach, jakie stwarzała wioska. Właściciel obdarował nas w mapy Kordyliery zaznaczając trasy rowerowe, słynny szlak Santa Cruz oraz wskazując niedalekie laguny.

Z PERSPEKTYWY SIODEŁKA

A żeby lepiej poznać pobliskie tereny pożyczyliśmy od „Pony’s Expeditionsrowery. Z lenistwa nie sprawdziłam jakości mojego sprzętu, przez co trochę cierpiałam w dalszej części dnia. Przerzutki dawały wiele do życzenia a od siodełka bolała pupa. Jechaliśmy w górę Caraz. Żar lał się z nieba a droga na obrzeża miasteczka sunęła ku górze. Gdy skończył się asfalt, pojawiły się piaskowe wzgórza oraz końcówki zabudowań, po których biegały umorusane dzieciaki. Przy kolorowych i bogatych w bajeczne kwiaty i uprawy pola jakaś grupka, widząc nas prujących na rowerach, krzyknęła: „Gringos!”. Po czym ja odkrzyknęłam oburzona pamiętając, co opowiadał Heime, że my nie gringos, tylko Polacy. Nie wiem, czy cokolwiek z tego zrozumieli, ale ja dumniej jechałam dalej. Trasa rowerowa biegła ku szczytom słynnej Santa Cruz. Powoli pnące się serpentyny ukazywały ogrom urwiska pod nami tworzącego pewnego rodzaju wąwóz otoczony soczyście zielonymi górami. Niektóre opatulone były w białe, śnieżne czapeczki. Typowo wiejski klimat, któremu przygrywały w trawach świerszcze, przypominając dziecięce wakacje pod gruszą.

Upał powodował, że zziajani i zlani potem, co chwilę zatrzymywaliśmy się na łyk wody. Jak człowiek nie ma bata nad sobą, to się szybko rozleniwia. Tu mam na myśli fakt, że niezorganizowana przez żadną agencję wyprawa powoduje, że zawsze można zawrócić i nie męczyć się dalej. My mogliśmy zakończyć pedałowanie w każdej chwili. „Przymusowy” sport jest łatwiejszy i pożyteczniejszy:). Zmęczenie wynajdywało kolejne powody do zatrzymywania się, więc za chwilę wymyśliliśmy sobie postój na drugie śniadanie. I tym sposobem siedzieliśmy przy polanie, na której pasły się kozy. Nie był to znowu wielki okaz, ale po próbach zrobienia sobie z tymi zwierzakami zdjęcia okazało się, że samce skutecznie chciały bronić swych kobiet. Trzeba było zbierać się do drogi.

Zataczając kółko wracaliśmy drugą stroną miasteczka, asfaltem. Krajobraz urozmaicił się. Poza majestatycznymi górami z ziemi wyrastały tu piękne wille, białe domki z jaskrawo błękitnymi drzwiami na wzór greckich i jedna ekskluzywna restauracja na wodzie. To ostatnie miejsce ewidentnie szykowało się do jakiegoś – prawdopodobnie - wesela. Na placu strojnie ubrani muzycy z krzykliwymi kobietami wyśpiewywali wiejskie przeboje.

Do „domu” wpadliśmy wygłodniali. Szybko wskoczyliśmy w jakieś ładniejsze ciuszki i po chwili siedzieliśmy już w knajpie „Venezia” usytuowanej po drugiej stronie Plaza de Armas i naprzeciw naszego „Cafeteria..”. Widowiskowo oszklone piętro restauracji stwarzało obiecujące nadzieje na pyszny obiad. Niestety mój posiłek mnie zawiódł. Ważne, że chociaż Krzysiek dostał to, co zamówił.

Poranek zaczął się tak, jak zaczynać się miały każde kolejne w Caraz. Po smakowitym śniadaniu hostelowej restauracyjki, rozdzieliliśmy się. Poszłam na internet, który okazał się być najtańszym jak do tej pory w podróży (złotówka za godzinę), więc postanowiłam napisać tu jak najwięcej bloga. Lisek kontynuował pisanie swojego „pamiętnika” czy kronik. Zwał jak zwał..

ZABAWNE SYTUACJE

Razem poszliśmy na miasto odebrać pranie. A że jeszcze nie było gotowe, bo dopiero ściągano je ze sznurków, postanowiliśmy w tym pomóc. Po domu biegały dzieci, a ja nie mogłam oprzeć się uwiecznieniu ich na zdjęciach. Najbardziej zachwycił mnie sepleniący malec o czarnych jak węgielki oczach. Dzieci tryskały radością i chętnie siadały mi na kolanach pozując do fotografii. Z workiem prania wracaliśmy przez market do pokoju. A że na następny dzień planowaliśmy trekking trasą Santa Cruz, zakupiliśmy na straganie prowiant.

Czując się jak u siebie ponownie zrobiliśmy sobie czas rozłąki. Ja - internet, a Lisek .. nie wiedziałam co. Gdy wróciłam po trzech godzinach do pokoju doznałam szoku. Mój mąż wysprzątał łazienkę, pozamiatał podłogę a na koniec wszystko przetarł mopem. Śmiałam się, że z tej nudy zabrał sprzątaczce pracę:). A co najważniejsze - pościelił łóżko!!! Nie zdarzało mu się to w naszym mieszkaniu w Warszawie, a tu proszę... Byłam z niego dumna. 

Ale jeszcze wcześniej, przed powrotem do Lisa, zdarzyła się śmieszna sytuacja, bo zaliczyłam podryw.. To znaczy mnie podrywano.. Gdy biegłam po trzech godzinach spędzonych na pisaniu bloga przez Plaza de Armas, spostrzegłam się, że ktoś biegnie za mną krzycząc. Myślałam początkowo, że to mój mąż, ale był to jakiś młody Peruwiańczyk. Wbiegł za mną do recepcji hostelu, całując mnie zszokowaną, bez żadnych zahamowań, w policzek. Była to typowa dla Ameryki Południowej bliskość w trakcie powitania, nawet wśród obcych sobie osób. Takie „cześć” albo podanie ręki jest temu równoznaczne.

- Jesteś z Francji? – zapytał chłopak ni stąd ni zowąd.

- Nie.. z Polski – odpowiedziałam w lekkiej konsternacji.

- Nie poznaliśmy się w Huaraz? – i tu zaczęłam sobie przypominać nasze krótkie chwile spędzone w stolicy regionu biegnących na autobus do Caraz. Ale mimo mojej dobrej pamięci do twarzy w ogóle nie mogłam sobie przypomnieć człowieka.

- A gdzie? – zapytałam nadal nie kapując, że był to czysty podryw.

- W Huaraz..

- No tak, ale gdzie dokładnie? – pytałam nadal już lepszym hiszpańskim:).

- Na placu głównym.

- Byłam w Huaraz przez godzinę a potem jechałam do Caraz, to nie przypominam sobie.

- Zatem podobna jesteś do Francuzki, którą poznałem tam pod fontanną – odpowiedział rozmarzony.

- Hm.. – już śmiałam się w środku.

- Dasz mi swój telefon? – wywalił z grubej rury.

- Ale.. ja mam męża, przykro mi.

- A.. ok. To dzięki i pa – odpowiedział ze smutnym spojrzeniem i znowu pocałował mnie w policzek.

W pokoju nie spotkałam Lisa, ale gdy zawróciłam przed hostel, ktoś znowu mnie zawołał. Tym razem był to Krzysiek. Gdy opowiedziałam mu historię podrywu, lekko się zdenerwował, a może to byłą zazdrość? Hm, gdy się przebywa ze sobą dwadzieścia cztery godziny na dobę takie sytuacje mają zbawienny wpływ na relacje:), więc i teraz podziałało.

TĘSKNOTA ZA KRAJEM

Dalej realizowaliśmy kolejny powtarzający się punkt każdego dnia - obiad w naszej ulubionej knajpce. Najpierw podano nam ogromny talerz pożywnej zupy, przy której za każdym razem Krzysiek wspominał babcię. Potem rozpasłe brzuchy wypełniliśmy sycącym drugim daniem – Lisu pseudo kotletem schabowym, ja – smażoną rybą. Dania były nie do przejedzenia.

Nostalgia i tęsknota za Polską oraz bliskimi nasiliła się tego dnia. Dodatkowo odczucia przeplatały się z przemyśleniami, na które mieliśmy obecnie mnóstwo czasu. Cieszyłam się wstając każdego dnia z faktem, że nic nie muszę... Nie muszę się malować, nic robić, mogę spać ile chcę i wstać z łóżka, kiedy mi się tylko podoba. Wcześniejszy wieczór spędziliśmy na oglądaniu do późna kablówki. W międzyczasie Krzysiek skoczył do pobliskiego sklepu po czipsiochy, które pałaszowaliśmy przed telewizorem. Urządziliśmy sobie taki maraton filmowy.

Dopadła mnie niemoc autorska. Nie miałam chęci na pisanie, mimo że do tej pory robiłam to systematycznie i z wielkim zacięciem. Chyba zdążyliśmy nasycić się tymi trzema miesiącami podróży. Właściwie niewiele już nas zaskakiwało. Nie czuliśmy nacisku, że musimy więcej i więcej... A tak naprawdę potrzebowaliśmy stworzyć sobie jakiś zarys podróży po Ekwadorze i Kolumbii, o których nie mieliśmy zielonego pojęcia. Wiele naszych bodźców zostało zaspokojonych. Mieliśmy za sobą kilkudniowe trekkingi po górach, spaliśmy w spartańskich warunkach pod namiotami, wylegiwaliśmy się w gorącym słońcu na plażach, pływaliśmy luksusowym statkiem wśród lodowców, widzieliśmy „koniec świata” i spacerowaliśmy wśród dzikich pingwinów, zwiedziliśmy piękne miasta, eksplorowaliśmy dżunglę, pustynię solną, próbowaliśmy nietypowe dla nas jedzenie i obcowaliśmy z tubylcami każdego dnia w tak krótkim czasie. Co mogło nas jeszcze spotkać i zaskoczyć? Mieliśmy mnóstwo czasu na myślenie, czego brakowało nam w normalnym życiu, gdy wykończeni psychicznie po pracy wracaliśmy do domu, często po zakupach w pobliskim supermarkecie i na szybko pałaszując wieczorny, ciepły posiłek, by około dziewiętnastej zasiąść na kanapie przed telewizorem swojego mieszkania. Teraz mieliśmy czas, by poznać, co tak naprawdę lubimy, co sprawia nam przyjemność i by poznać siebie. Ja dowiedziałam się, że lubię pisać pamiętnik i że potrafię „prowadzić” bloga oraz że mam dużo czasu na zdjęcia, które tak bardzo lubię robić. Krzysiek mógł poświęcić się sportowi, odzyskał sprawność nogi, zaczął pisać kronikę, w której umieszczał swoje przemyślenia.

„I mimo, że jesteście tak daleko od nas to zarazem blisko, bo nie ma dnia byśmy o Was nie myśleli. Czujemy jakbyście podróżowali z nami...”. Te słowa z myślą o najbliższych zapisałam dziś w pamiętniku, a potem na blogu.

Leave a comment

Make sure you enter the (*) required information where indicated. HTML code is not allowed.