24 Maj

LIMA I WAŻNE DECYZJE

Dziś nie spałam dobrze. Jedyną nieciekawą rzeczą w obecnym “refugio” było łóżko – niczym siano pokryte jedynie prześcieradłem, twarde a w miejscu gdzie leżałam, trafiłam dodatkowo na dziurę.  Lisu poszedł z rana zadzwonić do banku, który niezrozumiale nas “okradał” przy wypłatach bankomatowych i wszystko trzeba było na bieżąco wyjaśniać, a ja – po doprowadzeniu się do ładu – planowałam do niego dołączyć, by wykonać dłuższą sesję telefoniczną do najbliższych. A że pogoda nie sprzyjała plażowaniu, po wizycie w “locutorio” skoczyłam na internet. Wciągnięta w pisanie bloga byłam nawet zadowolona z tego stanu rzeczy.

W DRODZE DO LIMY

Podróż do stolicy Peru poszła bardzo sprawnie. Ledwo wyszliśmy przed nasz hostel w Punta Hermosa a już na głównej drodze zatrzymał się kierowca busika, który dojrzał nas z wielkimi plecakami w oddali. Wcześniejszego dnia podobnym transportem dojechaliśmy do marketu. Szalony bus dowiózł nas na miejsce w półtorej godziny, a tylko dlatego trwało to tak długo, że co chwilę zatrzymywaliśmy się na poboczu, by „nawoływacz” mógł złapać innych chętnych do podwózki. W trakcie podróży uprzejmi tubylcy odradzali dłuższe oczekiwanie na przystanku, na którym w stolicy miał nas wysadzić kierowca.

W samej Limie taxi do Miraflores pomógł nam złapać młody człowiek, czekając na zewnątrz aż bezpiecznie wsiądziemy do auta. Okolice nie wydawały się jakoś wyjątkowo niebezpieczne, ale skoro sami mieszkańcy tak proponowali i oferowali pomoc, to czemu nie. Młody chłopak aż wzbraniał się od monety, którą Krzysiek w ramach wdzięczności chciał mu wręczyć. Z sympatycznym kierowcą taksówki natomiast szukaliśmy zawzięcie hostelu Condor´s House zarezerwowanego z rana przez Darka. Kluczenie po uliczkach Miraflores, tuż nad brzegiem oceanu, wyczerpało naszą cierpliwość a i licznik samochodu bił. Pożegnaliśmy się zatem z kierowcą i postanowiliśmy znaleźć coś na własną rękę. Po długim poszukiwaniu przypadkiem odnaleźliśmy hostel Darka, ale dysponowali jedynie wolnymi piętrowymi łóżkami w wieloosobowych „dormach”. Mimo iż klimat Condor’s House był bardzo wyluzowany i klimatyczny, zrezygnowaliśmy. Zbyt wiele cennych rzeczy mieliśmy przy sobie a dodatkowo nie chcieliśmy się czuć skrępowani czyjąś obecnością w pokoju. De facto, przy ograniczonym budżecie bądź w ogóle chęci oszczędzania, wynajmowanie dwójki nie wiązało się z ogromnymi wydatkami. Ceny były zbliżone do tych za dwa łóżka w pokoju wieloosobowym. Samotnie podróżujące osoby albo nie miały wyjścia finansowego, bo za jedynkę faktycznie płaciło się sporo, więc decydowały się na dzielenie pokoju z obcymi albo celowo decydowały się na bardziej imprezowe spędzanie czasu, co wieloosobowe pokoje ułatwiały. Przede wszystkim stwarzały dogodniejsze warunki szybkiego poznania dużej liczby osób.

Po drugiej stronie ulicy natknęliśmy się na inny hostel. Klimaty tego miejsca były iście PRL-owskie, ale pokój posiadał ogromne łoże małżeńskie. Mimo iż w pokoju panowała wszechobecna stęchlizna, nie zrezygnowaliśmy z niego. Nie planowaliśmy rozgaszczać się tu na długo, a dodatkowo zaraz wychodziliśmy na miasto. W końcu zatrzymywaliśmy się w różnych miejscach nie po to, by wolny czas spędzać w czterech ścianach. Tak jak zawsze przebraliśmy się w ciuchy odpowiednie do miejsca, w którym właśnie wylądowaliśmy i szliśmy na spacer po okolicy.

MIRAFLORES

Nad oceanem wyczuwało się ewidentnie wilgoć i chłód. Aż dziwnie, że Punta Hermosa – leżąca zaledwie kilkanaście (czy ciut więcej) kilometrów od Limy - tak bardzo różniła się klimatem. Arturo wspominał, że jego miasto potrafi być wietrzne. Niestety ze względu na weekend wszystkie agencje turystyczne były zamknięte i nie mogliśmy zorientować się w cenach lotów na Kostarykę. Snując się po Limie znowu rozważaliśmy przeprawę przez Ekwador i Kolumbię.

Deptakiem przy głównej ulicy szliśmy do centrum - ale bardziej centrum Miraflores niż stricte centrum Limy. Przewodniki rozpisywały się o konieczności łapania taksówek, by poruszać się po mieście a dodatkowo zachęcano do zamawiania ich telefonicznie. Unikało się jakoby w ten sposób niebezpieczeństwa obrabowania przez pseudo taksówkarza. Nie posłuchaliśmy.. Na ulicach aż roiło się od firm przewozowych. Zapamiętaliśmy kolor i wsiadaliśmy do podobnych negocjując za każdym razem ceny.

Lima okazała się być miastem bardzo cywilizowanym i wyjątkowo przypadła do gustu Lisowi. Od razu zatęsknił za Warszawą. A najbardziej cieszył się na myśl wszystkich fast-foodów, które widział po drodze (KFC, czy McDonald). Od razu udaliśmy się do jednego z nich na mega niezdrową wyżerkę.

GDZIE DALEJ?

Po krótkim spacerze wracaliśmy do naszego pokoiku zahaczając po drodze o jedyną, otwartą w okolicy agencję. Ceny okazały się być przerażająco wysokie. Lot wynosił około pięćset dolarów za osobę na Kostarykę. Zdawaliśmy sobie sprawę, że za tysiąc moglibyśmy przeżyć w Ameryce Południowej spokojnie pół miesiąca przy naszym standardzie życia. Chyba woleliśmy wydać te pieniądze przemieszczając się lądem... Ale rozmyślania pozostawiliśmy na niedzielę, kiedy to Lima będzie spokojniejsza i mniej zatłoczona turystami niż w tygodniu.

Kolejnego dnia znowu leniwie i bezmyślnie snuliśmy się po zakamarkach stolicy. Pragnęliśmy przede wszystkim odpocząć od pędu ostatnich dni. Chcieliśmy zobaczyć ocean. Może powiew morskiej bryzy ułatwi podjęcie decyzji co do dalszej wyprawy. Przeglądanie od rana przewodników nie rozjaśniło sytuacji. Co jeśli nawet dotrzemy do Cartageny w Kolumbii a stamtąd weźmiemy łajbę do Panamy, to co później? Jeśli w Panamie nadal loty na Kubę, którą również rozważaliśmy, będą horrendalnie drogie? Dysponowaliśmy nawet kubańską wizą zdobytą w Warszawie za, bodajże, 15 euro. Jednak coraz więcej docierało nas informacji, iż po przejechaniu takiego wielkiego skrawka Ameryki Południowej, Kuba zwyczajnie nas nie zachwyci a dodatkowo może nas oburzyć fakt, jak wysokie ceny narzuca się turystom. Podobne atrakcje czekały, bądź już nas spotkały po drodze za grubo niższą cenę. Problemem było również to, że chcieliśmy kontynuować swoją podróż do Stanów a połączenie między Kubą a USA obecnie nie istniało. Mogliśmy z Panamy planować podróż na wyspę a potem organizować powrót na Kostarykę i z Kostaryki do Miami. Za bardzo to wszystko się komplikowało a koszty wzrastały wielokrotnie. Chyba musieliśmy sobie odpuścić gorące rytmy Havany.

Nad oceanem było dość wietrznie i wilgotno. Zielone klify utrudniały zejście na długą białą plażę Miraflores. Przyjeżdżając tu rozważałam paragliding (loty na paralotni, które w Miraflores ułatwiał dobry wiatr i ukształtowanie terenu), ale jakoś tak wyszło, że nie było po drodze. Levente mówił, że przeżył to fenomenalne wydarzenie w Wenezueli. Hm.. może spotka nas to innym razem??

TROCHĘ ŚWIĘTUJEMY

Dziś były moje imieniny, więc postanowiliśmy też je jakoś uczcić:). Niestety musieliśmy zrezygnować ze zwiedzania centrum miasta, bo tubylcy w Miraflores straszyli częstymi napadami na turystów w tej okolicy. A że Krzysiek nie przepada za odkrywaniem miast od strony historycznej (muzealno-kościelnej), to szybko przystał na tą wersję. Po krótkim kręceniu się po parku w centrum Miraflores, które tętniło życiem artystyczno-kulinarnym, wskoczyliśmy w taksówkę i popędziliśmy na stację autobusową jednej z korporacji „Cruz del Sur”, by zakupić bilety do Huaraz na następny dzień. W tym mieście nie było stacji autobusowej dla wszystkich korporacji. Wybraliśmy przypadkiem najdroższą, ale chyba najwyższej klasy. Gdy dotarliśmy na miejsce, na kolana powalił nas wygląd stacji. Wszystko zorganizowane jak na lotnisku (wygląd auli, odprawa bagaży czy sprawdzanie ich wykrywaczem metali).

Przechodząc koło jednej z międzynarodowych księgarni weszliśmy z nadzieją na zakup jakiejś polskiej książki. Lisowi nie szło jakoś czytanie lektur po angielsku. Mi przeciwnie i nawet starałam się wykorzystywać czas podróży na musowe chłonięcie ich w innym języku wiedząc, że po powrocie może się to już więcej nie zdarzyć. Powszechna dostępność „ułatwiaczy życia” zmuszała do lenistwa. Niestety nawet ta księgarnia nie posiadała nic po polsku, ale odkrycie przewodnika o naszym kraju w języku hiszpańskim rozświetlił nam buzie. Mimo i tak dobrego humoru „banan”, rozczulony uśmiech powiększył jeszcze bardziej swe rozmiary.

Moje imieniny postanowiliśmy uczcić wieczorną sesją filmową w pobliskim kinie. Zafundowaliśmy sobie aż dwa  filmy pod rząd za jedyne jedenaście złotych od biletu. I tym razem byliśmy zmuszeni oglądać przeboje kasowe po angielsku. Cóż..raczej nie mogliśmy oczekiwać personalnego tłumaczenia ich dla nas. Ale myślę wyszło nam to jedynie na plus. W kinie Krzysiek bardzo mnie rozśmieszył. Nie miałam ochoty iść na drugi film z rzędu a on przeciwnie, więc błagalnym głosem do mnie: „Jak nie chcesz, to możemy nie iść, bo to Twoje imieniny i nie chcę byś pomyślała, że załatwiam swoje sprawy..”. Rozbawiły mnie te „jego sprawy” i zasiedliśmy na kolejny seans.  

Leave a comment

Make sure you enter the (*) required information where indicated. HTML code is not allowed.