17 Maj

ISLAS BALLESTAS I PN PARACAS

Wracając zeszłego wieczoru do hostelu spotkaliśmy grupę surfingowców, z którymi Darek wdał się w rozmowę a po chwili był już z nimi umówiony na następny dzień na wspólne poszukiwanie fal w Zatoce Paracas. Przed piątą rano poszłam nieprzytomnie do jego pokoju obudzić go, bo nie miał zegarka. Sami wstaliśmy po siódmej na wykupione na dzisiejszy dzień wyprawy – łodzią na Islas Ballestas i zwiedzanie Parku Narodowego Paracas.

„PERUWIAŃSKIE GALAPAGOS”

Wyprawa na wyspy przyniosła nam sporo radości a na łódce cieszyliśmy się jak dzieci. Od ósmej staliśmy w kolejce do dwudziesto-paroosobowych motorówek. Przy brzegu tubylcy karmili pelikany. Opatuleni w odblaskowe kamizelki ratunkowe ruszaliśmy pędem w głąb oceanu. Rozbryzgujące fale uderzały o nasze rozradowane twarze. Chyba w naszych żyłach płynęło jeszcze wczorajsze Cuba Libre:). Za nami siedziały równie zadowolone i uchichrane Peruwianki. A gdy widziały nasze przekomarzania i „śmiechawki”, zasłaniały zawstydzone buzie niczym nastolatki złapane na gorącym uczynku.

Motorówkę w kierunku wysp odprowadzały skaczące koło niej czarne delfiny. Pierwszą atrakcją był znak wyryty na pobliskiej skale w kształcie kaktusa. Był jednym z kształtów, jakie rysowały się w większej liczbie w Nazca. I dobrze, że spotkała nas taka miła niespodzianka, bo nie zafundowaliśmy sobie drogiego lotu właśnie nad tymi nieodgadnionymi znakami.

Coraz bardziej przybliżał się nam widok wysp. Islas Ballestas zamieszkują przeróżne gatunki ptaków, pingwiny, foki i lwy morskie. A my to wszystko mogliśmy zobaczyć teraz z bliska. Najpierw podpłynęliśmy do jednego boku wyspy dopatrując się z oddali leżące w cieniu foki i lwy morskie. Podpływaliśmy coraz bliżej a foki i ptactwo nic sobie z tego nie robiły. Ale to niedziwne, bo codziennie przypływają tu tłumy turystów.

Morze było niespokojnie a kierowca motorówki musiał bacznie pilnować, by nie rozbić się o skaliste brzegi pojedynczych wysepek. Chwilami czuliśmy się jak z horroru „Ptaki”, ale te na szczęście nie atakowały:). Opanowały za to całą wyspę. W oddali majaczyły jakby pourywane mosty. Tu też siedziało ptactwo - pelikany, mewy, kormorany i inne, których nazw nawet nie znam.

Płynęliśmy dalej do fok, które - wydawałoby się - pozowały nam do zdjęć. Koniec ponad godzinnej wycieczki uwieczniły odwiedziny u „strażnika wysp”, który stacjonował tu przez miesiąc. Kierowcy motorówki robili z nim wymianę przekazując worek bułek w zamian za worek ryb. Dobry interes:).

Przemoczeni do suchej nitki wracaliśmy do Paracas. Nawet mijane wolnostojące łódki w porcie „porośnięte” były ptactwem i ich toaletą… Przy brzegu czekały na nas piękne pelikany. Peruwiańczycy dawali turystom ryby, by sami mogli je pokarmić.

PARK NARODOWY PARACAS

W pakiecie wycieczki mieliśmy także zwiedzanie Parku Narodowego Paracas, ale pod tym pojęciem wyobrażaliśmy sobie jakiś.. park.. To znaczy jakieś drzewa, rośliny itd. A tu było tak.. pustynnie, chociaż trzeba przyznać, że ładnie. Między dwoma wyprawami mieliśmy godzinną przerwę, którą wykorzystaliśmy na szybką siestę. Potem równie szybkie zapakowanie się do busa czekającego przed hostelem. Po raz pierwszy podczas naszej wielomiesięcznej podróży trafiliśmy na samochód wypchany w osiemdziesięciu procentach przez turystów z Polski.

Dojechaliśmy na tereny pustynne, gdzie przewodnik przedstawił trochę historii o tym miejscu. Nam od razu przypomniała się Boliwia. Widoki podobne a i w oddali, przy wytężeniu wzroku, można było dojrzeć sporą liczbę różowych flamingów. Brodziły w lepkiej wodzie i tu się rozmnażały, więc o podejściu bliżej mogliśmy zapomnieć. Nie można im było przeszkadzać w takim momencie.

Za chwilę podjechaliśmy do muzeum tegoż parku, gdzie wysłuchaliśmy informacji o miejscu i jego przyrodniczych okazach. Na zewnątrz po piaskowej dróżce można było zrobić sobie spacer do „miradoru” na flamingi. Mimo nazwy „punkt widokowy”, ptaki nadal stanowiły małe punkciki w oddali. Moment na chłonięcie otoczenia i jedziemy dalej.. I tak jak w Boliwii, znowu nami trzęsło na pustynnych wydmach, ale dla takiego widoku było warto. Zatrzymaliśmy się tuż nad klifem, z którego roztaczał się widok na Zatokę Paracaz i majaczące w oceanie skrawki skał ukryte w mglistych oparach wody. Podjechaliśmy do kolejnego zbocza klifu, gdzie można było odczuć potęgę i siłę oceanu jak i fal, które z ogromną siłą uderzały o stromy brzeg.

Ukoronowaniem ciekawego i pełnego atrakcji dnia był obiad, który z własnej kieszeni fundowaliśmy sobie w pobliskiej zatoce. Mieliśmy do wyboru tętniące życiem i przepychem peruwiańskie knajpki. Ceny nad oceanem były zdecydowanie wyższe, ale mimo to śmiesznie tanie. Dodatkowo przebieraliśmy w ofertach restauracji decydując się w ostateczności na najmniej uczęszczaną knajpę na odludziu tuż nad brzegiem wody. Czystą przyjemnością było również negocjowanie cen zestawu obiadowego złożonego oczywiście z owoców morza. Słuchając szumu fal uderzających o brzeg i przyglądając się pływających przy restauracji pelikanów zwabionych zapachem ryb, zajadaliśmy się pysznym lunchem. A rozpoczęliśmy go od przystawki - pikantnej „ceviche” z owoców morza. To słynne latynoskie danie stanowiły marynowane w limonce ośmiornice, krewetki i kraby podane z cebulką. Ceviche jest pewną formą sushi, bo również surowe, choć prawie zawsze bardzo pikantne. A to za sprawą papryczek chilli.

Mając jeszcze trochę wolnego czasu do odjazdu busa postanowiłam wdrapać się jeszcze na tutejszą skałę, skąd rozpościerał się niesamowity widok na okolicę niczym z lotu ptaka. Na tej wysokości widziałam unoszące się na moim poziomie i na silnym wietrze różne gatunki ptaków. Wydawały się takie zrelaksowane bez konieczności poruszania skrzydłami. Podczas gdy ja delektowałam się krajobrazem, inni albo to korzystali z kąpieli wodnych albo – tak jak Lisu – z promieni słonecznych odsłaniając swe, rządne opalenizny, ciało.

NOWE ZNAJOMOŚCI, NOWE PLANY

Gdy wróciliśmy do Paracas, Darek był już w swoim pokoju. Wcale nas nie zdziwiło, że zaprzyjaźniony był z nowym kolegą - Węgrem. Zostawił go w naszym pokoju a sam poszedł wziąć prysznic. Chcąc nie chcąc musieliśmy przyjąć gościa w naszych skromnych progach:). Na początku myślałam, że Levente jest Polakiem, ale robi sobie z nas żarty, że jest innej narodowości. Gdy zapytałam czy sam podróżuje, odpowiedział: „Nigdy sam. Zawsze z Bogiem”. Tym sposobem kolejny dzień spędziliśmy dodatkowo z Węgrem.

Wieczorem przy wspólnej kolacji Levente narobił nam apetytu na Ekwador i Kolumbię, po tym jak niespodziewanie z planu odpadł nam Meksyk. Podróżnik od paru miesięcy włóczył się po Ameryce Łacińskiej poczynając od odwrotnej strony do naszej, czyli od Ameryki Środkowej (Gwatemala, Paragwaj, Nikaragua itd.). Siedząc w zażartej dyskusji nad pustymi już talerzami po przepysznych rybach, zapisywałam punkt po punkcie ciekawostki warte zobaczenia w nieplanowanych krajach. Tak na wszelki wypadek…

Wracając wieczorem do hostelu wszyscy zakupiliśmy sobie na pobliskim straganie ręcznie robioną biżuterię. Ja zachwycona zaraz na ręce dzierżyłam bransoletkę zrobioną z widelca a Krzysiek wisior z czaszką wyżłobioną bodajże z zęba rekina. Daliśmy się też namówić spontanicznie na wyskok do pobliskiej Limie Punta Hermosy słynącej z dużych fal. Chcieliśmy poczuć klimat surfingowców a Lisu miał szansę spróbowania swoich sił na desce. Niestety ani rozmiar deski ani pianek Darka nie pasowały do mnie, więc sama musiałam zadowolić się jedynie obserwacją ich prób i robieniem zdjęć. Do Punta Hermosy zbliżała się teraz spora fala. Darek sprawdzał takie dane na specjalnych stronach internetowych.

Z okna pokoju hostelowego pożegnaliśmy zapłakane kroplami deszczu Paracas. Czekając na dworze w towarzystwie małej Latynoski, która ustawiła się do zdjęcia z Krzyśkiem a ewidentnie flirtowała z Darkiem (mają to we krwi od najmłodszych lat:), złapaliśmy taksówkę do Panamericany. Stąd mieliśmy autobusem dostać się do Punta Hermosa.

Leave a comment

Make sure you enter the (*) required information where indicated. HTML code is not allowed.