14 Maj

PIRANIE I ŹRÓDŁA TERMALNE

Poranek miał być obiecujący. Czekało nas „polowanie wzrokiem” za kajmanami, które o świcie były wyjątkowo aktywne. Niestety nasz „staff” (obsługa wycieczki) zaspał i nim wygrzebaliśmy się w błocie do łódki, minęło sporo czasu. Jak się później okazało machos chyba to przewidzieli, bo nad Manu wisiała gęsta, jak mleczna zupa, mgła utrudniająca wypatrywanie czegokolwiek. Mimo to widok był nieziemski i tajemniczy.

Na pocieszenie kucharz zaserwował nam naleśniki z dżemem i karmelem do wyboru oraz kawę z mleczkiem. A to wszystko lądowało w naszych wiecznie wygłodzonych żołądkach na rozpędzonej nurtem rzeki łódce.

TOALETOWA SPRAWA

Z rana niezłe rozbawienie przyniósł mi nasz izraelski kolega. Przez kiepską znajomość języków obcych, w tym angielskiego, nie mogliśmy odczytać, czy chłopak jest nierozgarnięty czy po prostu nie potrafił przekazać tego, o czym myślał. Gdy wybrałam się do toalety w konkretnym celu.., papier toaletowy znalazłam tylko w jednej kabinie. Ledwo „zabrałam się do rzeczy”, gdy usłyszałam pukanie do drzwi:

- Zajęte – odpowiedziałam.

- A czy u Ciebie jest papier toaletowy – zapytał łamanym angielskim Juwal.

- Tak, jest.. – odpowiedziałam spodziewając się dalszej części konwersacji.

- A dasz?

- ??? – nastąpiła we mnie mała konsternacja podczas skupienia.. – Tak, jak wyjdę – odrzekłam już lekko podirytowana.

- A możesz dać teraz?

- Nosz kurde – pomyślałam – niekumaty czy tępy??

Zza drzwi kolejnej kabiny usłyszałam parsknięcie śmiechem. Joseph miał ubaw po pachy podczas porannego prysznica.

- A możemy przełożyć tą dyskusję na później? – odpowiedziałam zdenerwowana.

- Ok..ale dasz papier? – nie dawał za przegraną Izraelczyk.

- Za minutę..teraz nie.

Juwal wszedł do kabiny obok i nie minęła minuta, jak woła do mnie zza ściany:

- Could you throw me? – czyli „czy rzucisz mi”? Ale jego zdanie brzmiało jak „czy wyłączysz”?

Nie zdążyłam odpowiedzieć, jak zza drugiej ściany odezwała się Chantal nie będąca w temacie wcześniejszej głupiej konwersacji i zdziwiona niezrozumiałym pytaniem upewniała się:

- Wyłączyć?

- Wyłączyć – odpowiedział Juwal mając na myśli „podać” (papier toaletowy) i będąc przekonanym, że kontynuuje rozmowę ze mną.

- Nie.. – odpowiedziała sama nie wiedząc, o co mu chodzi, bo często z jego ust wychodziły dziwne zdania.

- Nie??! – zapytał załamanym głosem będąc już pewnie po..:).

Nie wytrzymałam, wybuchłam śmiechem i odpowiedziałam, że już wychodzę i podałam papier.

POLOWANIE NA PIRANIE

Czekała nas parogodzinna podróż łodzią do Boca Manu. Przy leniwej pogodzie w ciszy kontemplowaliśmy otoczenie. Jedni czytali książki a inni spali albo delektowali się dżunglą zatopioną we mgle. Gdy powietrze się rozrzedziło i brzeg stawał się coraz bardziej widoczny, w oddali zaczęły pojawiać się przeróżne gatunki ptaków czy głęboko zanurzony mały kajman.

Gdy tylko dobiliśmy do Boca Manu, wtargaliśmy po śliskim podłożu bagaże do poznanego już wcześniej lodgu i zawróciliśmy do łodzi, by podpłynąć do innej wysepki na próby łowienia piranii. Fernando przejęty i przygotowany na nietypowe rybołówstwo, zaczął przygotowywać z pomocą chłopców prowizoryczne wędki zrobione z trzciny, do których przymocowywał żyłkę z haczykiem. Łowienie wcale nie było prowizorką, bo za przynętę mieliśmy surowe mięso. Niestety poza kilkoma zgniłymi liśćmi, nic żywego z rzeki nie wyłowiliśmy, ale mieliśmy przy tym sporo śmiechu. Mimo to Fernando nadal nie poddawał się i wyszukiwał kolejnych bajorek, w których moglibyśmy próbować swoich sił. Bezskutecznie..

W oczekiwaniu na łódkę i zbliżających się coraz bliżej granatowych deszczowych chmur, wpatrywaliśmy się w brązowe odmęty rzeki lub Josepha, który ewidentnie dostał jakiejś głupawki i tarzał się w grząskim błocie.

Po rozgrzaniu się „Gato Negro” w Boca Manu doczekaliśmy się późnej kolacji, po której a to znowu graliśmy w jakieś gry planszowe a to słuchaliśmy opowieści z każdego zakątka świata. I tak Brytyjczycy opowiadali jak to się w Anglii tańczy. To znaczy jak się udaje, że się tańczy, gdy się nie umie i dotyczy to głównie mężczyzn. To żeby nie podpierać ścian, mężczyźni robią coś rękoma na wzór małej, średniej i dużej ryby. Amerykanin podłapując temat tańca, zaprezentował styl tańca brazylijskiego i opowiedział o zainteresowaniu swoją osobą brzydszej płci właśnie w tym kraju.

Następnego dnia czekały nas niezłe nudziochy i ból pupy od długich godzin spędzonych w łódce. Wracaliśmy do Cuzco  przez Pilcopatę, w której spędziliśmy pierwszą noc. I znowu poranek przywitał nas mgłą a potem deszczem przez cały rejs. Większość z nas spała, bo - jak wspomniałam wcześniej - dżungla usypia. Nowością było dla nas zobaczenie na brzegu ogromnej świnki morskiej (nie znam właściwej polskiej nazwy tego zwierzaka).

NIE TAKI RYŚ STRASZNY

Na łódce długo rozmawialiśmy z Fernando o jego życiu i warunkach socjalnych Peru. Jednym z tematów były również groźne zwierzęta w Polsce. Wiedzieliśmy już, jakie znajdują się w dżungli. Teraz przyszła kolej na nas w wymienianiu niebezpiecznych polskich gatunków. Po wielkiej myślówce zaczęliśmy wymieniać: niedźwiedzia, żubra itp. W końcu do głowy przyszedł mi ryś, ale nie znając angielskiego nazewnictwa wytłumaczyłam Fernando:

- It is kind of small Richard (to taki mały Rysiek) - Fernando zasłuchany poważnie kiwał głową, a Krzysiek wybuchł śmiechem:).

Na obiad na talerzach wylądował wegetariański posiłek. Takie długie przebywanie na łonie natury bez wsparcia lodówki, zamrażarki czy innego tego typu sprzętu mogłoby ostro zaszkodzić naszemu zdrowiu. Zatem ostatniego dnia jedliśmy jedynie roślinną wersję posiłków. I tak teraz delektowaliśmy się smażoną na głębokim tłuszczu juką, ryżem i burakami.

GORĄCE ŹRÓDŁA I POŻEGNANIE

Pogoda stworzyła idealne warunki na gorące źródła, które zaplanował dla nas przewodnik. Z trudem zatrzymaliśmy się przy brzegu rwącej Manu i w deszczu weszliśmy w głąb dżungli. Było to niesamowite przeżycie. Natura stworzyła zapierający dech w piersiach wodny raj. W strugach zimnego deszczu w kostiumach kąpielowych zanurzaliśmy się w bulgoczących wodach naturalnie utworzonych „basenów” termalnych. Wrzątek spływał po śliskich skałach. Jedne baseny swoją temperaturą dochodziły być może nawet do sześćdziesięciu stopni Celsjusza. Gdy już skóra marszczyła się od wymoczenia, wróciliśmy na łódkę. Teraz senność wzmogła się dodatkowo:).

Gdy opuściliśmy po paru dniach pokład naszej łodzi cały czas bujało nam w głowach. Jeszcze tylko ponad godzinna podróż jeepem do Pilcopaty. Ze względu na fakt, że na miejscu nie było już wolnych łóżek w naszym pierwszym lodgu, znaleziono nam jakiś przyjazny, choć trochę obskurny, hostel. Fernando wyróżnił nas potajemnie różowym pokojem z łożem matrymonialnym:). Innym przyszło spać w jednym pokoju. Amerykanin śmiał się, że pewnie dostaliśmy pokój z neonowo migającym sercem nad łożem i że koniecznie musimy to wykorzystać:).

Ostatnią kolację uwieńczyło „pożegnalne” różowe wino. Przy stole panowała bardzo sympatyczna i zabawowa atmosfera. Jak zwykle żartami i zabawnymi historyjkami zasypywał nas Brytyjczyk Andy. Tym razem opowiadał, jak to zawsze był chudą ciamajdą  w życiu. Kiedyś będąc na dyskotece w Anglii wywiązała się bójka między jego przyjacielem a jakimś łobuzem. Chcąc przyjść koledze z odsieczą, zamachnął się na faceta chcąc go złapać, ale tak to nieporadnie zrobił, nie wymierzył właściwie odległości przez co złapał.. sam siebie (niczym w objęcia) a przeciwnik wykorzystał ten moment i wymierzył mu limo:).

Człowiek na nowo zdążył przyzwyczaić się do już nie obcych ludzi.

Leave a comment

Make sure you enter the (*) required information where indicated. HTML code is not allowed.