13 Maj

MIĘTOWY SMAK TERMITÓW

Zmierzaliśmy szlakiem dżunglowym do jeziora Otorongo z nadzieją zaobserwowania jakichś nowych okazów. Może zabrzmi to banalnie, ale byliśmy już lekko znudzeni dostrzeganiem jedynie kolejnych gatunków ptaków czy małp.  Na szczęście z platformy w oddali wypatrzyliśmy kolejnego kajmana i żółwia wystawiającego tylko łepek znad wody. Nietypowe też były piękne, wielkości indyka, ptaki z niebieskimi główkami i brązowymi pióropuszami z nich sterczącymi.

ŚWIAT MRÓWEK

Szlak okazał się również bogaty w najróżniejsze odmiany mrówek. Nie przypuszczałam nawet, że informacje o tych małych stworzeniach mogą mnie tak zainteresować. Najpierw znaleźliśmy na trasie pomarańczowe z ich „kapitanami”, o ciut większych rozmiarach i z żółtymi głowami. Słynęły z tego, iż szybko się denerwowały a Fernando zademonstrował to przyduszając jedną z nich przez przygniecenie jej głowy do ziemi. Faktycznie puszczona zachowywała się jak opętana gotowa do walki:). Biegała w jedną i drugą stronę szukając „złoczyńcy”:). „Żółtogłowi” dyrygowali mniejszymi mrówkami niosącymi na swych plecach zielone listki. Gdy trasę przecinały nam „idące” listki, omijaliśmy je ze swoimi butami. Fernando powiedział, że mrówki nie mają oczu, lecz posługują się dobrym węchem. I na przykład, gdy z ich trasy Fernando zdjął listek, po którym dreptały „gęsiego”, zagubione kręciły się w kółko poszukując straconego obiektu, nie mogąc rozpoznać dalszej drogi. Gdy z powrotem położył liść na swoim miejscu, kontynuowały podróż dalej, jak gdyby nigdy nic:).

Przed nami wyrosło zupełnie cienkie, chude i gołe drzewo. Żyje ono w symbiozie z innym rodzajem mrówek. Ta zależność polega na tym, iż roślina daje mrówkom schronienie w wewnątrz wydrążonym „domu”, a one chronią drzewo przed innymi pasożytami, gdyż traktowały go jako swoją własność. Nic wokół drzewa nie rosło. A gdy tylko jakaś roślina „odważyła się” na zbyt bliskie pojawienie się koło „domu” mrówek, te automatycznie je zjadały. My musieliśmy przede wszystkim uważać, by go nie dotykać ani zbytnio się do niego nie zbliżać, bo milimetrowe stworzenia potrafiły skoczyć na wroga a ich ugryzienie boleśnie piekło przez kolejne osiem godzin. Podobno jakaś udziabała, Kanadyjkę choć ból nie trwał u niej tak długo.

Wracając z krótkiego obchodu Fernando zaproponował konkurs przy jednym z ogromnych drzew. Oczywiście wygrywała osoba, która najwyżej wdrapie się na gładkiego kolosa. Zawody były o tyle utrudnione, że drzewo po deszczu było wyjątkowo śliskie. Na szczęście liany ułatwiały jakiekolwiek próby wdrapania. Najpierw swoją wspinaczkę zaprezentował Fernando. Później swoich sił spróbowała jedna z naszych koleżanek i chyba całkiem spora ilość testosteronu buzująca w tej dziewczynie spowodowała, że wygrała pokonując przy okazji rekord innych grup. Nawet próby wysokiego Izraelczyka – Juwala były bezskuteczne. Kanadyjka okazała się być niepokonana. Ale dziwiło, że prób rywalizacji nie podjęła się jej dziewczyna policjantka.

NA JEZIORZE SALVADOR

Czekając na obiad skorzystaliśmy za widności z prysznica, podczas gdy pozostała część grupy grała w Rummikub. Dalej w planie była podróż do innego jeziora w tej okolicy zwanego Salvador. By dopłynąć do jeziora wsiedliśmy w łódkę, a po dobiciu do brzegu i krótkim spacerze do Salvador zmieniliśmy transport na katamaran. W ciszy oczekiwaliśmy na kajmany i wielkie wydry. Wytrwałość popłaca. W oddali dojrzeliśmy ogromne stworzenia przypominające nutrie giganty. Nurkując w odmętach jeziora wyławiały sporych rozmiarów ryby i trzymając w łapkach, dość głośno przegryzały im głowy unosząc się na wodzie. Odgłos łamanych ości roznosił się po okolicy. Bawiły się w gromadzie, co chwilę dając nura czy wynurzając się gdzieś przy brzegu.

W oddali dojrzeliśmy kajmana. Nie przypuszczałam, że te groźne zwierzęta są tak płochliwe. Za to obraz żółwi mieliśmy jak na dłoni. Jezioro otoczone było soczyście kolorowymi drzewami odbijającymi się w tafli wody tworząc majestatyczne lustra. To miejsce wyciszyło nas i sprawiło, że odpoczęliśmy.

Wracaliśmy uśpieni dżunglowym powietrzem przy pięknie zachodzącym słońcu mieniącym się odcieniami żółci przechodzącej z czasem w róż. W oddali odlatywały na sen ostatnie ptaki. Poza szumem rozbryzgiwanej od silnika wody, dochodziły nas jedynie brzdęki insektów. Tym razem nie skorzystaliśmy z „night walking”. W lepkości oczekiwaliśmy na sen.

Rano obudził nas deszcz a mnie dodatkowo ból głowy. Na śniadaniu Chantal (jedna z Kanadyjek) pokazała nam zdjęcia z ostatniego wieczornego spaceru po dżungli, który świadomie opuściliśmy. I tak grupa zobaczyła: skorpiona, pająko-skorpiona, pomarańczową żabkę i kaczkę ukrytą w gąszczach wysiadującą jajka. Biologów z góry przepraszam za moją „nie biologiczną” wiedzę na temat właściwych nazw opisywanych i wypatrzonych przez nas gatunków fauny i flory.

W DRODZE DO PAKITZY

Nie przypuszczałam, że dżungla może nas czymkolwiek jeszcze zadziwić. Dzień rozpoczęliśmy od dwugodzinnej podróży łódką do Pakitzy - ostatniego punktu, do którego mogą dotrzeć turyści. Choć nie każda ancja to organizuje. Dalej wstęp mają już tylko biolodzy, ale również po odpowiednim przygotowaniu.

Po ponownym zarejestrowaniu się w księgach „zarządu” Parku, Fernando zaprowadził nas w kierunku mało uczęszczanej trasy. Nie było wyjścia jak tylko używać maczet przy przedzieraniu się przez chaszcze. Podłoże było śliskie i grząskie od wszechobecnego błota, więc spadając łapaliśmy się wszystkiego, co znalazło się pod ręką. W ten sposób odruchowo chwyciłam kolczaste drzewo, które pozostawiło mi w palcu bolesną pamiątkę.

Wszystko było takie dzikie i dziewicze. Przedzieraliśmy się przez rzeki po konarach zwalonych drzew, często przy pomocy linek rzuconych nad urwiskami. Nowe gatunki zwierząt i roślin zadziwiały tajemniczością i różnorodnością.

Fernando zaskakiwał nowymi opowieściami. Tym razem skorzystał na tym również nasz żołądek. Przechodząc obok wielkiego „kokonu” termitów zawieszonego na jednym z drzew, przewodnik zaprosił do ich spróbowania. Nie przyszłoby mi nigdy do głowy, że tak chętnie jako jedna z pierwszych wyrwę się do konsumpcji ruchliwych robaczków. Były słodkie i miętowe niczym guma do żucia. Śmieszne mrowiące uczucie.

W POSZUKIWANIU DZIKICH ŚWIŃ

Dzień aż kipiał od adrenaliny i nowych wrażeń. W głębi dżungli przewodnik zaproponował wyszukiwanie dzikich świń. Zwierzęta te chodziły w dżungli stadami, więc mogło ich być nawet około sześćset sztuk razem. Słysząc zbliżające się z oddali pochrumkiwania w napięciu czekaliśmy na ich nadejście. Ukrywając się za drzewami, w ciszy wypatrywaliśmy niebezpieczne okazy. Świnie były wyjątkowo niebezpieczne z małymi. O ile ludzi nie jedzą, tak w obronie potomstwa mogłyby stać się dla nas poważnym zagrożeniem.Odgłosy były coraz bliżej. W pewnym momencie wszystko jakby runęło, słyszalny był huk trzaskanego drzewa i przeraźliwie głośny bieg zwierzyny. A że nie wiedzieliśmy czy świnie biegły w naszym kierunku, czy też je wypłoszyliśmy i biegły w odwrotnym, to sami automatycznie zrobiliśmy w tył zwrot. Nagle zobaczyłam, że w ręku Liska niespodziewanie pojawił się badyl, ja stałam tyłem do obserwowanego obiektu, a przerażony Amerykanin stwierdził: „ no nie wiem, ale ja myślę, że to jaguar..”. Na szczęście nie musieliśmy poszukiwać ucieczki na najbliższe drzewa, bo z tym byłby problem. Wszak ich gałęzie pojawiały się dopiero kilka lub kilkanaście metrów nad ziemią.

BYĆ JAK MACHO

Wcześniej ospali od nadmiaru powietrza w dżungli a teraz pobudzeni po adrenalinowej atrakcji, udaliśmy się do kolejnej wioski tubylców - w Casa Magdalenka. Ci byli już przyzwyczajeni do odwiedzin turystów, więc zaraz wylądowaliśmy na „pokazie” ichniejszych wyrobów, które oczywiście mogliśmy zakupić. Drewniana chata obwieszona była naturalnie wyrabianymi koralami z ususzonych nasion barwionych naturalnymi barwnikami czy ręcznie plecionymi torbami, opaskami z bajecznie kolorowych pióropuszy, dzid czy łuków.

Tubylcy zaoferowali również pokaz rozpalania ognia za pomocą patyczków. I o ile dawno tego nie robili, po jakimś większym trudzie przelanym litrami potu, jeden szczawik podołał zadaniu. Jednak wisiała nad nim presja wywołana próbami jednej Kanadyjki. Dziewczyna po raz kolejny pokazała, że ma „jaja”. Wskazała też szybszy sposób rozpalenia ognia. Użyła do tego sznurka. Uznaliśmy, że gdyby Kanadyjki przybyły tu wieki temu, wioska od dawna byłaby ucywilizowana a macho mogliby się schować:). Zresztą czuli się chyba upokorzeni.

To nie była jedyna konkurencja, w której dominowała płeć piękna. Gdy dano nam możliwość strzelania z łuku po raz kolejny koleżanka udowodniła, że kobiety rządzą. My mieliśmy przy tym sporo śmiechu i zabawy. Sami z trudem strzelaliśmy do celu, ale było miło.

Jeszcze lepiej załatwiły wioskowych macho, gdy jednego z nich pokonały w siłowaniu się na ręce. Biedny facet..taki wstyd we wsi. A gdy za chwilę ktoś rzucił hasło, że możemy spróbować ichniejszej tabaki, to kto był pierwszy do tego? Ja… mimo mojej awersji do palenia:). Zawsze miałam chęć spróbowania takich wynalazków w dżungli. Nikt z naszej grupy nie garnął się do tego, ale po próbach Liska i mojej, każdy pchał się do kolejki, by się pośmiać. Tyle, że my jako nowicjusze nie wiedzieliśmy, jak to będzie wyglądało. Podano nam rurkę zrobioną jakby z cienkiej kości. Pierwszy był Krzysiek. Jedną część włożył sobie do nosa, a z drugiej strony dmuchał tubylec. Krzysiek nie wiedząc tego, sam zaciągnął się specyfikiem. Podwójny dmuch spowodował łzy w oczach, zielony od proszku nos a po chwili spory śmiech. Ja dodatkowo miałam niezły misz-masz w głowie. Fernando również spróbował tabaki. Zaaplikowano mu byczą dawkę. Śmiał się później przez pół dnia.

Gdy Chantal znalazła patyczaka, zrobiłam robaczkowi sesję zdjęciową. Strasznie mi się spodobał, głównie jego główka niczym u ufoludka i łapki składane niczym do modlitwy.

OSTANIE CHWILE W OTOROGNO

Po pożegnaniu się z mieszkańcami wioski podpłynęliśmy jeszcze do Campamento Trocha, gdzie również przeszliśmy mało uczęszczany szlak wśród dżungli. Zajęło to nam parę godzin. Wracając do łódki, co chwilę dostawaliśmy głupawki a powodowało ją wszystko. Jednym z elementów były dwa nietypowe liście: jeden niczym z filmu „Forest Gump” - shit happens, drugi przypominał ducha z innego horroru.

Wydawało się, że nic już nie może się wydarzyć po tak emocjonującym dniu. Ledwo dopłynęliśmy do brzegu naszego campamento, gdy przy brzegu coś zerwało się do ucieczki. W cieple zachodzącego słońca wylegiwał się duży kajman...

Tym sposobem minęła trzecia i ostatnia noc w Otorongo. Następnego dnia czekał nas dwudniowy powrót do Cuzco.

Leave a comment

Make sure you enter the (*) required information where indicated. HTML code is not allowed.