12 Maj

ZONA RESERVADA. MANU

Po kilkunastu godzinach snu obudziliśmy się o poranku lekko opuchnięci. Znowu było wilgotno. Szybkim krokiem, by zdążyć przed opuszczeniem Boca Manu, ruszyliśmy pod prysznic. Drewniane kabiny stojące na świeżym powietrzu oferowały chłodną wodę. Ja z przerażeniem poszukiwałam w porosłych po bokach pajęczynach ich domowników. To właściwie była jedyna rzecz, która przerażała mnie na samą myśl o podróży do dżungli. Nie obawiałam się braku światła, wody czy konieczności chodzenia w nieustająco wilgotnych, zabłoconych ciuchach przez parę dni z rzędu. Bałam się obrzydliwych karaluchów i wielkich pająków. Ale też nie dlatego, że przerażało mnie to, co mogą mi zrobić, ale ich wygląd – włochaty i nieprzyjemny. Starałam się tłumaczyć sobie: „Przecież to też jest stworzenie a ja lubię zwierzęta. Muszę tylko pomyśleć, że te nie są zbyt urodziwe i właściwie ich szkoda”.

KOMARY PRECZ!

Z przerażeniem dokonywałam szybkiego prysznica gdy w rogu kabiny dojrzałam zasuszonego dużego pająka, a właściwie pozostałości po nim. Liczyłam, że to martwy okaz. Całą sytuację opisałam naszym męskim koleżankom, które nic sobie z tego nie robiąc przyniosły mi zdechlaka, bym zobaczyła go z bliska. Jakbym o tym marzyła…

Tuż o świcie, zarośniętymi ścieżkami Boca Manu, zmierzaliśmy do łódki. Poranna pobudka uwarunkowana była możliwością zobaczenia o tej porze większej ilości kajmanów. Od rana czekał nas ten sam monotonny rytuał – zakładanie wysokich gumiaków wcześniej ostukanych z każdej strony przed ewentualnym nocnym mieszkańcem niebezpiecznym dla naszych stóp. Kolejnym było przemieszczenie się do pobliskiej, znajdującej się na zewnątrz łazienki na szybki orzeźwiający prysznic. Często taka wyprawa okazywała się nie lada wyzwaniem, gdyż nieopatulone w repelenty ciało stawało się znakomitą pożywką dla rządnych krwi wygłodzonych moskitów. Sprint do i z toalety i tak kończył się paroma bąblami a potem nakładaniem na siebie wysokiego DEET, które na dłuższą metę bardzo szkodziło skórze. Był to aktywny składnik wielu środków odstraszających owady. Stosowany na skórę i odzież służył do odstraszania insektów. Im wyższy DEET tym lepsza i dłuższa ochrona przed ukąszeniami.

Dziś płynęliśmy do Zona Reservada rzeką Manu. Trzeba było od tej pory uważać, by nie maczać w wodzie swoich kończyn jak chciało się wrócić z ich kompletem. Wkraczaliśmy w tereny, których nie można było zwiedzać bez przewodnika, choć nawet do tego momentu bez wsparcia zaznajomionej z obszarem osobą ciężko i dość drogo byłoby poruszać się po dżungli. Szybkim krokiem dotarliśmy do łódki a mimo to komary zdążyły nas pokąsić. Na szczęście gdy tylko łódka osiągnęła większą prędkość te małe „skunksy” nie nadążały za jej pędem i w końcu skóra mogła odpocząć od kolejnych ugryzień.

W GŁĄB DŻUNGLI

Kucharz powitał nas świeżym i pysznym śniadaniem złożonym z owoców: truskawek, mango, papai, bananów i jabłek obsypanych musli i polanych truskawkowym jogurtem. Do tego do wyboru: kakao lub kawa z mlekiem. Uroczo..

Po chwili zatrzymaliśmy się w Limonal w punkcie rejestracyjnym. Każdy odwiedzający rezerwat od tego punktu musiał zarejestrować się w tutejszej księdze. Miejsce zostało wzbogacone w muzealne informacje o obszarze, jego roślinności, zwierzyńcu i ogólnie historię. Tu też Fernando opowiedział nam trochę o parku. W łódce każdy wpatrzony przez swoją lornetkę wypatrywał ciężko zauważalne i dobrze ukryte zwierzaki. Najwięcej wskazywał ich nasz przewodnik, ale o dziwo na drugim miejscu – nie chwaląc się – byłam ja. Dziwne to było o tyle, że mam kiepski wzrok, a co chwilę w oko rzucały mi się a to żółwie usadowione na brzegu rwącej rzeki, a to nieznane nam do tej pory gatunki ptaków. Wyzwaniem chyba każdej wycieczki jest spotkanie na swej drodze w dżungli: jagura, kajmana czy krokodyla i złowienie piranii.

POLOWANIE NA OKAZY

Czarnego, młodego kajmana udało się wypatrzeć Fernando, ale po chwili okaz zanurzył się w mętnych wodach. Zaskakujące, że w dżungli mimo wszystko ciężko natknąć się na większego zwierzaka, bo mimo wszystko one również się nas obawiają. Dlatego przy każdym wynalezionym w rzece bądź zakamarkach zarośli zwierzaku prowadzący łódkę wyłączali silnik i z nurtem rzeki podpływali do okazu.

Nadal czuliśmy się jak w zaczarowanym miejscu i z otwartymi ustami obserwowaliśmy otoczenie. Fernando zachwycał nowinkami. I tak śmiesznym było obserwowanie co chwilę gromad żółwi zasiadających na konarach przybrzeżnych drzew, „oblepionych” przy nosach kolorowymi motylami. Motyle jakoby wyjadały pasożyty żerujące na nosach gadów. A same żółwie siedziały jeden na drugim wygrzewając się w słońcu.

Przewodnik wręczył nam po kartce z nazewnictwem zwierząt, które mogliśmy spotkać na swojej drodze. Niestety angielskie nazwy niewiele mi mówiły, ale widzieliśmy różne ptactwo, które opisać mogę jedynie z kolorów:). A były to: białe lub biało-czarne czaple, małe ptaszki z czerwonymi dziobami szybujące nad samą wodą i łowiące małe rybki (latały z otwartymi dziobami), białe z niebieskimi gardłami i śmiesznymi „antenkami” na głowach, inne przypominające mewy ale z jaskrawo-czerwonymi łapkami i brzydal wśród ptaków z głową niepasującą do tułowia o fakturze jakby z rozbitej kurzej skorupki. Standardem były stada papug różnych kolorów. Dopatrzyliśmy się również orła z żółtym dziobem czekającego w bezruchu na zdobycz.

Chwilami człowiek sam nakręcał się strachem przed tym co nieznane a co nie oznaczało, że od razu groźne. Minionego wieczora Fernando zapytany o najgroźniejszą sytuację, jaka go spotkała podczas pracy jako przewodnika w dżungli, opowiedział historię o krokodylu. „Nie byłem świadkiem tej sytuacji, ale zdarzyło się to podczas wyprawy mojego kolegi z firmy. Gdy jednego wieczoru ten przewodnik wybrał się z turystami na nocny spacer po dżungli, jeden z turystów postanowił zostać w lodgu. Nie wspomniał jednak o tym, że planuje oddalić się od niego. Poszedł nad rzekę, gdy już zapadł zmrok. Niestety w ciemnościach nie dostrzegł wylegującego się na brzegu kajmana. Śpiący na rozgrzanym brzegu zwierzak, w strachu, obronie a może z głodu zaatakował nieświadomego mężczyznę. I prawdopodobnie nikt nie zorientowałby się po powrocie z nocnego spaceru, gdzie jest uczestnik wycieczki, gdyby nieodnalezione nad ranem szczątki ciała na brzegu rzeki”. Historia wywołała dreszcze na ciele, ale i dała wiele do myślenia.

Podczas długiej podróży łodzią trzeba było czasami robić przerwy na toaletę. Gdy dobiliśmy do jednego z grząskich brzegów, z szeroko otwartymi oczyma filtrowaliśmy okolice wypatrując jakiegoś groźnego osobnika. Bezpieczniej było chodzić „na stronę” w parach.. tak na wszelki wypadek. Zapadający się pod ciężarem ciała piasek potęgował strach. Nikt długo nie przechadzał się po brzegu.

Kolejne godziny na łódce to sen, lornetki, wypatrzone stado małp skaczących na pobliskich drzewach i kolejne posiłki przygotowywane przez kucharza. No i doczekaliśmy się prawdziwego deszczu, jakie ma miejsce chyba tylko w „rain forest” (las deszczowy). Jak zaczęło lać, tak lało, lało i lało.. aż przegoniło Liska siedzącego przez jakiś czas na dziobie łodzi. I tak zazwyczaj lepkie powietrze zamieniło się szybko w chłodzące a Fernando pożyczał płaszcza, gdy deszcz zacinał a to z jednej a to z drugiej strony.

CZAS W OTORONGO

Płynęliśmy dalej.. Niby rzeka ta sama a widoki ciągle zaskakiwały. Mnie ciage zauraczało niesamowicie czerwone drzewo majaczące gdzieś w oddali wśród swoich zielonych kolegów. W Otorongo mieliśmy zostać na trzy dni i tu odczuć prawdziwą dżunglę. Przed dobiciem do brzegu zarzuciliśmy na stopy kalosze i w ogromnym błocie przedzieraliśmy się do naszych nowych „mieszkań”. Pojedyncze domki z dwoma łożami okrytymi moskitierami stały na podwyższeniu wśród gęstych zarośli i wysokich ponad chmury drzew. Niebiesko-zielona folia, okrywająca każdy lodge chroniła przed zbytnią wilgocią.

Póki jeszcze nie zrobiło się zbyt ciemno udaliśmy się na „rozpoznanie” terenu za dnia. Otaczała nas wszechobecna wilgoć i zieleń. Chwilami docierało do nas słońce przedzierające swoje promienie przez gęste korony drzew. Gdy na ziemię spadało coś z hukiem bądź dochodziły nas okrzyki wiadomo było, że nadchodzą zaciekawione małpy. Fernando mówił, że niektóre gatunki w ogóle nie schodzą na ziemię, bo właściwie wszystko, co potrzebne jest im do przetrwania mają na górze.

Zadziwił mnie ogrom różnorodności tutejszych drzew: jedne były niesamowicie wysokie, inne grube przy korzeniach ale nienaturalnie spłaszczone, jedne obwieszone lianami, inne zupełnie łyse. Tak więc, jak trzeba by było przy takim drzewie niespodziewanie uciekać, to na to nie byłoby mowy by się wdrapać. Właściwie gałęzie zaczynały się gdzieś po kilku metrach od ziemi. Każde wytworzyło swój własny sposób na przetrwanie w dżungli. Pokryte kolcami utrudniały chwycenie kory, gołe zazwyczaj kryły w sobie groźnego strażnika pod postacią boleśnie kąsających mrówek, ale o tym później…

Szliśmy w gąszczach zapatrzeni, poprzez gaje i knieje, przedzierając się przez równie gęste krzewy obrosłe w ogromne soczyste liście. Gdy droga stawała się trudna do przejścia, Fernando skutecznie tworzył ją sam ostrą maczetą. Niejednokrotnie Krzysiek zachwycony narzędziem, korzystał z hojności przewodnika i ciął roślinność lub pozował z nią do zdjęć. Fernando prowadził nas do platformy przy jeziorze Otorongo, z której mieliśmy obserwować małpki kapucynki skaczące po szczytach drzew, ukryte gdzieś różne okazy ptactwa lub inne ciekawe gatunki żyjące w samym jeziorze. Udało nam się zobaczyć wszystko choć z niewielkim wysiłkiem. Na platformie zastał nas wieczór. Księżyc majestatycznie odbijał się od tafli wody tworząc magiczne lustra natury. Uroku dodawał wszechobecny odgłos rechotu żab.

Droga powrotna wydawała się być bardziej „zadżunglona”, przez co Fernando częściej musiał używać swojej maczety. Akurat to Krzyśkowi bardzo przypadło do gustu i chętnie pomagał w „karczowaniu” przeszkód na drodze. Na brzegu zauważalne były odciśnięte łapy jaguara a zobaczenie go podobno graniczyło z cudem. Jednak było to marzeniem każdego przybywającego do dżungli. Od razu przypomniałam sobie opowieść Heime, którego jedna z grup jako wyznacznik dobrej wycieczki określiła zobaczenie jaguara. Prosili go każdego dnia, by skupił się na tym, że mają spotkać tego dzikiego kota. W końcu któregoś pięknego dnia, gdy grupa gęsiego kroczyła wśród gąszczy za Heime, ten dojrzał wyczekiwany okaz przed nimi. Cicho wskazał grupie kota, ale gdy odwrócił się w stronę turystów, ich już nie było. Pozostały po nich jedynie ruszające się liście. Uciekli ze strachu:).

A my przedzieraliśmy się dalej. Gdy wróciliśmy do pokoi nie było jeszcze tak zupełnie ciemno, więc uznaliśmy z Krzyśkiem, że wybierzemy się nad rzekę. Pamiętaliśmy historię Fernando o kajmanie oczekującym na swój obiad na brzegu, więc gdy nad rzeką ujrzeliśmy naszą łódź z siedzącymi w środku „kierowcami” od razu poczuliśmy się raźniej.

KOSZMARNE CIEMNOŚCI

W ciemnościach, wytężając wzrok mimo latarek umieszczonych na głowach, trafiliśmy do „kuchni” - największego budynku campingu – na kolację przy świecach. I tu przeżyłam koszmar, bo gdy w spokoju pisałam swój pamiętnik a inni grali w jakieś gry planszowe, z sufitu na swojej pajęczynie zsunął się pająk gigant, który wylądowawszy na stole, przebiegł po nim szybko i zeskoczył na ziemię. Narobiłam krzyku i w panice wskoczyłam na ławę brudząc ją zabłoconymi kaloszami. Było mi trochę głupio, że tak zareagowałam, ale było to silniejsze ode mnie. Inni zachwyceni chwycili aparaty robiąc brzydalowi zdjęcia. Koniec pająka był szybki - Fernando go załatwił butem. Nie martwiłam się, że – według polskich powiedzonek – po zabiciu pająka będzie padać, bo tu i tak padało...

Po kolacji czekała nas jeszcze jedna atrakcja – „night walking”, czyli nocny spacer. Mimo zmęczenia sporą adrenaliną tego dnia skusiliśmy się na ten spacer. Niestety dla mnie okazał się to „nightmare” (koszmar). Wysmarowani repelentami i szczelnie ubrani przed deszczem i ewentualnymi robalami ruszyliśmy w drogę. Najpierw oczy musiały przyzwyczaić się do nieziemskich ciemności. Każdy ze swoją latarką w ciszy kroczył za przewodnikiem. By lepiej wczuć się w atmosferę dżungli, Fernando zaproponował zgaszenie latarek. Przyprawiło mnie to o dziwne uczucie a po plecach przeszły mi ciarki. Odgłosy skrzeczących owadów nasiliły się, mimo że gołym okiem w ogóle się ich nie dostrzegało. Wszystko zaczęło mnie swędzić, więc szybko zaciągnęłam na głowę kaptur.

Nocą można zobaczyć gatunki zwierząt, które za dnia w ogóle się nie pokazują bądź odpowiednio się kamuflują. I tak widzieliśmy różne pająki (nawet małą tarantulę; o dziwo nie przypominała tej owłosionej z filmów przyrodniczych), odmiany żab,   koniki polne różnych rozmiarów czy szarańcze oraz karaluchy. Poszliśmy w kierunku pomostu nad wodę w nadziei, że zobaczymy bardziej aktywnego w nocy kajmana. Niestety nie udało się, mimo że nawet Fernando próbował go przywabić uderzaniem patykiem o taflę wody.

ATRAKCJI BEZ LIKU

W drodze powrotnej przewodnik urządził dla nas „show”. Wcześniej chwycił karalucha, ale wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy w jakim celu. Gdy podeszliśmy do jednej z pajęczyn, na której siedział dość sporych gabarytów pająk z włochatymi, żółtymi nogami, poprosił nas o koncentrację i przygotowanie aparatów. W pewnym momencie rzucił karalucha w pajęczynę. W oka mgnieniu pająk rzucił się na zdobycz i w ciągu paru kolejnych sekund owinął ją tworząc z karalucha kokon. Nie zjadł go przy nas, tylko poszedł spać. Pewnie był już najedzony. I o ile nie znoszę karaluchów, tak tego mi było szkoda. Mniej mi już za to było szkoda dwóch innych, których Krzysiek znalazł w naszym pokoju, w tym jednego na moim łóżku. Skubany dostał się tam mimo szczelnie chroniącej materac moskitiery. Nie mogłam później przez pół nocy zasnąć, mimo że Lisek szybko się z nim rozprawił.

Po „show” z karaluchem chłopcy z naszej grupy śmieli się, że Fernando powinien zrobić taki sam trik z kajmanem, ale zamiast karalucha powinien rzucić na przynętę jakąś świnię:). Mimo dość głośnych dźwięków na zewnątrz oraz opowieści Fernando, że czasem pod lodge mogą podchodzić różne zwierzęta, spaliśmy przez całą noc jak dzieci.

(Galeria fotografii z nocnego spaceru pojawi się niedługo).

Leave a comment

Make sure you enter the (*) required information where indicated. HTML code is not allowed.