poniedziałek, 11 maj 2009

PŁYNĄC RIO MADRE DE DIOS

Następnego dnia po nocy spędzonej w moskitierach wstaliśmy na pyszne śniadanie. Ciągle na stole lądowały jakieś nietypowe dla nas wynalazki - a to kisiel zrobiony z kukurydzy o smaku wiśni, a to najdziwniejsze napoje czy naleśniki na kształt i grubość placków z jabłkami (a zrobione np. z juki). Na nowo było duszno i wilgotno, mimo zimnego prysznica.

Dziś Heime został zastąpiony przez nowego przewodnika – Fernando. Ten pierwszy był tu tylko na chwilę, gdyż brakowało przewodnika na pierwsze chwile wyprawy, a Heime spędził już ponad dwa tygodnie w dżungli i chciał odpocząć w gronie rodzinnym. Fernando kojarzyliśmy z jednego z biur turystycznych Cuzco, które odwiedziliśmy w poszukiwaniu dobrej oferty Salkantay Trek. A on sam nas kojarzył, gdy Lisu przypomniał mu, że nazywa mnie Sarenką. W historii, w której opisywał, skąd ten pseudonim, standardowo rzucał: „oczywiście to nie przez zarośnięte nogi..” Po czym zaśmiewał się do łez. Nowy przewodnik również znał mnie z tej opowieści:).

ZASKAKUJĄCA PRZYRODA

Na piechotę ruszyliśmy przez miasteczko, nad którym wstawała mgła. Mogliśmy dzięki temu szybko poczuć klimat „zbliżającej się” dżungli. Fernando rozpoczął dzień od zakupienia worka koki, choć nie wiem do czego miała mu ona tutaj służyć. Przecież łagodziła ona głównie skutki wysokościowe tj.: ból głowy, zawroty, osłabienie itd. oraz hamowała głód. W dżungli żadne z tych objawów nam nie groziły. No może poza sporym apetytem..

Każdy szedł ze swoją lornetką w ciszy wyszukując ciekawych okazów ukrytych gdzieś w zaroślach. Przeprawiliśmy się przez nowoczesny, jak na tę okolicę, most z widokiem na butwiejącą po prawej stronie jego dawną wersję, a eksponat scenerii z filmów przygodowych - rozpadający się, spróchniały i porośnięty egzotyczną roślinnością. Przed nami pojawił się obrazek, na który długo czekałam - leniwie rozłożony na ulicy macho. Prawdopodobnie zmęczył się jechaniem motorem w upale przez dżunglę i postanowił odpocząć na środku drogi, więc się na niej rozłożył, tam gdzie stał:).

Dotarliśmy do „posiadłości” jakiejś rodziny, która miała swoje poletko koki. W Peru dozwolone jest uprawianie koki na własny użytek.Roślina wyglądała raczej zwyczajnie. Ale jak w sumie miała wyglądać?:) Ogród porastał w różne okazy flory, których nigdy nie widziałam nawet na kanałach przyrodniczych. Zwiedzaliśmy posiadłość za frico, bo rodzina akurat była poza domem. W innym przypadku zrzucilibyśmy się na napiwek „co łaska”. Fernando zaczął wyszukiwać nietypowe gatunki opisując właściwości bądź przeznaczenie każdej z nich. Nie zdążył jednak się odezwać, gdy nagle za nim Lisek wypatrzył coś ciekawszego – niebiesko-żółtą papugę ara. Ptak chętnie pozował do zdjęć przechadzając się dumnie po coraz wyższych gałęziach drzewa i spoglądając z zaciekawieniem z góry. Jak się później okazało, papuga nie była typowym domowym stworzeniem. Po prostu któregoś dnia postanowiła tu zamieszkać i dała się trochę oswoić. Gdy zachwyt papugą trochę ochłonął, poddaliśmy się opisom Fernando. Za chwilę poznaliśmy roślinę o zabarwieniu jaskrawo-zielonym o kształcie rozwiniętego kwiatka, która po przełamaniu na pół zawierała w sobie naturalny pomarańczowy barwnik. Lisek nie darował sobie, by się tym nie wysmarować:). I z takimi „wojennymi” szramami na twarzy podróżował do końca tego dnia.

Kolejnym zaskoczeniem była śmiesznie wyglądające żółte owoce pewnej rośliny. Ich kształt przypominał głowę psa. Ten dziwny gatunek sadzony był blisko drogi w celu odstraszania kur przed wejściem na nią. Dzięki temu nie popełniały masowych samobójstw:).

Za chwilę znowu siedzieliśmy w samochodzie pędząc do punktu widokowego na rzekę Manu (odnogę Amazonki). Na rzece mieliśmy spędzić dwa dni w drodze do docelowego campu. Obserwując przez lornetki brązowawą i mulastą stróżkę wody dojrzeliśmy kolejne atrakcje. Najpierw Fernando cicho zwrócił naszą uwagę na żwawego tukana skaczącego wśród zarośli. Był niesamowicie kolorowy, pomagał sobie dziobem wchodząc po gałęziach i nie sposób było zrobić mu dobre zdjęcie, bo zaraz znikał z pola widzenia. Patrząc pod nogi dojrzeliśmy mrówki giganty i szarańcze. Za plecami przeleciał nam lazurowy motyl wielkości ptaka a przy drodze wyrastały roślinki, których liście – po dotknięciu – nieśmiało zwijały się w kłębki. W międzyczasie przeleciały nam nad głowami parę skrzeczących papug.

W końcu doczekaliśmy końca podróży jeepem, w którym nieźle trzęsło. Przy rzece w Atalaya powitało nas maleńkie miasteczko i przedostatni punkt na trasie, gdzie można było dojechać drogą. Czekając na załadowanie bagaży na łódkę przez obsługę wyprawy, spacerowaliśmy po wiosce. Na pobliskim straganie zakupiliśmy sobie wszyscy po koralach i bananowe chipsy od dziewczynek, które sprzedawały je w przerwie lekcyjnej. Ta wioska miała zafundowany piękny i schludny budynek zagospodarowany na szkołę. Właściwie w każdej wiosce co piękniejszy budynek był finansowany przez rząd. Można było się domyślać, który jest szkołą czy jakimś ośrodkiem wybudowanym na cele społeczne czy edukacyjne.

SPŁYW RIO MADRE DE DIOS

Zajęliśmy miejsca na łódce. Rwącą rzeką Rio Alto Madre de Dios wypłynęliśmy w kierunku „stolicy” tego regionu - Boca Manu - pierwszego noclegu w prawdziwej dżungli. Mimo silnika wbudowanego w łódkę, operujący nią musieli trochę się natrudzić, by utrzymać ją w ryzach. Widoki zmieniały się z każdym metrem. Błotnista woda, do której strach było włożyć nogę czy zanurzyć rękę, obijała się o równie błotniste wybrzeże porośnięte wysokimi trzcinami przechodzącymi w wysokie dżunglowe drzewa czy tajemnicze zarośla, przez które staraliśmy się dojrzeć egzotyczne zwierzę. W oddali nad dżunglą schodziła mgła z potężnych wzgórz. Wydawało się, że wśród nich wyłaniał się też jakiś wulkan. Wyjątkowe niebieskie niebo nie wydawało się zmieniać na deszczowe a w końcu czekaliśmy na załamanie pogody. Bądź co bądź wkroczyliśmy przecież do lasów deszczowych:). Obserwowaliśmy w oddali różne ptactwo. Czasami nad głowami przeleciały stada skrzeczących kolorowych papug w odcieniach czerwieni łączonej z błękitem bądź różowo-żółtych.

Fernando powiedział, że w tej odnodze rzeki, którą właśnie płynęliśmy można się kąpać, bo nie ma tu ani piranii ani kajmanów. Od Boca Manu to niemożliwe. Dobrze wiedzieć. Od razu zanurzyliśmy dłonie w ciepłej Rio.

Dżungla nie dawała nam spokoju i ciągle usypiała jak w kołysce. Zatem po obiedzie na łódce, przy grzejącym słonku usadowiwszy się w wygodnym fotelu „odpłynęłam” w siną dal:). Komara przyciął tu chyba każdy. Było tak błogo i spokojnie.

WIOSKA NA ODLUDZIU

Dobiliśmy do przystanku – pierwszej naszej dzikiej amazońskiej wioski. Przez środek biegła droga a po każdej jej stronie stały drewniane chaty z dachami ze strzechy. Wioska porosła w dziką roślinnością, wśród której gdzieniegdzie dostrzegało się drzewa mango. Po podwórkach biegały biednie wyglądające zapchlone psiaki i umorusane dzieci. Poznawaliśmy tubylców i ich zwyczaje. I co tu można dodać.. Generalnie to.. mało, co robią:). Oczywiście „machos” leżą w hamakach i .. leżą. Czasem piją piwo. A właściwie to dość często. Dzieciaki robią, co chcą. Nie ma tu zbyt wiele atrakcji, więc zazwyczaj ganiają się.. po wysokich drzewach. Gdy przyszło nam to zobaczyć, serca stanęły w gardłach. Starsze Indianki coś tam wyszywały lub przygotowywały chichę. Ten napój pije tu każdy, nawet małe dzieci. Oby w wersji jeszcze niesfermentowanej, bo podobno kac po chichy trzyma parę dni:). Każdy spokojnie spędza dzień wylegując się na dechach „tarasów” swoich chat, przeczekując upał.

Idąc środkiem wioski zaskoczeniem okazały się dla nas ustawione wzdłuż żużlowej drogi latarnie finansowane przez rząd. Dzika dżungla i brak czegokolwiek a tu taki rarytas. Te rodziny nie płacą podatków. Rząd z tytułu istnienia jeszcze takich plemion wspiera je wymyślnymi cywilizowanymi dodatkami. Chociaż stawianie szkół jest bardziej uzasadnione.

Po krótkim spacerze podeszliśmy do jednej z chat, gdzie najstarsza kobieta z rodziny poczęstowała nas „chichą”. Każdy z niechęcią wziął do ust kwaśny napój z nadzieją, że nie został zrobiony w tradycyjny sposób, czyli przez rzucie kukurydzy przez staruszki i spluwanie sfermentowanego napoju do jednego gara. Odstanie przez parę dni wzmagało w trunku procenty stanowiąc formę piwa. Gdy z lekkim wstrętem braliśmy po łyku trunku Fernando wspomniał, że obecnie rzadko „chicha” przygotowywana jest starym sposobem. Uff... Całemu zdarzeniu przyglądała się rodzina z małą dziewczynką. Nie można było urazić rodziny i nie było mowy o wypluciu napoju.

NOWOCZESNA BOCA MANU

O zachodzie słońca dopłynęliśmy do „stolicy” regionu - Boca Manu. W oczekiwaniu na kolację poszliśmy wszyscy na spacer po wiosce. Najładniejsze budynki to również szkoły i również finansowane przez rząd. Doszliśmy z Fernando do miejsca, w którym wykańczano właśnie łódkę - główny zarobek tutejszych mężczyzn. Podobno zakupienie takiej kosztuje około trzech tysięcy złotych, wykonywana jest przez około dwa tygodnie, więc jak na warunki peruwiańskie to dobra pensja. Tym bardziej, że potrzeby na takie łodzie na rzece są wysokie. W końcu to jedyny środek transportu w tych rejonach.

W dalszej części wioski „wyrastało” piękne i zadbane pole do piłki nożnej i pola do siatkówki. I o tej porze dzieciaki również grały w piłkę. W pobliskim sklepie zakupiliśmy sobie czerwone wino na wieczór i czekaliśmy na zachód słońca. Trzeba przyznać, że nad Rio Manu stanowiło ono nie lada widowisko.

Gdy wybiła osiemnasta, wszędzie rozbłysły światła. Boca Manu dostarczano je w godzinach od osiemnastej do dwudziestej pierwszej, więc byliśmy świadkami jak w pobliskiej knajpie odbywała się walka o pilota do telewizora. Nie jeden polski mężczyzna będący „władcą” pilota w swoim domu, nie przetrwałby w tym miejscu:).

Po ciemku wróciliśmy do swoich lodgów zbitych z dech. Na stolikach czekały już na nas rozpalone świeczki. „Opatuleni” w preparaty przeciwko moskitom i dodatkowe przewiewne ciuszki przed nadchodzącym chłodem udaliśmy się na kolację. Po niej nie pozostało nam nic innego, jak zasnąć w otchłaniach ciemności. Pod zwiewnymi moskitierami zasypialiśmy na wygodnych łożach.

Leave a Reply

Your email address will not be published. HTML code is not allowed.