środa, 06 maj 2009

MACHU PICCHU!!!

- Nazwa Machu Picchu oznacza = stara góra, Wayna Picchu (ta najwyższa i najbardziej charakterystyczna na wszystkich folderach reklamujących Zaginione Miasto) to młoda góra. Miasto zostało odkryte przez Amerykanina, który zszedł tutejsze góry właśnie w poszukiwaniu Zaginionego Miasta Inków, o którym usłyszał na zjeździe historycznym w Santiago de Chile w 1911 r. Gdy dotarł w te tereny, zamieszkiwane były tylko przez dwie rodziny, które za pieniądze pomogły odnaleźć Machu Picchu porośnięte wtedy dżunglą.- Trochę historii przekazanej z ust Fabiana.

WALKA Z PRZECIWNOŚCIAMI LOSU

Noc była nieprzespana. Daliśmy jednak radę pójść na autobus, do których od świtu biły nieziemskie tłumy. Na szczęście załapaliśmy się na drugi autobus a jeździło tu ich na okrągło około pięćdziesięciu sztuk. Ostatnie nie dawały praktycznie szansy na wejście na Wayna Picchu. Zakupiłam bilety (po siedem dolarów w jedną stronę od osoby) a Krzysiek tymczasem zajął kolejkę do autobusu. Przegryźliśmy delikatnie po małym owsianym ciastku i czekaliśmy na odjazd.

Po chwili pionowymi serpentynami wjeżdżaliśmy autobusem w kierunku Machu Picchu. Kolejka faktycznie była już spora, ale cały wyścig miał się dopiero rozpocząć. Gdy otworzono bramki ludzie biegli jak w maratonie przeganiając się. Sporo adrenaliny i emocji, bo mimo posiadanych już biletów, które dzień wcześniej przekazał nam Fabian, sprawdzano plecaki, co spowalniało dotarcie do celu. Niestety Krzyśka cofnięto a my rozzłoszczeni nie wiedzieliśmy, o co chodzi. Nie pasowały im rozmiary plecaka, mimo że oboje posiadaliśmy identyczne, a mnie puszczono bez zarzutu. W końcu się udało i biegiem dotarliśmy pod Wayna Picchu (ze szczytu której można było ujrzeć Machu Picchu z lotu ptaka) i do kolejnej kolejki. Na miejscu czekał Fabian i inne osoby, które albo ten odcinek pokonały pieszo albo, tak jak my, autobusem.

Omylnie zrozumieliśmy ten cały pęd. Wejście na teren Zaginionego Miasta mieliśmy zagwarantowane. Walka toczyła się o dodatkowe wejście z jego terenu na Wayna Picchu a tu istniały już ograniczenia ilościowe. Wcale nie musieliśmy korzystać z tej opcji. Krzysiek właściwie od razu poinformował mnie, że nie idzie. Ja mimo braku sił wiedziałam, że już nigdy na nią nie wejdę a coś musi w niej być skoro daje takie ograniczenia. Miałam jeszcze około czterech godzin do namysłu, bo mogłam na nią wejść o dziesiątej.

TROCHĘ WIEDZY NIE ZASZKODZI

Na spokojnie, z całą naszą grupą, mogliśmy oddać się błogiemu wsłuchiwaniu się w opowieści Fabiana o historii tego miejsca. Oczywiście cały jego ogrom i to, że ukryte było wśród wysokich gór robiło piorunujące wrażenie. Gdzie okiem nie sięgnąć roztaczały się tarasy, które dawniej stanowiły poletka uprawne Inków oddzielone poszarzałymi prostokątnymi kamieniami. Było bardzo zielono a przestrzeń aż powodowała zawroty głowy. Fabian wskazał kamienie dające dobrą energię. Sam wspomniał, iż to jeszcze nie był dla niego odpowiedni czas, by ich dotknąć. Odczytaliśmy to jako brak być może jakiegoś spełnienia w jego życiu, nieczystości czy klarowności pewnych sytuacji i sami też uznaliśmy, że magicznych kamieni dotykać nie będziemy.Potem wskazał miejsce grobowców (we wnęki których po chwili wskoczyliśmy, by porobić sobie parę zabawnych zdjęć) oraz ukryte skojarzenia niektórych zakamarków. W tle cały czas towarzyszyła nam słynna Wayna Picchu. Cały pobyt na terenie Machu Picchu był zorganizowany tak, że część osób z naszej grupy wracała pociągiem o czternastej a pozostali (w tym na przykład my) o osiemnastej zyskując więcej czasu na poznanie i kontemplację miasta.

ZDOBYĆ WAYNA PICCHU

Mimo schrupania z rana tylko paczki ciastek i ogólnego osłabienia po zatruciu wcześniejszego dnia, bardzo chciałam zdobyć Wayna Picchu a godzina wejścia powoli się zbliżała. Krzysiek nie miał na to siły, a ja wiedziałam, że to – prawdopodobnie - moja jedyna szansa w życiu, by ją zdobyć. Rozdzieliliśmy się: on został na dole spacerując po mieście a ja postanowiłam spróbować swoich sił. Krzysiek wyznaczył mi na wejście półtorej godziny. Musiałam zatem w trakcie określić czy dam radę osiągnąć szczyt i zawrócić do bram gdzie miał na mnie czekać. Nie wzięłam tylko pod uwagę faktu, że przed rozpoczęciem się szlaku poprzedzać go będzie tak spora kolejka, iż oczekiwanie w niej zajmie mi  dodatkowe trzydzieści minut a czas leciał.. Jeszcze tylko podpisanie się w księdze wejściowej na wypadek zagubienia i w końcu ruszyłam. Przede mną rozpościerał się widok na strome zbocze góry i pionowo prowadzące schody. Wayna Picchu wydawała się ścianką wspinaczkową a nie zwykłą trasą trekkingową. Gdy podeszłam bliżej okazało się, że po bokach rozwieszone były łańcuchy i liny do przytrzymywania się. Unikałam oglądania się za siebie, by nie stracić równowagi czy dopuścić do zawrotów głowy przy takim nachyleniu. W dole była tylko przepaść. Na wstępie usłyszałam też dyskutujących turystów, że aby wejść na szczyt i z powrotem a dodatkowo na górze trochę podelektować otoczenie to całość zajmowała co najmniej dwie godziny. Posmutniałam, że nie dotrę do celu, ale się nie poddawałam.

Po drodze mijałam zdyszane osoby w różnym wieku. Każdy oczekiwał końca tej trudnej wspinaczki. Spotykałam śmiesznych skośnookich cały czas uśmiechniętych, z którymi to zamieniałam zdanie. Mijałam również prawdopodobnie jakiegoś producenta filmowego z Polski, ale nie wypowiedziałam słowa w rodzimym języku, więc mogłam jedynie posłuchać dyskusji. Nie odpuścił mi jedynie Amerykanin, który zaczepił mnie na plotki po dwudziestu minutach mojej wspinaczki.

- Daleko jeszcze do góry? - zapytałam lekko zmęczona.

- A ile idziesz do tego punktu od dołu?

- Około dwudziestu minut - odpowiedziałam.

- No to jeszcze zostało Ci około trzydziestu minut - odparł uśmiechnięty.

Trochę się załamałam, bo miałam już za sobą spory kawałek katorgi a góra wydawała się nie mieć końca. Nie przypuszczałam jednak, że organizm może zrobić mi takiego pozytywnego psikusa. Mimo wcześniejszego osłabienia i funkcjonowania tylko na paczce ciastek, zdobyłam górę, spędziłam na niej trochę czasu i zeszłam na dół w umówione miejsce z Krzyśkiem w ciągu niecałej godziny. Ludzie zazwyczaj docierali na szczyt w trzy kwadranse i to był również bardzo dobry wynik. Byłam z siebie dumna. Dodam, że widoki z góry powalające. Z Wayna Picchu zobaczyłam Machu Picchu wielkości mapki. Bałam się wyglądać poza krawędzie góry, za którą była tylko… przestrzeń. Wszystko było takie malutkie jak z klocków dla dzieci. A sam szczyt Wayna pokrywały ruiny miasteczka, po którym ciężko było poruszać się wyprostowanym. Każdy kolejny odcinek pokonywałam głównie na czworakach. Nad głowami było już tylko niebo a otaczające góry wydawały się pokurczone przy naszym szczycie. Sama myśl o powrocie przerażała.

Mimo że czekała mnie droga w dół nie oznaczało to, że będzie szybciej przy tym nachyleniu. Mięśnie ud naprężały się solidnie, by nie runąć siłą grawitacji. Teraz mogłam trochę popodziwiać a to przeróżnych kolorów orchidee, a to latające wokół jaskrawe kolibry. W Machu Picchu nie było już wielu turystów. Robiło się późno i prawdopodobnie dużo osób wracało wcześniejszym pociągiem do Cuzco. Lisu czekał już przy wejściu na szlak. Poszliśmy na pobliską polanę odpocząć i przymknąć oko. Nad miastem zaczęła unosić się tajemnicza mgła.

NIEPOWTARZALNA GALERIA FOTOGRAFII

Zaczęliśmy na nowo utrwalać na zdjęciach Zaginione Miasto. Zeszliśmy na niższe tarasy. Tam ukryliśmy się przed ostatkiem turystów. Można było odnieść wrażenie, że jesteśmy tam sami. Magia Machu Picchu ogarniała coraz bardziej. Ciężko było nam się rozstać z tym cudownym miejscem, ale czas naglił.

Do Aquas Calientes wróciliśmy autobusem. W miasteczku w końcu odezwał się apetyt. I tak po półtorej dnia zjedliśmy ciepłą, pożywną zupę i jakieś delikatne dla żołądka drugie danie. Na odnalezionym przypadkiem sympatycznym placu głównym zlokalizowaliśmy „locutorio” (punkt z telefonami stacjonarnymi), skąd obdzwoniliśmy rodzinę. Później pozostało nam tylko czekać na pociąg. Stacja w Aquas okazała się być niczym najbardziej nowoczesne lotnisko europejskie. Pociąg zabrał nas do miasteczka, gdzie czekał na nas autobus do Cuzco. Późną nocą dotarliśmy na nocleg na „stare graty”. Następnego dnia Krzysiek postanowił poszukać nam jakiegoś nowego lokum. Uznał, że po pięciu dniach trekkingu, noclegach w namiocie i ograniczonej toalecie, zasłużyliśmy na luksus.

Leave a Reply

Your email address will not be published. HTML code is not allowed.