03 Maj

II DZIEŃ DO ZAKAZANEGO MIASTA

Wybudziliśmy się po piątej rano. Powtórka z rozrywki, bo na wysokości ciężko spać. Przed namiotem czekały już na nas kubki gorącej orzeźwiającej „mate de coca”. Nieprzytomnie wylegliśmy na zewnątrz, by rozejrzeć się po okolicy. Dookoła rozprzestrzeniał się magiczny i tajemniczy krajobraz wstającego dnia.  Z gór schodziła mgła przyjmująca odcienie wschodzącego słońca – kolory różu i fioletu.

Z zapuchniętymi oczami, ubrana na cebulę udałam się do toalety na poranną higienę w lodowatej wodzie. Śniadanie ponownie okazało się nie lada niespodzianką. Przyzwyczajeni do wersji „kontynentalnej”, gdy na stole zobaczyliśmy jedynie chleb z dżemem, zaczęliśmy się nim opychać. Nie spodziewaliśmy się dalszych przysmaków z rana. Niespodziewanie na stole zawitały kubki z paćką o smaku zmielonego musli (taki energizer), a potem talerze z naleśnikami oblanymi karmelem. Do tego zaserwowano nam kubek kakao a na koniec rumianek, więc ledwo odeszliśmy od stołu.

NA NAJWYŻSZY PUNKT SZKLAKU

Dziś być może dzięki właśnie temu pożywnemu śniadaniu miałam siłę, by wypruć zdecydowanie przed grupę. To był mój lepszy dzień. Ale i Krzychu nie odstawał w tyle, bo łeb w łeb dotrzymywał mi towarzystwa. Szlak prowadził dość stromo w górę. O świcie na trasie nie było innych grup. Czasami tylko minął nas Peruwiańczyk z pędzącym przed nim osiołkiem obładowanym bagażami. Gdy górzyste serpentyny sprowadziły nas lekko w dół, doliny pokryły się wstążkami rzeki. Po bokach majestatyczne góry – surowo brązowe z ostrymi szczytami osnutymi u szczytów śniegiem, bądź zielone jakby bardziej przyjazne człowiekowi. Droga ponownie zaczęła wić się w górę. Zatrzymywaliśmy się jedynie na łyk wody i stale utrzymywaliśmy przewagę przed grupą skracając dodatkowo ostre podejścia. Ku naszym oczom pojawiła się przepaść usłana wysuszonymi, pożółkłymi trawami z pojedynczymi kępkami fioletowych kwiatów.

Pojawił się znak prowadzący do najwyższego punktu tej wyprawy – Salkantay 4100 m n.p.m. Z rana odczuwało się przeszywający chłód wiejący z tej góry pokrytej śniegiem, do której zmierzaliśmy, jak i innych pobliskich gór pokrytych lodem. Trasa tego dnia była wyjątkowo męcząca. Nie dość, że dnia wcześniejszego przeszliśmy prawie dwadzieścia kilometrów, dziś czekały nas aż dwadzieścia trzy, które wiodły sinusoidalną trasą – raz w górę, by po chwili schodzić nadrobione wzniesienie w dół. Szliśmy płaskim podłożem, które zmieniało się w kamienistą trasę wiodącą przez kamienie rozrzucone po małym, lecz rwącym strumieniu. Krajobraz przeistaczał się w polanę wśród ogromnych skał, jakby spadły ze szczytów lodowców. Zza jednej skały wyłonił się mały krystaliczny staw, u brzegu którego dojrzałam wilka zajadającego się padliną. Obawiałam się zbyt bliskiego przechadzania obok umorusanego we krwi zwierzaka. Ale ten tylko rzucił na mnie okiem i dalej zajmował się swoim smakołykiem.

Zmęczenie wysokością znowu dało o sobie znać. Dogoniliśmy nawet jakąś grupę, w której najbardziej wyczerpane osoby decydowały się już na skorzystanie z opcji wykupienia muła na dalszą podróż do campingu. Brak odpowiedniej ilości tlenu utrudniał wysiłek. Brakło tchu w piersiach od rozrzedzonego powietrza jak i otaczających widoków, które po chwili zaczęły wyłaniać się wśród gór. Salkantay wydawał się być blisko niczym na wyciągnięcie ręki. Cały pokryty śnieżno-białym śniegiem, z dziewiczymi nienaruszonymi szczytami. Stwarzał wrażenie ogromnego i niebezpiecznego monstrum. Zresztą chyba nawet jego szczyt nie został przez żadnego śmiałka osiągnięty przez trudność podejścia i nieprzychylne warunki mu towarzyszące. Patrzyliśmy na to niebezpieczne piękno odczuwając chłód spływający na nasze karki. Mimo wszystko była to jak na razie najwyższa nasza „wysokość”, na którą się wspinaliśmy. Zasiedliśmy na punkcie obserwacyjnym. Gratulacje z rąk przewodnika, chwila odpoczynku, zmiana mokrych ciuchów, seria zdjęć i znowu na nogi. Teraz czekało nas już tylko zejście w dół. Kolejna dłuższa przerwa przeznaczona była na lunch.

CZAS NA DŻUNGLĘ

Przedzierając się przez ostatnie opary schodzącej z doliny mgły, ujrzeliśmy niesamowicie zielone pagórki. Za nami coraz bardziej oddalał się Salkantay. Teraz mieliśmy powitać dżunglę, egzotyczną roślinność, krystaliczne laguny i wilgoć otaczającej nas przyrody. Gdy dotarliśmy do „przepaści”, ujrzeliśmy obraz jak z tajemniczego filmu – jaskrawo-zielona dolina tonęła we mgle a przez jej środek mknął rześki strumyk. W jego wodach rozrzucone były nienaturalnie czerwone głazy. Fabian poinformował nas, że swą barwę wzięły od wszechobecnej tu siarki. Gdy doszliśmy do punktu, w którym pasły się nasze konie, wiedzieliśmy, że w końcu nadszedł upragniony odpoczynek. Nasza ekipa już tu była i w opuszczonej, murowanej chacie przygotowywała dla nas pyszny obiad. Zresztą po takim wysiłku wszystko smakowało ze wzmożoną siłą a świadomość perfekcyjności dań przygotowywanych przez szefa kuchni dodatkowo podkręcała kubki smakowe. Najpierw żołądek rozgrzała nam ciepła zupa a potem wyśmienite drugie danie uwieńczone deserem. Wyszliśmy na „ganek”, gdzie „odpłynęliśmy”. Nie miało znaczenia, że sen zastał nas na nierównym trawiastym podłożu. Liczyło się tylko zdjęcie butów, przyłożenie głowy do spiczastego plecaka i siesta przed kontynuacją wyprawy.

Gdyby nie widoki nie mielibyśmy chyba tyle pary, by znowu stanąć na równe nogi i iść kolejne parę godzin do campingu. Wchodząc w obszar dżungli zmuszeni byliśmy wysmarować się repelentami mimo opuchlizny od wcześniejszych ugryzień i zakryć wystające skrawki ciała ubraniem. A było to trudne, gdyż dżungla niosła za sobą również gorące powietrze. Ciekawi widoków rozpoczęliśmy dalsze schodzenie w dół.

Egzotyka mijanej flory przerastała nasze oczekiwania. Nastawiałam się na obrazy podpatrzone wcześniej w książkach czy filmach przygodowo-naukowych, lecz większość okazów i tak widziałam po raz pierwszy w życiu. Telewizja nie oddawała uroków buszu widzianego na żywo. Każdy szedł swoim tempem - tak jak chciał i miał siłę. Fabian zaproponował delektować się dżunglą na swój sposób. Nie potrafiłam nie zatrzymać się co parę kroków, by wykonać kolejną serię zdjęć. Kwiaty przyjmowały najróżniejsze kolory i kształty. Jedne wyglądały jak puchate bezbronne piękności a inne przyjmowały groźną postać formując się na wzór zwierzęcego pazura czy przerażającej paszczy. Szliśmy w ciszy wsłuchując się w odgłosy śpiewających ptaków, szemrających owadów, nasycając się wilgotną atmosferą.

Wszystko wydawało się takie boskie i nieodgadnione. Nad zielonymi górami unosiły się chmury. Z każdym krokiem zalesienie wzmagało się. Im głębiej w dżunglę, tym bardziej dziką formę przyjmowały tam drzewa i donośniejsze odgłosy dochodziły z jej wnętrza. Przechodząc przez coraz to większe strumyki płynące z gór i wielokrotnie przyjmujące formę wodospadów, co chwilę moczyliśmy w nich obolałe stopy.

UPRAGNIONY CAMPING

Miało być lekko a przeprawa do kolejnego campingu trwała w nieskończoność i nawet, gdy droga wiodła w dół bądź po prostym, nogi odmawiały posłuszeństwa a usta niejednokrotnie wypowiadały zakazane słowa:). Na szczęście odwracano naszą uwagę niezapomnianymi widokami. Prawie przez łzy staraliśmy się dojrzeć ukryte za dolinami chaty świadczące o kończącej się harówce dnia. W końcu dostrzegliśmy nasze wybawienie – wioskę ukrytą przed światem wśród gór tętniącą mimo swej dzikości życiem, a to za sprawą biegających po niej indiańskich dzieci.

Marzeniem było zdjęcie butów. W oczekiwaniu na solidną kolację siedliśmy w grupie na rozłożonych na wilgotnej trawie śpiworach. Fabian zagadywał informacjami o nietypowej roślinności, pokazując zerwane po drodze egzotyczne okazy, opowiadając o ich przeznaczeniu, nazwie i ciekawostkach. Dzięki temu wytrwaliśmy do pysznego posiłku. Na przekąskę i pierwsze zapchanie głodu przygotowano nam trochę „luksusu” nowoczesnego świata – popcorn i smażone placki smakujące niczym krakersy. Obfita kolacja znowu zakończyła się rozgrzewającym rumiankiem i głębokim snem w otaczającej nas głuszy. Dziś noc już była ciepła.

Dzień uwieńczony bez prysznica, bo tu również go nie było. Przerażająca była jedynie toaleta umiejscowiona wśród zagrody dla ciekawskich świń. Z latarkami na głowach i wytężonym wzrokiem pędziło się błotem na szybkie siusiu w drewnianej kanciapie.

Leave a comment

Make sure you enter the (*) required information where indicated. HTML code is not allowed.