czwartek, 30 kwiecień 2009

W KRÓLESTWIE CUZCO

Po minionej nocy okazało się, że wszyscy mieliśmy problemy ze spaniem spowodowane wysokością. Dlatego żywiliśmy nadzieję na odespanie w porannym autobusie do Cuzco. Niestety i tam się nie udało, bo: a to trzęsło, a to długo jechał i jakoś ogólnie nie wychodziło.

Śmieszne jak ten świat potwierdził się być małym… W Puno na terminalu znowu spotkaliśmy parę Izraelczyków poznaną w hostelu w Buenos Aires. Od tego czasu my spędziliśmy parę dni w Salcie (na północy Argentyny), przejechaliśmy Pustynię Solną Uyuni w Boliwii wracając przez Chile do Peru, odbyliśmy trekking w dół kanionu Colca, by następnie przybyć nad słynne jezioro Titicaca. Oni natomiast przejechali całą Boliwię, by od strony tego właśnie jeziora wjechać do Puno. Dalej chwilowo plan mieli podobny – podróż do Cuzco.

WESOŁY AUTOBUS

Podróż nim znowu stanowiła pewną niewiadomą. Dostaliśmy inne siedzenia niż te napisane na biletach, miało nie być przystanków a więcej być ich nie mogło.. i zamiast  sześciu godzin jechaliśmy osiem i pół. Na przystanku w Juliace wsiadły dwie umorusane peruwiańskie dziewczynki: trzy i sześcioletnia (tak na oko) i prawdopodobnie siostry. Dość szybko zainteresowały się moim zegarkiem. Młodsza zaczęła bawić się w konduktora i udawała, że sprawdza bilety. Podeszła do mnie i i z powagą wypowiedziała:

- Bilecik.

- Nie mam. - Odpowiedziałam smutnym głosem, oczywiście wczuwając się w rolę jej krótkiej sztuki:). Poza tym obawiałabym się, że dla zabawy jeszcze by mi go przerwała.

- Nie masz? - Odpowiedziała jeszcze smutniejszym głosem od mojego. Chyba nie takiej odpowiedzi się spodziewała. W autobusie zaczęto się śmiać a starsza dziewczynka mimo to udała, że bierze ode mnie niewidzialny bilet, przerwała i oddała. Poszła sprawdzać dalej:).

Sporo śmiechu mieliśmy również, gdy Lisowi zachciało się siusiu a autobus mimo wyposażenia w WC miał je.. zamknięte. Dzielny wytrzymał do granic możliwości i zszedł piętro niżej (bo to był autobus piętrowy). Okazało się, że nie było także przejścia do kierowców, więc przeraźliwym głosem zaczął krzyczeć jednocześnie waląc w drzwi „kokpitu”. Mimo że do tej pory kierowcy zatrzymywali się często po środku „niczego” i w szczerym polu, nie wiadomo było, kiedy zarządzą kolejny przystanek.

- Senor!!! Bano!!! (Proszę pana, WC !!!) – Wrzeszczał przeraźliwie Krzysiek. I tak po dłuższej chwili w końcu otworzyli, a ja dostałam ataku śmiechu słysząc go na górze.

Gdy dojeżdżaliśmy na miejsce za oknem pojawiły się niesamowite widoki. Otaczały nas soczyście zielone poletka, mnóstwo przedziwnych przypominających sycylijskie drzew (jednym słowem takie pionowe wierzby płaczące) oraz pola złocisto - żółtej kukurydzy. Nawet domki w mijanych wioskach wydawały się mieć ładniejszy wygląd - z czerwonymi dachówkami, jakby bardziej wykończone. Odnosiliśmy wrażenie, że prawo w Peru jest tak skonstruowane, że niedokańczanie domów pozwala im uniknąć płacenia podatków (jak na przykład w Egipcie). Niestety nikt nie potrafił nam tego potwierdzić.

Na terminalu znowu wypatrzyła nas jakaś właścicielka hostelu i za wynegocjowane czterdzieści pięć soli za trzyosobowy pokój znaleźliśmy ciekawe miejsce z tarasem, śniadaniem i w strategicznej lokalizacji, bo w samym centrum Cuzco. Po cenach, jakie nam przyszło płacić za hostel w Puno, teraz jeszcze łatwiej przychodziły nam negocjacje.

W KECZUA: PĘPEK ŚWIATA

Tak jak wspomniałam wcześniej, Cuzco jako dawne królestwo Inków było jednym z głównych punktów podróży turystów całego świata. Niepowtarzalny charakter kolonialnego miasta jakby wyrastał na fundamentach z kamieni postawionych tu przez przodków. Miasto stanowiło idealną bazę wypadową do największej atrakcji Peru, jak i jednego z cudów świata – Machu Picchu. Tak okrzyknięta stolica Inków zapewniała mnóstwo ciekawych atrakcji kulturalnych, obfitowała w huczne fiesty czy katolickie rytuały. Zostało uznane również za stolicę archeologiczną dwóch Ameryk.

W hostelu okazało się, iż oszklony taras, z którego mogliśmy korzystać o każdej porze dnia i nocy, znajduje się na dachu budynku a z jego okien rozpościera się wspaniały widok na całe Cuzco. Skorzystaliśmy z czajnika i zaparzyliśmy sobie a to herbatę a to kawę, na co kto miał ochotę. Nie minęła chwila jak na taras doczłapała się zasapana pracownica jednej z agencji turystycznych. Prawdopodobnie takie firmy od razu zyskiwały informacje o przyjezdnych do hosteli turystach chcących skorzystać z jakichś atrakcji, które miasto zapewniało. Kobieta okazała się bardzo sympatyczna i konkretna. Z góry wykazaliśmy zainteresowanie dwoma wyprawami: do Machu Picchu i ewentualnie do dżungli. Senora przedstawiła nam różne oferty. W przypadku trekkingu do Machu Picchu szczególnie zaintrygowała nas opcja czterodniowa połączona ze zjazdem na rowerze (lżejsza i krótsza) lub dłuższa – pięciodniowa i typowo trekkingowa. Opcję rowerową rozważaliśmy głównie ze względu na fakt, iż chcieliśmy wcześniej dokonać słynnego zjazdu rowerowego w stolicy Boliwii, La Paz. Niebezpieczna i ponad sześćdziesięciokilometrowa trasa przez dżunglę kusiła, ale brak komfortu spowodowanego przebywaniem na dużych wysokościach (z których Boliwia słynęła) oraz nieufność wobec jej tubylców i informacjach o niebezpieczeństwie wobec turystów, skłoniła nas do rezygnacji z eksplorowania tego kraju. Stąd też ta wersja mogła dać nam przedsmak tego, co nas ominęło. Z ostateczną decyzją mieliśmy się przespać i dać odpowiedź następnego dnia. Mimo wszystko cieszył nas fakt, że takiej wyprawy nie trzeba było „bookować” sobie z paromiesięcznym wyprzedzeniem, jak nas informowano zewsząd. Oczywiście taka sytuacja miała miejsce w przypadku INCA TRAIL – typowo archeologiczno-historycznej wersji ośmiodniowej. Nasza wcale nie miała być gorsza, a nawet stanowiła nowość i zachęcała egzotycznymi widokami oraz zmiennym krajobrazem. A my chcieliśmy uczynić z tego wyczynu prawdziwe wydarzenie. Chcieliśmy kontemplować te parę dni tułaczki o własnych siłach, by w końcu dotrzeć do wymarzonego przez nas zjawiskowego miejsca, jakim było Zaginione Miasto.

Tego dnia już nie pozostało nam nic innego jak zrobić sobie tylko krótki spacer o zachodzie słońca po pięknym Cuzco. Przechadzając się “kocimi łbami” mijaliśmy wąskie uliczki niczym na warszawskiej Starówce. Na jednej z nich zadziwił nas tłum gapiów wpatrujący się w ścianę, przed którą stał ubrany dziwnie mężczyzna, jak jakiś rycerz z bajki. Arturo wytłumaczył, iż w ścianę wbudowana jest skała o wielu kątach i wskazał nam ją. Zjawisko było o tyle dziwne, iż kamień stworzony został przez naturę. Dołączyliśmy do tłumu i zrobiliśmy sobie zdjęcie z tym “tworem”.

Główny plac stanowiły przepiękne katedry. Kamienne miasto uczestniczyło w kreacji mistycznego zjawiska przy romantycznie zachodzącym słońcu dającemu odcienie różu i fioletu przeplatanych z kolorami granatu i żółci. Po środku placu stała fontanna otoczona ławeczkami obsadzonymi przez tłumy tubylców i turystów. Całość opleciona była butikami, nowoczesnymi sklepami, ekskluzywnymi restauracjami i agencjami turystycznymi. Nie przyszło by mi do głowy, by uznać to miasto za element trzeciego świata.

Tu też zaszliśmy z ciekawości do paru punktów turystycznych zorientować się w cenach wypraw do Machu Picchu. Nie różniły się zbytnio od siebie. Chcieliśmy również poznać oferty lotów do Meksyku, bo rozważaliśmy przedostanie się do Ameryki Centralnej w ten właśnie sposób. Szlak Darrien nadal nie był „przejezdny”:), a nie znaliśmy jeszcze wtedy innych opcji dostania się czy to lądem czy morzem do Meksyku. Na koniec udaliśmy się na obiadokolację do jednej z knajpek usytuowanej tuż przy placu głównym. Znowu skusiliśmy się na „menu al dia” oferujące (za jedyne pięć złotych od porcji): pożywną zupę warzywno-ryżową oraz do wyboru: „trucha” (pstrąga) lub stek wołowy z ryżem czy frytkami.

Nie mieliśmy chęci wracać do ciemnego hostelu. Dalej eksplorowaliśmy tajemniczość zakamarków Cuzco. Jednak wyczerpani dniem wcześnie wróciliśmy do pokoju. A że odczuwałam dyskomfort w żołądku, Arturo zaproponował bym spróbowała jakiegoś eliksiru wyrabianego na ulicy a sprzedawanego przez starszą panią mijaną w drodze do domu. Przenośne stoisko obrastało w kolorowe butelki wypełnione różnymi galaretowatymi płynami. Babcia łączyła kiślowatą konsystencję napoju z herbatą z koki stale gotującą się na ogniu w metalowym garnku. Wybrano dla mnie miksturę na ból brzucha. Napój fajnie wypełniał żołądek swoją słodką ciepłotą. Chyba pomogło. 

NAJPIĘKNIEJSZE MIASTO PERU

Cuzco, jak każdą inną niesamowitą stolicę, można by odkrywać przez wiele dni a i tak nie poznałoby się jego wszystkich zakamarków. Krzysiek z reguły nie lubił spędzać wolnego czasu w mieście, ale dla tego zrobił wyjątek. Miejsce było magiczne. Duży jego obszar stanowiły zakamarki ze starodawną architekturą, brukowanymi drogami, tajemniczymi placykami i fontannami a całość otoczona była zielonymi wzgórzami. Każda uliczka, każdy budynek miały swoją historię i kryjąc odmienną tajemnicę. Dobrze się tu nam odpoczywało po prostu poznając kolejne jego detale za dnia jak i nocą. Przepych Cuzco umilał widok dzieci trzymających na rękach kózki czy dziewczęta przechadzające się ze swymi lamami w tradycyjnych strojach i za „moneda” pozujące do zdjęć. Wiedząc, że nie mogę obkupić się w te strojne pamiątki, nie odmówiłam sobie chociaż zachodzenia do przydrożnych butików czy większego marketu, by podelektować oczy przeróżnymi błyskotkami. Znalazłam jednak sposób na pozyskanie jakiejś pamiątki. Zakupiliśmy sobie z Krzyśkiem po zeszycie z ręcznie oprawionymi okładkami. Ja planowałam kontynuować pisanie notatek z podróży a Lisu postanowił przelać do niego swoje przemyślenia. W podróży ma się na to sporo czasu.. W każdym razie sami odpowiadaliśmy za swoje wybryki zakupowe wiedząc, że od tej pory będziemy je nosili na swoich barkach. Inną opcją były przeróżne korale czy bransoletki, które na szczęście szybko ozdabiały nasze ciała.

Gdy znowu dotarliśmy do Plaza de Armas okazało się, że odbywa się na nim kolejny festyn. Tym razem miało tu miejsce świętowanie dnia pierwszego maja – święta pracy. Plac obfitował w strojnie poprzebieranych tubylców występujących na scenie utworzonej przy głównej katedrze. Aby nie doszło do jakichkolwiek zamieszek otoczeni byliśmy kordonem policji. Lisa ciągnęło jakimś sposobem do munduru:), więc wyprosił służbistów o wspólne zdjęcie. A ja dopadłam dziewczynki z kózką i radośnie, płacąc moneciaka, i ze zwierzakiem na rękach, pozowałam do kolejnych fotografii.

Znając się na rzeczy a właściwie na przepysznach słodkich wyrobach tutejszych cukierników, zapragnęliśmy urządzić sobie drugie śniadanie właśnie w akompaniamencie takich słodkości. I nie wiem skąd ten niepisany zwyczaj, że straganowe babcie sprzedające wyśmienite łakocie pojawiały się na peruwiańskich ulicach dopiero pod wieczór. Akurat w porze popołudniowej musieliśmy odczuwać niedosyt cukru we krwi. Zeszliśmy okolicę stricte centrum przechadzając się koło mniejszych placyków trafiając na typową cukiernię. W końcu cukrowy głód został zaspokojony i spokojnie wróciliśmy na Plaza de Armas dokonując ostatecznego wykupu pięciodniowej wycieczki Salkantay Trek do Machu Picchu na następny dzień. Arturo wracał do Limy kolejnego dnia.

A wracając do planu dnia to… nie było żadnego planu:). Jednak ja chciałam skorzystać z miejsca jak tylko się dało. Krzysiek relaksował się w samotności na placu, wygrzewając w słońcu, a my z Arturo udaliśmy się w kierunku punktu widokowego na miasto i do posągu Jezusa patronującego Cuzco. Gdy wykończeni wdrapaliśmy się po stromych schodach prowadzących do celu, ku naszym oczom pojawił się cudny widok miasta z lotu ptaka. Po krótkim odpoczynku czekało nas jeszcze tylko małe podejście do posągu. Niestety nie dotarliśmy do Jezuska, bo nie posiadaliśmy biletu na cały pakiet atrakcji historycznych okolicy, a nie można było dokonać zakupu jednorazowego wejścia. Całość kosztowała siedemdziesiąt soli, więc to trochę dużo, by tylko podejść pod posąg. Popodziwialiśmy go z dołu i rozpoczęliśmy zejście.

Mijając domki z czerwoną dachówką, zwróciłam uwagę na dość częsty jego motyw dekoracyjny jakim były posążki dwóch byków. Arturo wytłumaczył, że przynosiły one szczęście właścicielom domostwa. Gdy na placu odnaleźliśmy się z Krzyśkiem, przespacerowaliśmy się do kolejnego, gdzie zasiedliśmy na piwie w akompaniamencie jakiegoś grajka. A że chmiel dość szybko uruchomił nasze soki trawienne, zgłodnieliśmy. Wyszukaliśmy super pizzerię parę kroków dalej. Trzeba przyznać, że są całkiem dobrzy w jej wypieku. Wracając do domu uśmialiśmy się widząc dość nietypowy widok. Przed starą kamienicą wystawione stały tablice szkolne z kolorowo opisanymi kredą filmami. Okazało się, że miejsce stanowiło kino, gdzie filmy puszczano z telewizora a zasiadało się na zwykłych krzesłach w paru odrębnych pokojach. Na topie było ewidentnie kino akcji:).

Następnego dnia czekała nas bardzo wczesna pobudka. O w pół do piątej podjeżdżał po nas autobus zbierający ekipę na Salkantay Trek. Musieliśmy się zatem porządnie wyspać a wcześniej spakować pozostały bagaż i zostawić w przechowalni hostelu. Z emocji ciężko nam było zasnąć. Zapewniano nas, że ten nowy wymysł marketingowy zachwyci nas bajecznymi widokami a nazwę wziął od śnieżnej góry Salkantay, pod którą mieliśmy spędzić pierwszą noc śpiąc w namiotach.

Leave a Reply

Your email address will not be published. HTML code is not allowed.