sobota, 25 kwiecień 2009

OASIS PALMITO, II DZIEŃ W KANIONIE

Obudziliśmy się jak w zegarku. Po porannej higienie udaliśmy się pod wiatę, gdzie czekało już na nas aromatyczne i energetyczne śniadanie. Nasz przewodnik, zaledwie dwudziestojednoletni, nie był kucharzem, ale dania pomagała przyrządzać mu właścicielka tego „hostelu”. Na talerzach czekały na nas omlety z bananem i dżemem, a do tego kawa z mlekiem. Kanion okryty był jeszcze cieniem, więc odczuwalny był lekki chłód. Poza wiatą otaczał nas ogród dzikich kaktusów.

Po dnie kanionu

O godzinie ósmej rano ruszyliśmy w podróż przez wioski na dnie kanionu. Zmierzaliśmy do kolejnej noclegowni – oazy zwanej Palmito. Wydawało się, że spacer nie będzie zbyt wyczerpujący, ale już po chwili czekało nas pionowe podejście, które zmieniało się następnie w zejście w dół i tak na przemian.

Bardzo osobiście przeżywałam te wiejskie klimaty, niespaczone jeszcze cywilizacją, pachnące naturą i takie dzikie. Mijaliśmy ludzi z gromadą osiołków, ucząc się schodzić im z drogi, by przypadkiem same nie pomogły nam z niej szybciej spaść. Przedzieraliśmy się przez kolejne wioski z rozpadającymi się chałupami, bez dachów bądź z naturalną strzechą, którą stanowiły pnące się tu rośliny. Pablo z zaangażowaniem pokazywał nam coraz to dziwniejsze odmiany flory opowiadając do czego służą tutejszym mieszkańcom. I tak wskazywał rośliny służące za naturalne repelenty tubylców (małe twarde kuleczki, którymi naciera się skórę), pasożytnicze stwory obrastające kaktusy a służące – po rozgnieceniu - za naturalny barwnik (kiedyś malowano nimi ciała, obecnie służyły do malowania na przykład ścian lub stanowiły składnik kremów). Dalej widzieliśmy aloes, którego w naturalnej postaci używa się tu do mycia. Były też drzewa figowe czy inne, których nazw nie sposób spamiętać o równie ciekawym i egzotycznym wyglądzie czy przeznaczeniu. Pablo pokazał nam drzewa z owocami niczym orzechy. Niestety były jeszcze zielone, więc nie mogliśmy ich spróbować. Jednak po południu zebrał ich dojrzałą formę i przyniósł żółtawe kuleczki do skosztowania ich gruszkowo-słodkiego smaku. Obierało się skórkę wyjadając złocisty środek aż docierało się do błyszczących niczym miedź brązowych pestek.

Moc kukurydzy

W końcu w wzmagającym się upale dotarliśmy do pierwszego przystanku w wiosce z domowym muzeum. Prowadziło je starsze małżeństwo zbierające „co łaska” za odwiedzenie ich posiadłości. Zostaliśmy bardzo ciepło przyjęci i ugoszczeni pod wiatą obrosłą dynią. Pan domu poczęstował nas swoim wyrobem – chichą przyrządzoną z kukurydzy. Trunek ten był jeszcze młody (nie zdążył sfermentować), gdyż nie przypominał smakiem piwa (jest traktowany jako napój alkoholowy) i na szczęście nie był wyrabiany w tradycyjny sposób, czyli poprzez rzucie i spluwanie do wiadra. Wyobraźnia mogłaby nie pozwolić nam skosztować ich wyrobu a tym sposobem moglibyśmy urazić gospodarzy. Oczywiście pierwsza kropelka lądowała na ziemię na cześć Pachamamy. Po wzniesieniu toastu przyszedł czas na wspólne zdjęcie i zwiedzenie muzeum. Gospodyni oprowadziła po wnętrzu przygotowanej do tego specjalnej szopie opowiadając o zwyczajach tubylców, ich spożywczych wyrobach i tradycyjnych ubiorach. Pokazywała naturalny sposób wyrobu mąki kukurydzianej – poprzez ręczne tarcie ziaren między dwoma głazami. Odmian kukurydzy jak i ziemniaków mają w Peru niezliczoną ilość a poza żółtą posiadają jeszcze na przykład czerwoną, białą czy czarną.

Po wyjściu z muzeum okazało się, że pod wiatę dotarli kolejni turyści – dwóch mężczyzn (Francuz i Polak mieszkający od dziewiętnastu lat w Niemczech). Zamieniliśmy słowo w ojczystym języku i ruszyliśmy dalej. Po drodze zahaczyliśmy o stoisko, na którym strojnie ubrana młoda dziewczyna sprzedawała dwie odmiany owoców kaktusa – zielone o smaku słodkiego kiwi i czerwone – po prostu słodkie. Cztery połówki owocu krojone na miejscu przez Peruwiankę kosztowały jednego sola.

Wzdłuż rzeki Colca

Krawędziami zbocza powoli zmierzaliśmy ku dołowi po grząskim podłożu. Żar stawał się nieznośny, a ciągłe zmierzanie w dół coraz bardziej nadwyrężało stopę Krzyśka. Mimo to byliśmy oboje dumni, gdyż po kontuzji kostki przemierzał ogromne odległości na własnych nogach nie korzystając z dodatkowo płatnej opcji, jaką była podróż na ośle.

Jeszcze tylko ostatnie kroki, by z suchego terenu przejść do egzotycznie porośniętych zboczy kanionu, po których spływały strumienie wodospadów. Szum rwącej Colca zbliżał nas do oazy. Przeprawa przez most i w akompaniamencie poznanych przed chwilą mężczyzn, którzy dogonili nas na końcówce, dotarliśmy do raju. Wydawać by się mogło, iż stworzona na potrzeby turystyczne ostoja wśród palm i basenów zupełnie nie będzie się komponowała w naturę tej niesamowitej przyrody. Jednak nie. Byliśmy zachwyceni.

Naturalne spa

Pablo wskazał nam nasz „pokój”. Stanowiła go niewielka chatka zrobiona z bambusów, z dwoma łóżkami wyściełanymi sianem i okrytymi kocami. Czuliśmy jak zapuchnięte i przegrzane stopy domagają się schłodzenia. Nie czekając na nic, szybko wskoczyliśmy w kostiumy kąpielowe i pobiegliśmy do basenu znajdującego się nieopodal. Woda była cudownie chłodząca. Rozłożyliśmy ręczniki na trawie otaczającej basen. Mogliśmy odetchnąć obserwując otoczenie. Oaza leżała na dnie kanionu otoczona czerwonymi bądź zielono-porośniętymi zboczami gór. Z oddali dochodził szum rzeki. Basen, z którego naturalnie wyrastała olbrzymia skała, w swoich niebieskich odcieniach idealnie komponował się w egzotykę tego miejsca. Każdy zakątek był zagospodarowany w bardzo przemyślany sposób. Po oazie rozrzucone były chatki z bambusa, w których mieszkali dwójkami turyści. Z jednych skał spływała woda stanowiąc naturalne prysznice, inne wiaty bambusowe stanowiły łazienki, z palm wyrzeźbione stały stoliki i krzesełka, a gdzie indziej jeszcze postawiono drewnianą wiatę służącą za kuchnio-jadalnię.

Trzeba było uzbroić się w wyrozumiałość i bezwstydność, bo gdy chciało się skorzystać z toalety, trzeba było liczyć się na niespodziewanego gościa, który nie dopatrzył się przez luźno poukładane kawałki bambusa osoby z niej korzystającej. Podczas takiego właśnie dłuższego posiedzenia, Krzysztof został pozdrowiony przez przechodzącego turystę słowami „hola”. Nie pozostało mu nic innego jak grzecznie odpowiedzieć. Coś, co z natury krępuje, stało się tu jak najbardziej naturalne i zwyczajne.

Błogo spędzaliśmy czas zabawiając się z pobliskim psiakiem, przypominającym wyglądem tego z bajki o Asterixie i Obelixie. Szczeniak zabierał Krzyśkowi klapki i uradowany uciekał goniony przez zainteresowanego. Za chwilę Pablo zawołał nas na kolejny pyszny dwudaniowy obiad, który skonsumowaliśmy w towarzystwie nowych znajomych, a potem wspólnie udaliśmy się na basen. Jakub (Polak) razem z poznanym w podróży Francuzem sami zorganizowali sobie wyprawę w dół kanionu. Nie mógł pojąć jak Peruwiańczycy zyskują na takich turystycznych atrakcjach. Ich samodzielna wyprawa kosztowała więcej niż ta wykupiona przez nas w agencji. Dodatkowo musieli sami zadbać o prowiant i dojazd do wiosek, z których rozpoczynali bądź kończyli trekking. A trzeba przyznać, że Peru również rozciągało się dość pokaźnie, więc często dotarcie do takiej atrakcji turystycznej wymagało przemierzenia nawet setek kilometrów przez bezludne przestrzenie.

Koledzy nie mogli spędzić tej nocy w oazie. Zbrakło tu miejsc a nie mieli ze sobą namiotów. Czekał ich nie lada wysiłek, gdyż podejście w górę kanionu było bardzo strome, średnio zajmowało około czterech godzin a oni już dziś na nogach parę godzin przemierzyli, więc ostatkiem sił, póki nie zastał ich zmrok, musieli opuścić osadę.

My za to spokojnie czekaliśmy wieczoru. Ja pisałam pamiętnik siedząc na krześle wyrzeźbionym z palmy i delektując się „vino tinto” Gato Negro, a Lisek z tym samym trunkiem siedział na skale przy basenie i słuchał mp3. Szliśmy spać za chwilę po nadejściu zmroku i kolacji, gdyż i tu nie było światła.

Leave a Reply

Your email address will not be published. HTML code is not allowed.