21 Kwi

AREQUIPA, CZYLI BIAŁE MIASTO

 O Peru marzyłam od zawsze. Skąd to się wzięło w mojej głowie, że tak podświadomie pchało w te rejony świata? Nie potrafiłam tego wytłumaczyć, choć z każdym krokiem pokonywanym na tej tajemniczej ziemi, każda cząstka mego ciała czuła się jak u siebie, jakby kiedyś już tu była i odwiedzała stare zakamarki. Gdyby nie fakt, że lek na katar zwalił mnie z nóg, a pokonywanie kolejnych odcinków aż do terminalu autobusowego w Tacnie odbywało się jakby za mgłą, tupałabym z podniecenia i niecierpliwości nogami. Otumaniona kroczyłam za mężem podejmującym za naszą dwójkę decyzje odnośnie kolejnych transportów i docelowych miast na mapie mojego upragnionego Peru. Wiedziałam, że to chwilowe, a zaraz pałeczkę w organizacji tułaczki po różnorodnej krainie odda mnie. Muszę tylko dojść do siebie.

Badanie nowego terenu

W ciszy, choć z narastającą wewnątrz euforią, obserwowałam pustynne szarawe, a potem czerwonawe pustkowia zza okna taksówki. Chociaż samochód bynajmniej jej początkowo nie przypominał. Ot, prywatne auto pozostawione gdzieś luzem na parkingu obok stacji. Do środka zapakowaliśmy się z dwójką pozostałych podróżników, więc strach o życie odszedł. Pozostały niekończące się widoki piaskowych wydm, murowanych miasteczek a w oddali po horyzont roztaczały się wody oceanu. W głowie pojawiały się jakby pourywane klatki starego filmu z dzieciństwa. Przecież mnie tu wcześniej nie było? A jednak czułam, jakbym właśnie tu przyszła na świat. Po raz pierwszy widziane twarze Latynosów, a jednak rodzime, nieznana kultura, a jednak jak własna, ojczysta. Byliśmy u siebie. Tu nie mogło się nam nic złego przytrafić. Nie przypuszczałam tylko, że wśród „prawie-rodaków” niecelowo będziemy czuli się jak bogacze.

Wygląd terminalu autobusowego w Tacnie przyćmił początkowe wyobrażenia o kraju. Na pierwszy rzut oka Peru nijak nie przypominało biednego państewka Ameryki Południowej. Właściwie nie wiedzieliśmy, co myśleć.

- Sto lat za Murzynami… kto to wymyślił? Przecież tu jest ładniej od niejednej warszawskiej stacji. – Zaskoczona rozglądałam się po kolorowym nowoczesnym budynku otulonym wianuszkiem małych sklepików, kantorów i uśmiechniętych ludzi. – A w toalecie spodziewałabym się obskurnych warunków… - Będących znanym obrazkiem polskich realiów. Krzysiek wyglądał na równie zaskoczonego i potakując głową z uśmiechem przeliczał zakupione przed chwilą peruwiańskie sole.

- No, Sarenko. Nie będziesz już miała problemów z przelicznikiem. Sol niemalże równa się złotówce. – Zasiedliśmy na czystych ławkach w oczekiwaniu na autobus do Arequipy. Gdy wywołano nas do dwupoziomowego luksusu na czterech kółkach, zmarszczyłam czoło usilnie próbując sobie przypomnieć, gdzie to ja jestem. Czy oby na pewno nie w Europie?

W „białym mieście” poszło sprawnie. Z tłumu taksówkarzy garnących się do nas niczym lep na muchy, wypatrzyliśmy najmniej aktywnego nawoływacza, a jego wybór kosztował nam niemalże służalcze traktowanie. Skromny i umęczony nieustającym gorącem dnia „señor” zaproponował podwiezienie w okolice Plaza de Armas wskazując parę ciekawych cenowo hosteli. „Bogacze” wręczyli wdzięcznemu Peruwiańczykowi dziesięć złotych uznając, że nie zbiednieją a człowiekowi dobrze z oczu patrzyło. Hombre był dozgonnie wdzięczny niejednokrotnie wydzwaniając później do hostelu, by spytać o nas, oferując usługi przewodnicze czy zwykłe transportowe. Dwa dni później z głupia franc upewniliśmy się w przydrożnej informacji turystycznej o ceny taksówek.

- Nie powinniście zapłacić więcej niż trzy sole. Praktycznie za każdy kurs w obrębie bliskiego centrum tyle zapłacicie. Jak więcej, to się targujcie, albo nie wsiadajcie. – No to przepłaciliśmy. Nasze głupkowate miny mówiły same za siebie.

- A co, stać nas. – Rzucił ironicznie mój „bogaty” mąż, bo co mógł zrobić?

- A my jeszcze hojnie dorzuciliśmy pięć soli. – Kręciłam głową śmiejąc się z naszej niewiedzy. Trzeba zaoszczędzić, skoro Peru stwarza takie warunki. Każdy odłożony „grosz” to wydłużenie podróży o kolejne niezapomniane chwile. Uczyliśmy się na błędach.

Rozejrzałam się dookoła. Marmurowe zaplecze hotelu bynajmniej nie przepowiadało ceny, jaką przyszło nam zapłacić za pokój. Białe schludne pomieszczenie z ogromnym łożem małżeńskim, łazienką, własną kablówką oraz ogólnodostępnym ogrodem, gdzie pod parasolkami serwowano wliczone w cenę śniadania, zmuszało do przypomnienia sobie, ile za to zapłaciliśmy. Czy oby na pewno trzydzieści złotych od osoby? Czas pokazał, że wydając taką sumę na nocleg ewidentnie nie szanowaliśmy pieniędzy. Zmiana kraju narzucała pewne standardy i trzeba było do nich przywyknąć. Te były całkiem przyjemne. Byliśmy zaskoczeni taniością miejsca, na każdym etapie wyjmowania soli z portfela przecierając ze zdumienia oczy. Mijając, podczas popołudniowego spaceru po Arequipie, jedną z domowych knajpek uznałam za żart wystawione na zewnątrz menu: „ 2-3 sole za menu al dia”.

- Dwa albo trzy złote za dwudaniowy obiad? Jak się to im opłaca? – Zaglądałam przez okna restauracyjki o standardzie baru mlecznego. – Czuję, że będziemy się tu żywić, bo gotowanie samemu nie ma w Peru sensu. Najesz się do syta babcinym posiłkiem i jeszcze kompot na popitkę podadzą. – Znowu zatopiłam się we wspomnieniach dziecięcych lat, gdy rarytasem kulinarnym u jednej czy drugiej babci była pajda białego chleba z masłem i solą albo w lepszej wersji: z cebulą lub czosnkiem. Aż dziwne, że dzieci się tym zajadały. Uśmiechnęłam się na samą myśl i postanowiłam kontemplować architekturę wulkanicznego budownictwa Arequipy. Wzdłuż wąskich uliczek ciągnęły się barwne starodawne budowle, droga korkowała się maleńkimi żółtymi taksówkami stanowiącymi formę transportu miejskiego a ruchem kierowała gwiżdżąca przez gwizdek policjantka. Zbliżał się zmrok a my dotarliśmy do majestatycznego Plaza de Armas. Magicznie oświetlony plac zachwycał pięknymi palmami, kwiatami różnych odcieni, a otoczenie budynków w kolonialnym stylu i nieustającego tłumu ludzi, mimo tak późnej pory, stwarzał wrażenie niekończących się wakacji. I jeszcze to wieczorne letnie ciepło, które pozwalało spacerować w koszulce na krótki rękaw i bez gęsiej skórki na ciele. Po środku stała podświetlana fontanna, nad którą latały chmary gołębi a wokół stały ławki zajęte co do jednego miejsca przez tubylców odpoczywających po pracowitym dniu. Wszechobecny krzyk bawiących się dookoła dzieci potwierdzał tylko, że tu tętniło życie Arequipy.

Powiew luksusu

Czuliśmy się panami życia i chwilowo bogaczami. Ale w tym pozytywnym znaczeniu. Bez obnoszenia się z majętnością, bez wywyższania się, bez wyuczonej pewności, że coś się należy z samego faktu grubego portfela. Tu bardziej chodziło o możliwość odłączenia się od myśli nieustającego oszczędzania, przeszukiwania pozycji w restauracyjnym menu, co jest tańsze i co z sumieniem można zamówić. Przykładów można by mnożyć mnóstwo. Nam sprawdziło się podczas ostatniego posiłku tego dnia, czyli kolacji skonsumowanej na piętrze kamienic z urokliwymi sukiennicami okalających główny plac miasta. Nawet najbardziej ekskluzywnie wyglądający lokal oferował zestaw pyszności za jedyne piętnaście soli od osoby, obsługę samego właściciela restauracji kłaniającego się w pół oraz widokiem na rozświetloną Plazę. Jedynym wyznacznikiem otaczającej nas peruwiańskiej biedoty byli żebracy podchodzący do zajętych przez klientów stolików, których sprawnie przepędzali pracownicy knajp. Na usłanym solidnie wykrochmalonym białym obrusie wylądowała karafka czerwonego wina oraz dwudaniowa kolacja. Na samą myśl o spróbowaniu peruwiańskich nowości skręcało mnie i z niecierpliwością oczekiwałam dań z alpaki. Mięso tej odmiany lamy smakowało niczym żylasta, chuda wołowina.

Zaczynał się leniwy słoneczny dzień. Marzyłam o takim. A gdy leżący obok Krzysiek jeszcze słodko chrapał, postanowiłam urządzić sobie „dzień piękności”, na który w podróży zbrakło czasu. Gorący prysznic, manicure, pedicure, a na koniec odpoczynek na tarasie wśród pierwszych promieni słońca. Błogie samopoczucie nie opuszczało, gdy na ogrodowy stolik zawitała jajecznica z chrupiącymi bułeczkami, dżemem oraz świeżo wyciskanym sokiem z egzotycznych owoców. Po niebiańskim początku dnia, czekała nas kawa z ekspresu.

Organizacja wyprawy do Colca

„Białe miasto” stanowiło dla nas bazę wypadową do największej pobliskiej atrakcji turystycznej, jakim zdecydowanie był trekking w głąb najgłębszego kanionu świata – Kanionu Colca. Nie spodziewaliśmy się, iż Arequipa nas tak zachwyci. Przewodniki raczej nie rozpływały się w jej walorach, nie wspominając już o reklamie słynnego kanionu. Mimo to oblecieliśmy większość agencji usianych w centrum miasta, by zorientować się w cenach wyprawy i ewentualnie rozważyć jej organizację na własną rękę. To drugie w ogóle się nie opłacało, co w europejskich warunkach stanowiło odwrotność. Szczęśliwi wracaliśmy do hotelu umówieni o świcie z przewodnikiem, który miał zabrać nas z obecnego lokum na trzydniowy trekking. W podnieceniu zakupiliśmy parę litrów wody i parę przegryzek. Pozostały prowiant wliczony był w cenę. Cała otoczka związana z przygotowaniami do egzotycznej wyprawy dodatkowo wzmagała adrenalinę. Skrupulatnie przemyśleliśmy podział potrzebnego ekwipunku na dwa plecaki. Krzyśkowi przypadł większy. Ja miałam dźwigać mniejszy choć równie ciężki, bo wypełniony po brzegi butelkami wody. O kondycję się nie baliśmy. Ja o swoją skrupulatnie dbałam w kraju a w trakcie miesięcznej już podróży byliśmy zdani na własne nogi i nieustanne spędzanie czasu na świeżym powietrzu.

Chłonęliśmy pozytywną aurę Peru. Poza magicznymi zakątkami, swoją otwartością i dobrocią zadziwiali tubylcy. Przy kawie z ciastem czekoladowym, na który zasiedliśmy przy Plaza de Armas, przygrywało nam paru grajków. W okolicach Monasterio Santa Catalina zaczepiła nas sympatyczna policjantka z tak zwanej policji turystycznej uprzedzając przed ewentualnymi niebezpieczeństwami czyhającymi na nieświadomych turystów. Najważniejszym okazało się omijanie ciemnych zakamarków o zmroku. Ale to czuliśmy podświadomie i w kościach. Po romantycznym obiedzie, na który wdrapaliśmy się gdzieś na dachy jednej z kamienic obserwując Arequipę z lotu ptaka, wróciliśmy do pokoju. Krzysiek, zresztą ze wzajemnością, zachwycił się upodobaniami muzycznymi hotelowego recepcjonisty nieustająco puszczającego hiszpańskie przeboje dawnych lat. Po chwili, odniosłam wrażenie, byli już zaprzyjaźnieni a chłopak w euforii zgrywał Lisowi na mp3 niezliczone ilości piosenek. Wieczór spędziliśmy zasłuchując się w historiach o Peru. Mimo młodego wieku, przejawiał wyraźnie patriotyczne zapędy. Było bardzo przyjemnie. Staraliśmy się, by tubylcy dobrze czuli się w naszym towarzystwie i oby, bynajmniej, nie czuli się gorsi czy biedniejsi. Co to to nie!

Leave a comment

Make sure you enter the (*) required information where indicated. HTML code is not allowed.