poniedziałek, 20 kwiecień 2009

SAN PEDRO DE ATACAMA

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Mimo późnego popołudnia żar lał się z nieba a okolica wydawała się być wtopiona w rozpaloną piaskowo-ceglastą pustynię. San Pedro było stworzone na wzór miasteczka westernowskiego, z niską zabudową, drewnianymi knajpami i wszędzie unoszącym się kurzem.

Mimo późnego popołudnia żar lał się z nieba a okolica wydawała się być wtopiona w rozpaloną piaskowo-ceglastą pustynię. San Pedro było stworzone na wzór miasteczka westernowskiego, z niską zabudową, drewnianymi knajpami i wszędzie unoszącym się kurzem.  Było zdecydowanie europejsko, a ceny na nowo przyprawiły nas w osłupienie. Pomyślałam, że za komfort i wszystko podane na tacy płaci się słono. Oferty “naganiaczy hotelowych” tylko nas w tym utwierdziły. Opuściliśmy na dobre tanią Boliwię. Brak rezerwacji okazał się być problemem dla oszczędności, bo tylko taka opcja umożliwiała negocjacje. Nie pozostawało nam nic innego jak przebrać trochę w tutejszych noclegowniach. Z przytłaczającym ciężarem na plecach i w dość grubych jeszcze ciuchach przemierzaliśmy na piechotę okolicę. W końcu zasiadłam z całym ekwipunkiem na głównym placyku przyjemnie ocienionym przez wielkie drzewa. Krzysiek wyruszył w poszukiwaniu, właściwego na naszą kieszeń, hostelu. Prawdopodobnie chodziłby tak, szukał i negocjował, gdyby nie spotkał zaprzyjaźnionych w autobusie Brytyjczyków. Ci zdążyli już rozlokować się w “zabukowanym” wcześniej hotelu, który z ulicy bynajmniej go nie przypominał.

- Słuchajcie, u nas został jeszcze jeden pokój, z tego co słyszałem. Miejsce fenomenalne i niedrogie. Na pewno będziecie zadowoleni! – Widać było radość na ich twarzach, że choć w najmniejszym stopniu są w stanie odwdzięczyć się za poranną pomoc medyczną. Dziewczyna wyglądała kwitnąco, jakby żadna dolegliwość już jej nie dokuczała. Hostel stanowiły pokoje, których wejścia wychodziły na ogólnodostępne patio. Tu też znajdywały się łazienki, pralnie, kuchnia a obok przez ogród wchodziło się do prywatnej restauracji hostelowej. Na drzewach zarzucone wisiały hamaki oraz ceramiczne brzdąkające na wietrze dzwoneczki. Udało się! Był ostatni pokój. Z reguły kobieta nie wynajmowała ich turystom z ulicy.

Miłe towarzystwo

- Sarenko, odpocznijmy w tym luksusie dwa dni a nocą zaoszczędzimy na hostelu i pojedziemy w kierunku Peru. – Zaproponował Lisu, który wypatrzył się na rozkładzie jazdy autobusów Tur Bus jedynego kursu zmierzającego do miasta granicznego Arica. Ten jechał do Peru tylko w nocy.

- Z miłą chęcią. Co prawda czekałam na ten moment bardzo długo, ale chwila relaksu nam się przyda. Marzę o nieustających kąpielach, myciu zębów kranówą i swobodnym oddychaniu nieutrudnianym bólami migrenowymi. – Faktycznie Peru z niewiadomego powodu siedziało w mej głowie odkąd sięgam pamięcią. Trzęsłam się z euforii na myśl, że jeszcze tylko chwila, a będę mogła je poznawać tygodniami. Rozmarzeni szliśmy wąskimi, głośnymi uliczkami, na które tłumnie przybywali młodzi plecakowicze z całego świata. Gdzie tylko knajpa witała otwartymi drzwiami, na zewnątrz wydobywały się odgłosy dźwięcznej muzyki na żywo, zapach zbliżającej się restauracyjnej kolacji czy żar ognisk palących się po środku niezadaszonych wnętrz. Zmrok przynosił ze sobą diametralne ochłodzenie, więc nim zdążyliśmy zdecydować się na ogrzanie w jednej z artystycznych knajpek, uraczył nas przyjemny widok znanych twarzy. Francuskie gęby śmiały się od piwa, a jeszcze bardziej, gdy nas ujrzały. Nie widzieliśmy się zaledwie pół dnia, ale przekonanie, że już na pewno się nie zobaczymy, pozytywnie nas zaskoczyło. Chłopcy raczyli się chilijskim piwem, z radości kupując żółty napój dla nas. Nocą żegnali jednego ze swoich kompanów – Benoit, który wracał do Santiago do Chile. Od półtora roku pracował tam i mieszkał.

- To jaki chłopcy plan? – Zapytałam, gdy z rozrzewnieniem rozstawaliśmy się na terminalu z najwyższym z nich.

- Ja chętnie dowiem się na własnej skórze, czy Polacy mają takie mocne głowy. – Rubasznie przekomarzał się blondwłosy Vincent.

- Możecie się zdziwić... – Zaśmiewałam się z utartego stereotypu wpatrując się już w bogate w alkohole półki sklepu nocnego. Kącik ust jeszcze bardziej mi zadrgał na myśl o opinii na temat Francuzów. “Żabojad i brudas!” – Usłyszałam kiedyś. Ten drugi obrazek trochę potwierdził się na Salar de Uyuni, więc go im nie przypominałam:).

Po chwili z wysokoprocentowym “polskim napojem” zasiedliśmy, jak za starych szalonych lat na ławce w parku. Podczas przyjemnego rozbawionego wieczoru pod chmurką towarzyszyły nam bezdomne psy, które liczyły na jakiś kąsek a zbliżających się przechodniów oszczekiwały traktując nas już jako swoich właścicieli. Miny zrzedły, gdy z oddali i ciemnych odmętów wyłoniły się mundurowe postacie. Przeżyliśmy chwile grozy, bo okazały się one policjantami we własnej osobie.

- Dobry wieczór. A co Pan tu pije? Soczek?? - Retorycznie pogrywał policjant podchodząc do Arnaud, biorąc od niego kubek plastikowy z drinkiem i wąchając.

- Nie, alkohol… - Pewnie odpowiedział Arnaud, wiedząc że tylko prawda może nas ocalić.

- A wiedzą Państwo, że w miejscu publicznym nie wolno pić alkoholu? – Twarz mężczyzny przybierała surowszy wyraz.

- Nie wiedzieliśmy, przepraszamy. - Przerażeni konsekwencjami spożywania alkoholu w miejscu publicznym w obcym kraju decydowaliśmy się na otwarte karty udając mało rozgarniętych. Skończyło się tylko na pouczeniu, więc w oka mgnieniu zniknęliśmy z „miejsca zbrodni” pozostawiając po sobie tylko tumany kurzu. Wygłodniali zakończyliśmy wieczór na obiadokolacji serwowanej w formie znanego „menu al dia”. Podczas gdy my – jako porządne i wymęczone małżeństwo – wróciliśmy do hostelu na zasłużony sen, chłopcy podjęli się zadania poznania wielu pięknych Chilijek. Zasypiałam trzymając za nich kciuki. Nazajutrz spędzaliśmy ze sobą ostatnie chwile. Plan był ambitny – dzień na rowerach. I jakby od niespodzianek ta doba kipiała, tak nad ranem na ustach wyrosła mi ogromna boląca opryszczka. Mało było mi strupów w nosie od przeciągającego się kataru, to musiała mi na buzi wyskoczyć jeszcze taka „dekoracja”.

Wyprawa rowerowa w głąb pustyni

- Zaraz umrę na suchoty… - Dyszałam zlana potem zerkając na czerwone od plam twarze chłopaków. Nie wyglądali lepiej. Przystanki urządzaliśmy sobie co chwilę, popijając ostatnie krople kończącej się z każdą sekundą wody. W plecakach dźwigaliśmy po litrowej butelce cennego na pustyni napoju.

- A ja zwymiotuję. – Krzyśkowi prawie brakło tchu, by obwieścić mi tą niesamowitą nowinę. Żar lał się z nieba chyba najbardziej spośród wszystkich dni spędzonych na niekończących się pustkowiach. Powoli żałowaliśmy, że w samo południe zdecydowaliśmy się na rowerową wycieczkę w głąb skamieniałego czerwonego wąwozu. W ten sposób mieliśmy uczcić ostatni dzień wspólnie spędzonego czasu z Francuzami. Na wieczór planowaliśmy nocną podróż autobusową do upragnionej granicy z Peru, a nowi przyjaciele po trzech dniach atrakcji, jakie oferowało San Pedro, wracali do stolicy Chile, gdzie kończyli swoją prawie miesięczną tułaczkę. Okolice San Pedro de Atacama szczyciły się iście pustynnymi klimatami, mimo górskiego otoczenia. Łudziliśmy się, że te wysokie potwory chociaż utworzą odrobinę cienia wzdłuż bajkowej scenerii. Nie dały.

- Kurcze, pędzimy do tych pojedynczych krzaczków czy drzew w nadziei na chłodniejszą temperaturę, a za każdym razem jest podobnie… - Próbowałam wykrzesać choć trochę śliny, by nawilżyć spragnione gardło.

- A wy chociaż poznaliście jakieś piękne Chilijki wczoraj? – Krzysiek z przekąsem wypytywał Vincenta i Arnaud o nocne podboje. Śmieliśmy się wszyscy, dobrze poznając realia i samych chłopaków podczas tych wspólnych dni. Jakiś zadziwiający wstyd ogarniał tych dwóch w relacjach damsko-męskich, chociaż świetnie radzili sobie z wyśmiewaniem swoich niedociągnięć. Wieczór zakończył się dla nich właściwie kompletnym zanikiem pamięci a obecnie klęli pod nosem, że kac nie pozwala skupić się na mozolnym pedałowaniu w masakrycznych warunkach.

Gdyby San Pedro de Atacama mogło obejrzeć się w lustrze, jego odbicie przypominałoby bogatsze i droższe wydanie Uyuni. Trzeba przyznać, że luksusem w żaden sposób nie przypominało boliwijskiego miasteczka. Jednak oferty wycieczkowe sprowadzały się do podobnych atrakcji, a ceny wielokrotnie przewyższały te po stronie ubogiego sąsiada. Stąd również można było odbyć wyprawę na Salar de Uyuni, bądź zdecydować się na chilijski odpowiednik solnej pustyni zwanej Salar de Atacama. Okolice oferowały podróże do pobliskich wulkanów: Sairecabur – 6040 m n.p.m., Lascar – 5600 m n.p.m. czy Toco – 5604 m n.p.m., gorących gejzerów oraz dolin o magicznych nazwach. Wypalona od słońca pustynia stwarzała również okazję do słynnych tu zjazdów na deskach z wydm piaskowych (tzw. sandboarding), czy podróże rowerowe w głębi skamieniałego wąwozu. My zdecydowaliśmy się na to ostatnie, chcąc choć odrobinę odczuć klimat Atacamy. Po szybkim miasteczkowym rekonesansie, podczas którego dotarliśmy do starego białego kościółka z grecko-niebieskimi masywnymi drzwiami - Iglesia San Pedro oraz Paseo Artesanal, czyli pasażu wśród egzotycznych knajpek i butików oferujących peruwiańskie swetry z lamy, ręcznie wyszywane lalki czy bajecznie kolorowe torby, uznaliśmy, że warto zażyć trochę sportu. Magia nazw miejsc na skserowanej mapce wąwozu, w którą nas uposażono wraz z rowerami, nakręcała do zobaczenia niemalże wszystkich. Realia okazały się okrutne a pomysł rowerowej przeprawy w pełni południa i palącego z nieba słońca bezlitosnej pustyni utrudniał realizację dalekosiężnych planów. O ile wybór pory dnia nie był trafiony, tak dobrze chociaż, że przygotowani byliśmy prowiantowo i pitnie do tego wyczynu. Byliśmy wyczerpani, lecz widoki rekompensowały nieziemski wysiłek. Mimo tak suchego terenu wąwóz obrośnięty był niesamowicie zieloną roślinnością. Krętą drogę co jakiś czas przecinał rwący i, z każdym kilometrem, coraz głębszy strumień rzeki. Na początku staraliśmy się ją jeszcze przejechać bez umoczenia nogi, ale potem uznaliśmy to za dodatkowe karanie samych siebie, po chwili odkrywając ogromną przyjemność z maczania się w jej chłodzie. Na bosaka, w klapkach czy pełnych butach pokonywaliśmy jej kolejne zakręty.

W końcu do Peru!

- Nie czuję stóp i telepie mnie z zimna. – Nakrywałam na siebie kolejne warstwy ubrań bujając się do snu na ogrodowym hamaku hostelu. Gdy słońce zaczęło powoli chować się za góry, roztaczając dookoła połacie upragnionego cienia, podjęliśmy się przyjemnemu powrotowi do domu. W miasteczku rozstaliśmy się z Francuzami na parę godzin, by pod wieczór po raz ostatni widzieć się na terminalu autobusowym San Pedro. Po pysznym obiedzie spałaszowanym w okamgnieniu w hostelowej restauracji, spoczęliśmy w ciszy na hamakach. Wieczór przynosił przeszywający chłód, a aktywny dzień wypruł nas z wszelkich pokładów energii. Moje przeziębienie nie przechodziło, a jakby się potęgowało. Z nosa ciurkiem leciało mi wiadro zarazków, więc w drodze na dworzec autobusowy zaszliśmy do punktu aptecznego zakupić mi coś na katar. Specyfik zwalił mnie z nóg na tyle, że jak tylko zasiadłam w nocnym transporcie, tak obudziłam się na siłę dopiero przy granicy z Peru.

Wyświetlony 950 razy
Więcej w tej kategorii: « CIEŚNINA MAGELLANA I PINGWINY

Leave a Reply

Your email address will not be published. HTML code is not allowed.