wtorek, 14 kwiecień 2009

PRZEKRACZAMY GRANICĘ Z BOLIWIĄ. UYUNI

 Z niewzruszoną miną, odziany w służbowy mundur, celnik przeglądał starą księgę z istotnymi informacjami. Szukał na liście Polski i danych wizowych. Palec zatrzymał się na wybrudzonym papierze, zamknął z hukiem informator, i równie bezemocjonalnie wbił nam w paszportach wizę. O nic nie pytał. Lekko pchani tłumem oczekującym w niekończącej się kolejce, głównie Izraelczyków, wkroczyliśmy na tereny Boliwii i pierwszej z rzędu wioski – Villàzon. Tak jak nas uprzedzano, musieliśmy na piechotę pokonać odcinek od granicy w La Quiaca, której autobus już nie przekraczał. Mimo wielu autobusów wypchanych po brzegi turystami, podjeżdżających pod to „niepewne” miasteczko, wszystko poszło sprawnie i – ku naszemu zaskoczeniu – bezpiecznie.

Sprzeczne informacje

- Przepraszam, daleko do pociągu? – Zapytałam stojących pod celniczą budą dwóch policjantów niewzruszenie wypalających kolejne papierosy.

- Trzy przecznice, ale pociąg już odjechał. – Niepytani o docelowe miejsce, z góry znali na wszystko odpowiedź.

- To niemożliwe. – W panice wyszukiwałam w przewodniku potwierdzających moją wersję informacji, spoglądając jednocześnie na Krzyśka, jakby zaraz miał mnie za to skarcić.

- Dobra, nie stresuj się. Jak pojechał, to pojechał. Wynajmie się tu jakiś pokój na noc a jutro będziemy myśleć. – Lisu powoli zmierzał do pierwszego lepszego kantoru. Wiadomo wszem i wobec, że kurs na granicy zawsze jest zawyżony, ale musieliśmy dysponować choć najmniejszym groszem. Podczas gdy on wymieniał dolary na boliwijska walutę, ja radośnie dopatrzyłam się istotnej dla nas informacji. Nie uśmiechało mi się nocować w tej dziurze. Dzięki konieczności przestawienia wskazówek zegarków o godzinę wstecz, zyskiwaliśmy czas na dotarcie na stację i tym samym, zdążaliśmy na pociąg.

Z garstką bolivianos w kieszeni rozpoczęliśmy mozolny i niekończący się spacer owymi trzema przecznicami.

- Kurde …, on na pewno powiedział trzy „kwadraty”? – Powoli lało się ze mnie wiadrami, mimo odczuwalnej rześkości powietrza. Dodatkowo słońce jakby dotykało swoimi rozżarzonymi końcami naszych twarzy nieprzygotowanych zupełnie na to starcie. Zero kremu, zwiększający się wysiłek i walka z ogromnym ciężarem jakby coraz cięższego bagażu, były ponad nasze siły. – Chryste, padnę na tym zakurzonym zadupiu! Minęliśmy już co najmniej pięć przecznic. Obawiam się, że on powiedział trzynaście. – Przerażenie wzmogło się, gdy dotarło do mnie, co wypowiedziałam przed chwilą. Na granicy aż roiło się od taksówek, a po drodze nie było żywego ducha, nie wspominając już o pojazdach. Przemierzając drogę bez końca, spokojnie u naszego boku pojawiła się samotnie podróżująca Belgijka. Jasnowłosa dziewczyna przywarła do nas ze swoim krokiem aż do odjazdu pociągu, podzielając ciężar swojego plecaka. Mam wrażenie, że przeszliśmy około trzech kilometrów. Ta droga była walką o przetrwanie. Dotarliśmy!

Pociągiem do Uyuni

- Nie czuję pleców! – Krzysiek rzucił plecak gdzie popadło na stacji upchanej po pachy pozostałymi wykończonymi backpackerami. – Jakoś dziwnie mi się oddycha. Jakbym miał płytki oddech. Dziwne.. – Paplał już sam do siebie jednocześnie orientując się w miejscu i stając w kolejce po bilety za naszą nową znajomą. Mi zbrakło tchu na cokolwiek. Rozwaliłam się na bagażach rzuconych gdzieś w kąt i swoim ciałem chroniłam przed ewentualną kradzieżą. Ale sądząc po twarzach nikt nie dałby rady ruszyć nawet ręką, a co dopiero przemyśleć plan wygrzebania czegoś niepostrzeżenie z plecaka innego turysty. Tubylców tu nie było, poza sprzedającym bilety w kasie. – Ale jazda. Ona kupiła bilety po mnie i dostała tańsze, mimo że jedzie dalej. Mi facet powiedział, że tańszych nie ma. – Rozbawiony mówił o naszej Belgijce. Jednocześnie podał jakieś przekąski. Nawet się nie zorientowałam, kiedy je nabył. Tak więc pociąg był, odchodził za chwilę i bez problemu zakupiliśmy miejscówki. Gdy podjechał kilkunastowagonowy luksus, sami pakowaliśmy swoje plecaki do luku bagażowego. Krzysiek miał zwyczaj oczekiwania do ostatniego momentu do odjazdu, by wejść prawie w ruchu do rozpędzającego się transportu. Miał wtedy poczucie, że dopilnował wszystkiego i nikt nam nic nie skradnie. Nim jednak opuściliśmy Villàzon, w oko wpadła nam przypadkowo tablica świadcząca o miejscu i jego położeniu. No tak, teraz już wiadomo skąd te niespotykane dolegliwości. Dziwne uczucie zmęczenia, trudności z oddychaniem i ta niewiarygodna rześkość przy lejącym się z nieba żarem. Znajdowaliśmy się na wysokości 3447 m n.p.m. a my po tym „krótkim” spacerze mieliśmy spalone twarze na raka. Gdy weszliśmy do środku wagonu, zastanawiałam się czy oby na pewno znalazłam się w, według ogólnej świadomości, kraju trzeciego świata. Miejscówki bowiem gwarantowały nam ekskluzywne warunki z obiadem, telewizją z dvd oraz toaletą.

WARUNKI PODRÓŻNICZE

Podróż wolno turkoczącym pociągiem wydawała się nie mieć końca. Sunęliśmy po torach podziwiając widoki za oknem. Odkąd minęliśmy miejscowość Jujuy (czyt. huhuj) po stronie argentyńskiej, za oknem miał miejsce jakiś niepowtarzalny surrealizm. Jak w kinie z otwartymi buziami podziwialiśmy zmieniające się, co chwilę, formacje skalne o przeróżnych odcieniach: fioletowo-niebieskie, różowo-żółte i ceglane aż po naturalne górskie czyli zielono-brązowe. Krajobraz przeistaczał się w pustynne przestrzenie wśród gór, gdzie przy drodze pasły się stada lam. Im głębiej w Boliwię, tym wszystko nabierało jeszcze żywszych kolorów. Kilkunastogodzinną podróż umilano filmami oskarowej rangi. Posiłek składający się z kilku dań również przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. Ale jak widać pod turystów nawet dudniąca biedą Boliwia potrafi złamać stereotypy. I gdy tak jechaliśmy i jechaliśmy… zastał nas zmrok. Za oknem, jak w horrorze, migały ciemne, tajemnicze postacie. Boliwia nie była oświetlona przy torach, więc jedyne co to mogło być to obrazy nierozpoznanych, umorusanych twarzy. Obawialiśmy się, że w Uyuni wysiądziemy zupełnie sami. Bez zarezerwowanego noclegu i wśród ubogich tubylców spod oka spoglądających na bogatych gringos. Brzmiało „zachęcająco”. Jednak gdy o północy dotarliśmy do docelowej stacji, z pociągu wyległ tłum turystów. Zrobił się harmider jak na jarmarku. Nie zdążyłam obejrzeć się wokół własnej osi, jak zewsząd dopadły nas propozycje noclegowe Boliwijek pracujących w tutejszych hostelach.

Wymarznięci, z tonami kurzu w nozdrzach, zasypialiśmy w betonowym pustaku, okryci stertą kocy hostelowych łóżek. Wejście na czwarte piętro okazało się wyczynem porównywalnym do wdrapania się na Mont Blanc, z zadyszką po pachy i przystankami co drugi stopień. Ładny i duży pokój zrekompensował wysiłek. Wszechobecny z podróży kurz wydawał się zalegać teraz w naszych płucach.

Inny świat

Wystawiłam nos spod grubego, ciepłego koca. W pokoju było wyjątkowo zimno, a przez grube mury i umiejscowienie pokoju, nie docierały do nas nawet najmniejsze promienie słońca. Mimo to za oknem wydawało się być ładnie i słonecznie. Szybki prysznic w okalających nas chłodach był zdecydowanie jeszcze szybszy, niż zakładałam. Uprzedzano, że ciepła woda z kranu jest tu tylko do dziesiątej rano. Zgadzało się. Wrzątek leciał, ale takim strumieniem, co kot napłakał. Dodatkowo przez szpary wydrążone na świat, do łazienki stale napływało rześkie powietrze. Poranna higiena była zatem szybka i w nieustających trzęsawiskach. Oczy, mimo pobudzającej kąpieli, same kleiły się do snu. Cóż, widok z okna super, bo majaczyła przed nami kolorowa wieża ratusza, będąca zarazem najładniejszą budowlą miasteczka. Jednak gdy owy budynek jednocześnie okazał się być zegarem, który całą dobę co godzinę wybijał czas, a o świcie tubylcy powitali nas pod hostelem grą bębnów, dudniło już nam w głowach do końca dnia. Miało to jednak swój urok. Choć może nie o tej porze.

"KOLOROWA" PUSTYNIA

Uyuni panuje suchy klimat. Miasto wydaje się być odizolowaną komuną stworzoną pod turystów, wybudowane jakby w ostatniej chwili. Aby coś było. A nie było za wiele, bo ulice prowizoryczne, właściwie piaskowe, jakby tylko ubite nogami. Wszędzie unosi się kurz. Po paru dniach czułam w płucach, jakbyśmy właśnie nim oddychali. Poza najlepiej prezentującymi się w okolicy hostelami miasto otaczały jedynie szare piaskowe mury, niedokończone chaty w tych samych odcieniach pustyni i wszechobecne stragany. Właściwie jedyne kolory stanowią tu ludzie i ich ubiory, zresztą bardzo strojne i jaskrawe. Kobiety opasane w pasiaste warstwowe sukienki, z zawieszonymi na plecach torbo-chustami, w których nosiły wszystko – od zakupów po…dzieci. Typowa Boliwijka ma zazwyczaj długie kruczoczarne włosy splecione w warkocze zakończone ozdobną gumką - plecionką łączącą je w jedność. Wszędzie biegają umorusane dzieciaki z poparzonymi od słońca polikami, ciemnymi jak węgielki oczami i zawsze uśmiechnięte. Na bazarach panuje gwar. A kupić tam można wszystko. Taki ot, ruski bazarek, do jakich byłam przyzwyczajona od maleńkości. Tyle że teraz zaczynałam już odczuwać potrzebę zakupienia liści koki uśmierzających nasilający się z minuty na minutę tępy ból głowy.

Liście koki wskazane

Nadchodziła choroba wysokościowa. O ile z migreną żyłam przez życie za pan brat, to zwykłe leki przywiezione z Polski w ogóle nie spełniały swej roli, a ból wydawał się odbierać wszelką przyjemność z odczuwania otoczenia i chłonięcia go. Krzysiek znosił to na swój sposób. Każdy krok wypompowywał go z sił. Czuliśmy się tak skołowani, że wielkim problemem okazywało się zdobywanie czwartego piętra hostelu, na którym mieścił się nasz pokój. Poza „fasadami” Uyuni rozciągała się wszem i wobec pustynia. Ze względu na fakt umiejscowienia na wysokości powyżej 3600 m n.p.m. stale dokuczała „choroba wysokościowa”, zmęczenie i zimno, mimo iż dni wydawały się być wyjątkowo gorące i rozżarzone słońcem. Lecz gdy tylko przychodził zmrok, temperatura spadała na łeb na szyję. Insekty nie mogły żyć w takich warunkach. Chociaż to uspokajało.

W wystylizowanej na góralską knajpie, z iście europejskimi cenami raczyliśmy się wykwintnym śniadaniem. Pyszny i sycący posiłek umilała nam około dwuletnia córeczka właścicielki. Ciemnooka „przylepa”, z różową czapeczką zarzuconą na krótko przystrzyżoną fryzurkę, za stałe siedzisko wybrała sobie jeden ze stołów knajpy. Ledwo przełykałam jajecznicę na boczku, odruchowo podskakując przy każdym jej ruchu zbliżającym się ku krawędziom drewnianego mebla. Nie spadła. Matka bynajmniej nic sobie z tego nie robiła, solidnie przygotowując się do kolejnych zamówień. Bogate w przeróżne smakołyki tace nosił jej młodociany syn. Jakoś tak głupio człowiekowi było, że dziecko kłaniało się w pas przy każdym pytaniu czy prośbie. Takie służalcze zachowanie mi nie odpowiadało. Jednak musiałam do tego przywyknąć, widząc w tym ich sposób na zarobek. Mimo wstępnie wynegocjowanej cenie za posiłek, rubensowska Boliwijka jakby przypadkiem o tym zapomniała. No niech jej będzie. Biednie tu mają i zdzierają z turysty jak mogą, ale posiłek przedni i ten kłaniający się syn oraz urocze maleństwo przeważyły szalę. Stołowaliśmy się tu przez cały pobyt w Uyuni. Gęba cieszyła mi się na widok dziewczynki, która reagowała na moje wejście do knajpy wyciągniętymi w moim kierunku rączkami. Kupiła mnie całą.

CO NA MIGRENĘ WYSOKOŚCIOWĄ?

Zamulona od nieustającej migreny marzyłam o tym kuszącym naturalnym specyfiku. Skoro Boliwijczykom pomaga w tych okropnych dolegliwościach, ja też powinnam poczuć ulgę. Kurz nie ustawał a my w jego oparach pokonywaliśmy kolejne ciężkie metry usłane targowiskami. Głośno, kolorowo a dookoła pustynia. Plastikowe samochodziki, radyjka z lat osiemdziesiątych, niemodne piżamy oraz stoiska warzywno-owocowe. Wszystkiego pełno, ale tych słynnych liści koki ani widu, ani słychu. Bezzębna młoda dziewczyna z zarzuconą na plecy torbą, ze śpiąco wynurzającą się z niej głową malca, wskazała palcem oddalone od centrum budy z tym rarytasem. Dotarliśmy. W głowie dudniło mi tak głośno, jakby ktoś przypadkiem przeniósł w nią ratusz Uyuni. Chryste, kiedy się to skończy! Zwariuję!

- Daje pani całą torebkę. – Zarządziłam osłabionym gestem w kierunku sprzedawczyni ładującej na kupiecką wagę garście wysuszonych liści z płóciennego wora. – Jak to się je? – Spoglądałam z niedowierzaniem w dobroczynne działanie owego „narkotyku”. Boliwijka chwyciła parę listków koki, upchnęła między policzkiem a dziąsłami, lekko porzuła i kazała pozostawić na dłużej w buzi. – Jak ślina zwilży listki, samo zadziała. – Wygestykulowała dodając, że po pięciu minutach można wyrzucić i włożyć nowe, albo dołożyć kolejne. Nie zastanawiając się nawet przez chwilę, wpakowałam koło zębów cztery sztuki niecierpliwie oczekując rychłych rezultatów. Łeb mi pękał. Krzysiek z ciekawości ostrożnie wpakował sobie jednego liścia.

- Smakuje jak suszone pestki dyni. – Wymamrotałam wyczuwając delikatne mrowienie pod językiem i przy dziąsłach. Gorzki posmak, który powędrował po jamie ustnej stwarzał uczucie paraliżu twarzy. – Podobno to zabija głód. Bólu jeszcze nie zabiło, ale czekam niecierpliwie. – Powoli uciskałam pulsujące skronie. Faktycznie, po jakimś czasie nie odczuwałam żadnego głodu, a właściwie czułam się notorycznie najedzona. Niestety głowa bolała nadal.

NA POCIESZENIE

Niepocieszona szybko zostałam udobruchana kupnem jaskrawo lazurowego sweterka z lamy. Chociaż będzie mi ciepło i egzotycznie w tym zakupie. Jakby nie patrzeć byłam kobietą i nawyk zakupów miałam we krwi. Wewnętrznie bolało, że nie mogę otoczyć się wianuszkiem pamiątek z odwiedzanych krajów. Duży bagaż, który targało się na plecach był jednoznacznym hamulcem ku temu. Chcesz sobie coś kupić? Dobra, ale noś to na plecach, jeśli w ogóle zmieści się w plecaku. Krzysiek miał łatwiej - pocieszył się boliwijskim piwem Potosina. Ja nie mogłam nawet patrzeć na alkohol. Trudno. Trzeba przecierpieć i żywić nadzieję, że adaptacja z wysokością pozwoli jak tubylcom funkcjonować w anormalnych warunkach. Przybyliśmy tu głównie z powodu Salar de Uyuni. Ta pustynia stanowiła największą solną powierzchnię na świecie. Umiejscowiona na wysokości 3653 m n.p.m. roztaczała się na powierzchni 12 tys. km², będąc częścią prehistorycznego jeziora solnego Minchin pokrywającego niegdyś większość terenów południowo-zachodniej Boliwii.Następnego dnia, razem z jedną z agencji turystycznych, ruszaliśmy w trzydniową wycieczkę po tej surrealistycznej pustyni. Obrazy widziane w komputerze znajomych tak utkwiły w głowie, że byłam przekonana, że pokonamy własne słabości i niedogodności. Jeszcze tylko trzy dni…

WARUNKI MIESZKALNE

Wieczór spędziliśmy w mroźnym pokoju. Siedząc na swoim hostelowym łóżku, trzęsłam się z zimna, wyczerpania i bólu. Nałożyłam na siebie chyba wszystkie najcieplejsze ubrania, jakie wzięłam ze sobą. Buzię wypchałam liśćmi łudząc się, że ich większa ilość może mnie bardziej otumani. W walce z tępym bólem przyszła bandana mocno zawiązana na czole. Podczas gdy ja walczyłam z mdłościami migrenowymi, Krzysiek walczył z bólem brzucha spowodowanym zaśmiewaniem się na mój widok. Grube skarpety narciarskie naciągnięte na polarowe smerfowe kalesony, brązowe trampki, sweter z lamy pod grubym polarem, czarno-biała chusta pod włosami i zielona torba liści obok, stanowiły zabójczy komiczny mix.

- Nic tylko Keith Richards z The Rolling Stones. – Nie miałam już siły zwracać na to uwagi. Poddałam się kompletnie, gdy wyjął aparat i zaczął uwieczniać mój portret na niekończącej liczbie zdjęć.

Wyprawa po Pustyni Solnej Uyuni, dzień 1.

Fot. Boliwia, Uyuni 2009.

8 komentarzy

  • Asia
    Asia poniedziałek, 11 lipiec 2016

    Z chorobą wysokościową każdy radzi sobie inaczej albo dobrze ją znosi. Być może za szybko przemieściliśmy się z Chile (nizin lub takich nieszkodliwych) do Boliwii i stąd ten brak aklimatyzacji. W Peru, gdy mieliśmy do czynienia z podobną wysokością byliśmy zmęczeni, była zadyszka i osłabienie ale już takiej migreny sobie nie przypominam.

  • Asia
    Asia poniedziałek, 11 lipiec 2016

    Pat, niestety proszki polskie nie pomogły. W Boliwii innych nie kupowałam, bo się nie znałam, a oni tam z wysokością radzą właśnie sobie liśćmi koki. Przestała boleć jak wjechaliśmy na niziny:)

  • Asia
    Asia poniedziałek, 11 lipiec 2016

    Kinga, chętnie przeczytam o post-turyście, bo nie wiem skąd ta płachta..:)

  • Anita
    Anita poniedziałek, 11 lipiec 2016

    Boliwia to najpiękniejszy kraj jaki do tej pory widziałam, a Salar de Uyuni to istny cud! Uwielbiam tych ludzi, przyrodę, klimat i nawet ten ćmiący ból głowy;) Da takich widoków warto trochę pocierpieć ;)

  • Agnieszka | Australove
    Agnieszka | Australove piątek, 08 lipiec 2016

    Wspaniała przygoda, zazdroszczę! Planujemy wybrać się w przyszłym roku na dłuższą wyprawę po Ameryce Południowej i czytając Waszą relację spakowałabym się nawet dzisiaj! :) Będę pamiętać o zabraniu ciepłych ubrań, wielki ze mnie zmarzluch!

  • Ela Bieniecka
    Ela Bieniecka czwartek, 07 lipiec 2016

    Właśnie zawsze mnie zastanawiało czy choroba wysokościowa dotyka wszystkich czy jest z czymś powiązana i chorują na nią tylko wybrani. Mam nadzieję, że mnie to ominie. Zazdroszczę miejsce, Boliwia i cała Ameryka Południowa to moje marzenie.

  • Pattravel
    Pattravel środa, 06 lipiec 2016

    Co ci ostatecznie pomogło na ból głowy? Nasze tabletki na migrenę nie pomagają?

  • Kinga / FloatingMyBoat.com
    Kinga / FloatingMyBoat.com środa, 06 lipiec 2016

    Współczuję objawów choroby wysokościowej. Sama nie miałam jeszcze tej nieprzyjemności, ale już pewnie niedługo. ;-) Swoją drogą, trochę działa na mnie jak płachta na byka słowo :tubylec:. Polecam zapoznać się z artykułem post-turysty na temat języka, jakim posługujemy się opisując podróże - to naprawdę ma znaczenie. :)

Leave a Reply

Your email address will not be published. HTML code is not allowed.