12 Kwi

GRA EMOCJI

Od zapachu jedzenia unoszącego się w powietrzu kiszki grały marsza, a swojskie knajpki zachęcały do degustacji. W Polsce zdradliwie wyglądające tekturowe budy zainteresowałyby z pewnością sanepid, a nas taka niepewność dodatkowo nakręcała.  Skoro oblegane są przez chmarę tubylców zajadających się latynoskimi przysmakami i nic im nie jest, to czemu by nie spróbować? Musieliśmy w końcu przystosowywać organizm do ichniejszych bakterii. Wychodziliśmy z założenia, że należy jeść to co tubylcy, w tych samym proporcjach oraz z tymi samymi przyprawami i dodatkami. Przed przyczepą campingową stały stoły obłożone metalowymi tacami, a na nich pyszności. Zdecydowaliśmy się na poznane i zaakceptowane dzień wcześniej przepyszne lomito i na test czegoś o nazwie chimichurri. To drugie stanowiły nadziane na patyk małe usmażone kiełbaski. A że tego było mało, z wilczym apetytem uraczyliśmy się na spółkę hot-dogiem z innego stoiska. Zamiast prażonej cebulki posypano nam bułkę podłużnymi chrupkami o smaku cebulowym.

Fiesta w argentyńskim wykonaniu

Brzuchy zadowolone ciągnęły w głąb miasta. I gdzie tylko nie odwrócić wzroku, wszędzie fiesta i radość. Przy kolejnym placu ukrytym w parku zastał nas występ miejscowej grupy tanecznej. Czerwono-czarne stroje, potężne przytupy i wypracowane układy przywodziły mi na myśl wspomnienia moich dziecięcych prób tanecznych w gminnym ośrodku kultury. Tyle że ja wystrojona na ludowo mało nie pozabijałam się o własne nogi tańcząc krakowiaka na dorocznych dożynkach. Oh, co to były za czasy. To było tak dawno, a w Salcie czas jakby się zatrzymał. Albo jakbym ja cofnęła się do dziecięcych lat. Prowizoryczne, cementowe trybuny w całości zajęte były przez rodziny tancerzy jak i przypadkowych gapiów. Wszyscy jednak świetnie się bawili zajadając proste smakołyki czy popijając oranżadę z plastikowych torebek. Łezka zakręciła się w oku.

Salta nie oszczędzała nam takich drobnych wzruszeń. Ledwo doczłapaliśmy się do placu głównego, jak okazało się, że ta sama grupa właśnie przeniosła się ze swymi występami tuż przed stolik, przy którym zasiadaliśmy. Przy zachodzie słońca po raz drugi cieszyliśmy oczy ich kolorowymi lekko niezgranymi wygibasami. Sielanka nie miała końca. W domu, wspólnymi siłami, upichciliśmy naszą ulubioną mięsną potrawę. Na wieczór przyszły ambitne plany.

Zabawa na Balcere!

W Buenos nie wyszło, to już tu pod nosem i dwa kroki od hostelu musi! Z trudem dotrwaliśmy do dwudziestej trzeciej, mając w głowie próby zabawienia się w stolicy Argentyny. Balcere o tej porze było pięknie oświetlone a miasteczko tętniło życiem. Co chwilę przystawaliśmy w wejściu knajp czy restauracji, gdzie na żywo odbywały się a to występy taneczne a to wokalne popisy. W jednym z takich miejsc zachwycił nas talent mężczyzny, który w naszym odczuciu mógłby powalić na nogi rynek muzyczny. Jednak na dłuższe „posiedzenie” wybraliśmy bar, gdzie właśnie na scenie rozstawiał się wieloosobowy zespół rockowy. Coraz bardziej zaludniający się klimatyczny bar powitał nas darmowymi drinkami i miłą atmosferą. Kapela zaczęła grać tworząc przyjazny klimat. Im więcej na stolikach było procentów, tym uczestnikom koncertu łatwiej puszczały hamulce. Pełen luz w tańcach na stołach, nieustający gromki śmiech, brawa i szaleństwo spowodowały, że poza występem, mieliśmy niezłe show otaczające nas z każdej strony.

- Zespół pewnie pochodzi z Chile. – Zażartowałam do Krzyśka, który bardzo dobrze wiedział, co mam na myśli. Już dawno zaobserwowaliśmy, że w tym najdłuższym kraju Ameryki Południowej do jednej czynności zatrudniana jest masa ludzi. Sprawiało to wrażenie, jakby na siłę chcieli zmniejszyć bezrobocie. Taki obrazek najlepiej prezentował się w chilijskich autobusach, gdzie na trasie, poza pasażerami, jechała kilkuosobowa załoga. I o ile dwóch kierowców przy długich odcinkach trasy wydawało się czymś oczywistym, tak stewardzi zatrudnieni do zasłaniania po drodze zasłonek podczas zbliżającej się nocy albo podających koce czy poduszki i roznoszących posiłki, a inni zatrudnieni do puszczania filmów na dvd, wydawało się wymuszonym etatem.

- Fakt, skład siedmioosobowy, a wokalisty nie słychać. – Krzysiek mimo spełnionego pragnienia zabawienia się przy „life music” był niepocieszony. - Trzech basistów, jeden organista, perkusista, wokalista oraz chłopak brzdąkający na organkach. Tylu członków zespołu a w rezultacie wszyscy zagłuszają śpiewającego. W ogóle go nie słyszę! W całokształcie było głośno i wszyscy pobudzeni a ja nie znam na tyle hiszpańskiego, by załapać sens treści piosenki, ale że nic nie słyszę? Jakby go tu nie było. – Szkoda mi było Lisa. Wiedziałam, że stwierdzenie: „Zespół bez lidera to nie zespół” – oznaczało, że czas wracać do domu.

Denga, czyli gorączka krwotoczna

Siedząc na ławce w starodawnym ogródku hostelu i prażąc się na słońcu, delektowałam się kwiatami i rodzinną atmosferą tego miejsca. Cieszyłam się z decyzji o dłuższym pozostaniu w Salcie i zasłużonym odpoczynku po pędzie pierwszego miesiąca podróży. Zadowolona byłam też ze swojego męża, który to sam rwał się do pomocy przy gotowaniu, praktycznie zawsze zmywał, bez pytania chodził po zakupy spożywcze, a gdy wybrałam się z nim, bez marudzenia chodził przy mnie, gdy na dłużej zatrzymywałam się przy kolejnych półkach, by ot tak popatrzeć.

Panika. Dziś to Krzysiek miał chęć pospacerować po okolicy, a ja zasiadłam w pobliskiej kafejce internetowej, by zgłębić wiedzę o dendze i spróbować założyć blog. To drugie sprawiało mi nie lada problemy, gdyż nigdy tego wcześniej nie robiłam, a teraz musiałam się odnaleźć w hiszpańskojęzycznym programie, często przestarzałym i bez wielu funkcji, takich jak na przykład obróbka zdjęć. Sama zatem potajemnie i bez niczyjej zgody ściągałam na komputer program graficzny. Za chwilę jednak wszystko mi się zawieszało, albo nie działało nic. Te dni pozwoliły mi stać się rozpoznawalną, a przy przekroczeniu tylko progu kafejki, zatrudniony w niej chłopak witał mnie znajomym uśmiechem. Biedny, wiedział, że zaraz pewnie pojawią się problemy, a z moim kiepskim hiszpańskim i jego miernym angielskim komunikacja będzie dodatkowo utrudniona. W końcu jakoś sobie radziliśmy, ale mój blog kończył się jedynie na opisach, bez wsparcia fotograficznego. I dzień kończyłby się błogo i spokojnie, jak każdy inny w Salcie, gdyby nie panika zasiana przez mojego męża. Do tej pory, gdy dołączał do mnie w kafejce, poza wiadomościami czytanymi o Polsce i ewentualnej muzyce puszczanej z komputerowych głośników, doczytał się porażających niusów o gorączce krwotocznej.

- Sarenko, denga opanowała Boliwię! Zobacz te krwawe zdjęcia umarłych i tych, co trafiają do szpitala. Co prawda w rejonach dżungli, głównie Santa Cruz, gdzie nie zmierzamy. Z drugiej jednak strony epidemia zatajana była od jakiegoś czasu przez rząd argentyński. Odnotowano parę przypadków tej choroby właśnie w regionie Salty. Jak można ufać, że nie było jej nigdzie niżej na naszej trasie, nie rozprzestrzeni się po całej Boliwii, a być może już nas coś udziabało?!? – Cudownie. Tego mi brakowało, byśmy w ogóle nastawili się na najgorsze i zaprzestali dalszej podróży po Ameryce. Informacja o znajdywaniu się w epicentrum epidemii przerażała. Zastanawiałam się, czy nie lepiej martwić się tym faktem, niż decyzją, czy jechać do Uyuni na pustynię solną. Krzysiek wypatrzył na hiszpańskojęzycznych stronach małego komarowego „potwora” przenoszącego tą śmiertelną zarazę. Ten wydawał się być ciut większy od przeciętnego, w wyraźnym czarno-białym odcieniu. Oczywiście nie każdy napotkany i rozpoznany komar jest nosicielem dengi, ale który nie jest - tego nie wiadomo. Choroba trudna do wyleczenia czy zapobiegania podobnie jak malaria. Pierwsze ugryzienie nie było groźne, lecz drugie po krótkim odstępie czasu d pierwszego, było zazwyczaj śmiertelne.

Potwierdziliśmy informacje, że Polsce o tej epidemii nie wspomniano. Nie było również żadnej adnotacji na stronach internetowych portali podróżniczo-turystycznych. Argentyna nieustająco na każdej stacji trąbiła o jej powiększającym się zasięgu i kolejnych przypadkach. Z założenia nie chcieliśmy ryzykować. Pragnęliśmy unikać sytuacji, w której choć w najmniejszym stopniu nasze zdrowie czy życie mogłoby być świadomie zagrożone. Obiecaliśmy to sobie i naszym bliskim. W głowach dudniła pustka a my najchętniej zaszylibyśmy się w gorącym pokoju hostelu, by przeczekać „nawałnicę”. Nie wyobrażałam sobie nawet, jak sam człowiek może w sobie wywołać paraliżujący strach. To uczucie, myślę, odmóżdża i zdecydowanie nie podejmuje się wtedy racjonalnych decyzji. Nie chciałam byśmy rezygnowali z planów słysząc o kolejnych statystykach. Niejednokrotnie przecież w życiu byliśmy świadkami zbytniego nagłaśniania przez media zdarzeń dla lepszej oglądalności, czy zabicia luki w mniej emocjonalnych wiadomościach. Mimo to główka pracowała. Niestety deprymująco, negatywnie i pogrążając nas samych. Zdążyliśmy w ciągu dnia dostrzec czarno-białego komara, który mógłby być nosicielem dengi. Wysmarowaliśmy się wszystkimi repelentami, jakie mieliśmy w podróży i zażyliśmy na noc leki malaryczne, mimo wewnętrznych oporów i tak naprawdę niezabezpieczających przed dengą. Leżąc na łóżku w pokoju hostelowym, prawie że oczekiwaliśmy na negatywny obrót sprawy. Wszystko nas swędziało, bolała głowa i sami sobie stworzyliśmy objawy gorączki. Działo się z nami dokładnie to, co wyczytaliśmy w internecie. Dodatkowo Krzysiek doszukiwał się starych ugryzień na ciele a gdy już zasypialiśmy, w panice zapalił światło, bo jakoby zapomniał wysmarować głowę.

- Kurde, zapomniałem wysmarować placek na głowie! Przecież dla takich insektów to jak lądowisko wśród dżungli. – Zaśmiewał się w przeraźliwej panice. – Chociaż prędzej sami zaczadziejemy od tych oparów.

PARANOJA!!!

Późnym wieczorem do hostelu dotarł kolejny podróżnik głośno wychwalając się, że przybywa z La Paz. Nie spaliśmy, więc prawie zrzuciłam Krzyśka z łóżka, by wybiegł do chłopaka i wypytał o dengę. Wrócił do pokoju jakby o tonę lżejszy. Strach miał wielkie oczy. Podróżnik zaprzeczył, że epidemia jakoby jest w stolicy Boliwii czy na terenach pustynnych Uyuni. Panują tam trudne warunki do przeżycia dla komarów. Gorszym okazują się tereny wilgotne a często skupiska urbanistyczne, gdzie stojąca w pojemnikach woda mnoży niebezpieczne insekty. Niby poczuliśmy ulgę, lecz następnego dnia wstaliśmy niewyspani, mokrzy od pozamykanych szczelnie okien, zaduchu panującego w pokoju i otumanieni prawdopodobnie silnymi środkami malarycznymi. Na nowo byliśmy pełni sprzecznych emocji odnośnie wyboru Boliwii jako kolejnego punktu podróży. Z rana idąc do kuchni, zaczepiłam gospodynie grające, jak gdyby nigdy nic, w szachy i wypytałam, ile mogłam. Spokojnie powtórzyły pocieszające informacje zapewniając, że Salta nie ma przypadków choroby. W mieście przy szpitalu wypatrzyłam też lekarza i nadal spanikowanego Krzyśka wysłałam by upewnił się, jaka jest sytuacja. Wolałam, by zapewnienie o bezpieczeństwie usłyszał od specjalisty. Sama byłam już przemęczona niekończącymi się rozważaniami i huśtawką emocji, które podsycane były jego niedowierzaniem. Może jestem łatwowierna, ale miałam dość kombinowania, potwierdzania, a za chwilę rezygnowania z planów, które zdążyły już mi utkwić w głowie i stawać się upragnionym celem. Mimo paniki i kolejnego dnia z rzędu spędzonego na rozmyślaniu zdecydowaliśmy, że jedziemy do Boliwii. Ściskane w dłoni bilety do granicy w La Quiaca po stronie argentyńskiej nie pozwalały na odwrót.

Leave a comment

Make sure you enter the (*) required information where indicated. HTML code is not allowed.