11 Kwi

WIELKANOC W SALCIE

Podczas gdy polskie rodziny szykowały się z wielkanocnymi święconkami do kościoła, my wyjątkowo odczuwaliśmy samotność i tęsknotę za naszymi bliskimi. Ten rodzinny czas przyszło nam spędzić w Salcie, na wyjątkowo ciepłej o tej porze roku północy Argentyny. W Polsce przyroda właśnie budziła się z zimowego snu, wybuchając soczyście zieloną roślinnością wśród śpiewu przeróżnego ptactwa. W Salcie wydawało się, że jest lato w pełni, a na ulicach sprzedawano słodkie zające i lukrowane jaja dekoracyjne. I być może to była podświadomość w wyborze miejsca do spędzenia tych chwil. Trafiliśmy na otwarty i ciepły dom, z pięknym ogrodem gdzie pachniało polnymi kwiatami, kuchnią, w której właścicielka grała ze swoją matką w szachy a gdzie my urządzaliśmy sobie przepyszne kulinarne uczty. Hostel był bardzo ciepły, przytulny i urządzony z gustem. Zza okna dochodziły odgłosy motorynek i okrzyki bawiących się w pobliżu dzieci. Czułam się już jak u siebie, a właściwie jak w domu rodzinnym babci, u której spędzałam każde swoje dziecięce wakacje.

Poznajemy okolicę

Przemiła gospodyni użyczyła za frico swoje dwa rowery, na których sprawniej poznawaliśmy okolice. Chociaż słowo „sprawniej” nie było w tym przypadku takie oczywiste. Stan sprzętu dawał wiele do życzenia, ale mimo to byliśmy bardzo wdzięczni za jej dobre serce. Siedząc półdupkiem na rozpadającym się siodełku i hamując przy każdej górce nogami, zjechaliśmy tym samym całą Saltę. Byliśmy pod wrażeniem tego miasteczka. Niby mała kropka na mapie, bez większych emocji opisana w przewodniku, a idealna na relaks przed kolejnymi zaskakującymi miejscami. Upał nie ustawał a ja nie przestawałam dodatkowo z tego powodu się cieszyć. W końcu było ciepło! Mijaliśmy rozmaitej wielkości place otoczone straganami, na których można było kupić wszystko: od świątecznych stroików i artystycznych wyrobów po artykuły spożywcze. Wysoka temperatura, wszechobecne palmy, starodawne samochody rozstawione przy chodnikach, antyczna budowla i zapierające dech w piersiach kościoły dodawały egzotyki miastu. „Jak tu cudnie, spokojnie i tak swojsko” – pomyślałam zajadając się wydziwionymi z nazwy smakołykami w pobliskiej knajpie. Miejsce roiło się od tubylców. A tam gdzie są swoi, żarcie dobre musi być i może nawet tanie. Przewertowane wcześniej strony przewodnika mówiły – ZJEDZ COŚ Z KUCHNI ARGENTYŃSKIEJ!!! To na próbę poszły: lomito de pollo (grillowana bułka z kotletem z kurczaka, z jajkiem sadzonym, warzywami i sosami) oraz milanesa (wersja z kotletem schabowym). Zapchane buzie bułami na kształt hamburgerów, ociekające sosami, cieszyły podniebienie. Po takiej dawce energii nic tylko dalej zwiedzać okolicę. Aktywnie i przyjemnie. Na głównym placu zasiedliśmy na piwie. I wszystko byłoby piękne, gdyby nie fakt, że co krok podchodził do nas jakiś żebrak. W takich sytuacjach za serca najbardziej chwytają dzieci, chociaż dzisiejsza sytuacja jedynie zirytowała. Gdy do naszego stolika podszedł chłopiec proszący o moneda, logicznym było, że skoro stały przed nami kufle z piwem, to groszem nie śmierdzimy. Gestykulując pokazywał, jak to jest głodny. Nie myśląc nawet przez sekundę, czy poratować młodego pieniążkiem, przesunęłam po stole miseczkę z chrupkami, które dostaliśmy w gratisie do trunku. Zaskoczyła mnie jego reakcja, gdy uznał, że nie weźmie, bo bolą go zęby. Gdybym to ja była bardzo głodna, zjadłabym nawet „niedobre” dla zębów chipsy. I jak tu ocenić sytuację? Faktycznie w swojej biedzie dbał o zdrowie, czy wyrastał z niego przebiegły kombinator?

Salta na fotografii

Nieprzytomnie zwlekłam się z łóżka wyczuwając przyjemny moim nozdrzom zapach francuskich croissantów. Desayuno (śniadanie) prezentowało się znakomicie w przestrzennej kuchni, do której dobiegały promienie gorącego słońca. Jeszcze ciepłe domowe wypieki paliły w palce, lecz miło rozpływały się w ustach w doborowym towarzystwie domowej konfitury. Para unosząca się nad aromatyczną kawą dopełniła błogi świąteczny poranek. Wstępne wieloletnie przyzwyczajenie do powitania Wielkanocy białym barszczykiem z jajkiem i kiełbaską, zrekompensowała ciepła domowa atmosfera hostelu. W tej błogości Krzyśka na nowo ogarnęła senność. Chociaż jego akurat nic specjalnie ogarniać nie musi, bo odcina go po posiłku jak przedłużacz odłączony od kontaktu. Pozostałam sama ze sobą i chwilą w samotności. Chwyciłam lustrzankę, odlatującemu w głęboki sen Lisowi wygestykulowałam godzinę spotkania na mieście i wyskoczyłam samodzielnie zeksplorować Saltę. Miałam czas do południa, bo wtedy byliśmy umówieni  na głównym Placu 9 Julio przed jedną z piękniejszych mieście, różowiutką Catedral. Szliśmy na mszę świąteczną.

Drepcząc z aparatem przewieszonym na szyi mijałam ulicę Balcere słynącą ze skupiska barów i restauracji. Właśnie dziś odbywał się tu jakiś festyn. Mnóstwo małych straganów nawoływało krzykliwymi artystycznymi drobiazgami do zawitania pod daszek. Kolorowe malowidła przedstawiały zakamarki Salty widziane okiem tutejszych malarzy. Pozostałe stoiska obwieszone były wisiorkami, rzeźbami i innymi mniej lub bardziej praktycznymi wyrobami. Nawet zwykły spacer wśród jarmarku umilany był cichą muzyką ulicznych grajków. Nie planowałam nic kupować. Chciałam zapamiętać te miejsca na „klatkach” mojego aparatu. Im dalej w kierunku głównego placu Salty, tym kolejne równie głośne i strojne bazary mijałam. Zielone ogrody otaczające pokaźnych rozmiarów pomniki zachęcały do zatrzymania się na chwilę. Wszystko było takie zadbane. Główny market, ku któremu zmierzałam a którym Salta się szczyciła, był w przebudowie, więc po chwili zawróciłam do Plaza de Armas. Pod drzewkiem pomarańczowym stał już Krzysiek. Donośne dźwięki organów kościelnych zapraszały do środka. Rozbłysły światła, wszystko wydało się takie złote i uroczyste. Wyjęłam lustrzankę. Jedno błyśnięcie lampą i usłyszałam głos z góry: „Proszę nie robić zdjęć podczas Mszy”. Organista przemówił, a mi zrobiło się głupio. Potem wszystko niby podobnie a trochę jednak inaczej. Po hiszpańsku ciężko było rozeznać się w temacie, choć w głowie pojawiały się polskie odpowiedniki i porównania. Konsternacja pojawiła się na naszych twarzach, gdy podczas „przekazywania sobie znaku pokoju”, Argentyńczycy rzucili się z całusem do naszych policzków. Miłym akcentem był pamiątkowy obrazek z modlitwą „Anioł Pański” w ichniejszym języku. Rozdawało je starsze małżeństwo zbierające „co łaska” na tacę. Mimo że pierwszy raz spędzaliśmy, zawsze rodzinnie obchodzoną, Wielkanoc, przyjęci tu byliśmy z całego serca. Głos bliskich osób dobiegający ze słuchawki locutorio (centra telefoniczne z odrębnymi budkami telefonicznymi i często z internetem), jakby zza ściany, a jednak tak daleko. Pokrzepieni pozytywną energią zdobywaliśmy jedyny w okolicy szczyt na szlaku góry San Bernardo.

Trudna droga krzyżowa

Strome schody wśród zarośli nie miały końca. Na każdym zakręcie nietypowo wyrastały stacje drogi krzyżowej, a zastygła parafina powlekająca święte postacie świadczyła o wczorajszym wyczynie wielu wierzących. Piątkowa uroczystość musiała mieć wyjątkowy charakter, a fakt pokonania tylu schodów w ciemnościach, z rozświetlonym od świec tłumem musiał wzbudzać niesamowite emocje. Teraz my pokonywaliśmy kolejne stopnie wśród lasu niczym w dżungli. Gdy drzewa się przerzedzały, wyłaniał się zza nich widok miasta z lotu ptaka. Zmęczeni w nasilającym się upale dotarliśmy do szczytu, z którego buchały sztucznie utworzone wodospady. Rześka mżawka idealnie chłodziła zlane potem ciała. Stąd zjeżdżała na dół kolejka górska dla tych, którzy bez wysiłku chcieli podziwiać panoramę Salty. Po chwili i my zamknięci w plastikowej klatce zjeżdżaliśmy ku ogromnemu zielonemu oczku wodnemu. Na dole nie zdziwił mnie widok jeszcze większego poletka straganów, mnóstwa ludzi z dziećmi a to karmiących kaczki pływające po stawie, a to zajadających watę cukrową czy lody na patyku.

Leave a comment

Make sure you enter the (*) required information where indicated. HTML code is not allowed.