czwartek, 09 kwiecień 2009

DZIELNICA FUTBOLU, TANGA I ARTYSTÓW

Czy Buenos w ogóle śpi? To pytanie zadawałam sobie każdego dnia spędzonego w gorącej stolicy Argentyny. Wydawało się, że tu może zdarzyć się wszystko. Nie wiedziałeś, co spotka cię dziś, jutro i za dwa dni. Miało się pewność, że za każdym razem miasto na pewno zadziwi i zaskoczy. Wieczorem raczyliśmy się własnoręcznie przyrządzonymi krwistymi stekami. Świeże czerwone mięso można było kupić na każdym kroku a wrzucenie na patelnię gwarantowało udany popis kulinarny nawet wśród niewprawionych kucharzy.

Międzynarodowe porady

Zapach a może nuda przywiały do salonu grupę młodych Izraelczyków, gdzie pałaszowaliśmy posiłek. Nie czas na odpoczynek i degustację późnego obiadu. Czas odpowiadać na zestaw pytań młodych imprezowiczów, którzy oczekiwali wybicia godziny do wyjścia na podbijanie Buenos nocą. Pewność siebie lecz przyzwoita, dziecięca radość i ciekawość świata, burza czarnych loków i śnieżnobiały uśmiech, spowodowały, że Izraelczycy szybko popadli nam w pamięć zyskując prawdziwą sympatię. Głównie jedna para, podróżująca po świecie od dwóch lat, przypadła nam do gustu. Po emocjonującej i głośnej dyskusji mieliśmy zapisanych w notesie tysiące barów, do których – według młodzieży – koniecznie musieliśmy zajrzeć. Tu tania pizza, tam pyszne kanapki, a jeszcze gdzie indziej najtańsze karty telefoniczne w mieście. Izraelczycy mieszkali w „La Pola” drugi miesiąc i ciężko było im się rozstać z miastem. Po jakimś czasie wcale im się nie dziwiłam. Kilka dni wystarczyło, byśmy i my zakochali się w Buenos Aires.

Tak samo jak grupa młodych pojawiła się znikąd, tak szybko zerwała się do wyjścia uznając, że głód nacisnął na chude żołądki i czas coś spałaszować. Pewnie nasze smakowicie wyglądające steki im przypomniały o zaległej kolacji. My nieprzytomnie włączyliśmy na chwilę telewizor, by wyciszyć się przed snem. I co? Nie wyszło. Normalnie sinusoida. Najpierw złodziej, potem rozczulająca babcia, za chwilę pokrzepiający podróżnicy, by znowu przygnieść się ciężarem informacji dopływających ze świata. Na nowo wszystko to, co mieliśmy zaplanowane w głowie, uległo nagłej deformacji. Gdy wstępnie zmodyfikowaliśmy szkic dalszej tułaczki z obowiązkowymi odwiedzinami w Salar de Uyuni w Boliwii, czar prysł. Informacje o dendze panującej w tym kraju, jak i odkrytych też przypadkach w Argentynie oraz szokujące zdjęcia niezliczonej grupy ludzi lądującej w szpitalach, czy nawet śmiertelnych przypadkach, to było za wiele jak na jeden dzień. Nie ogarniałam tego, ale nie chciałam też słuchać o zmianach na naszej trasie.

- Lisu, nie ma mowy! Chcę tam jechać i już! Widziałeś przecież te zdjęcia. Były niewyobrażalne i nierealne. Ja chcę zobaczyć taki świat na własne oczy. Nie wierzę, że to się dzieje! – Paplałam jak opętana. W mig stanęłam na równe nogi, jeszcze chwilę temu słaniając się na nich ze zmęczenia. – Cholera, czym w ogóle jest ta denga? Nie mam pojęcia! Umiera się od tego? Trzeba zadzwonić do Kamila. – Monologiem wymuszałam na Krzyśku akceptację moich, na prędze rzucanych, koncepcji. Uznałam, że medyczna wiedza naszego zaprzyjaźnionego lekarza będzie najlepszym potwierdzeniem dobrze bądź źle podjętej decyzji. Oby to nie było nic groźnego. Sen z trudem przychodził do naszego kolorowego pokoju przy dźwiękach niezasypiającego Buenos. Powybijane w oknach szyby kamienicy utrudniały zasypianie, ale w końcu odpłynęliśmy w siną dal.

Futbolowa La Boca

Miasto cierpiało na deficyt monet, a tylko nimi można było płacić w transporcie miejskim. Automat umieszczony przy wejściu do autobusu przyjmował tylko żetony, więc jak nie masz…to nie jedziesz. Nawet w sklepach starano się tak wydawać resztę tak, by nie były to monety. Na szczęście dysponowaliśmy małą ilością drobniaków i bez problemu dojechaliśmy do dzielnicy futbolu - La Boca. Mecz piłki nożnej, oglądany na żywo, nawet dla niezainteresowanego tym sportem jest nie lada wydarzeniem. Podekscytowany Krzysiek i fan futbolu w jednym zdobywał informacje o kosztach takiego meczu. Niestety mina zrzedła. Nie mogliśmy fundować sobie takich „finansowych wyskoków” w każdym nowym miejscu, więc trzeba było pocieszyć się chociaż wizerunkiem Maradonny namalowanym na co drugiej ścianie słynnej dzielnicy. Rozklekotany autobus dowiózł nas prawie na miejsce, a przechodnie wskazywali dzielnicę piłki nożnej tuż za rogiem. Nie drażniło to nas, że za rogiem był kolejny róg i kolejne dwie przecznice do przejścia. Latynosi mieli w swej naturze mnóstwo czasu zawsze, nigdzie się nie śpieszyli i czerpali życie garściami. Tylko się od nich uczyć. La Boca aż kipiała detalami związanymi z futbolem. Poza wspomnianymi ściennymi malunkami, praktycznie składało się z mniejszych czy większych boisk piłki nożnej, na których bezustannie grali chłopcy w różnym przedziale wiekowym. Jeszcze tylko rzut okiem na stadion umiejscowiony tuż obok i czas na kolejną atrakcję dnia – słynną dzielnicę tanga - Avenida Caminito.

Tango „o le!”

To był kolejny na naszej rozpisce punkt programu Buenos Aires. Skoro na podjęcie prób wywijania nogą w rytm tanga nie było czasu, trzeba chociaż zobaczyć, jak robią to specjaliści w barwnych uliczkach Caminito. Mnoga w kolory flagi argentyńskiej, pocztówki sław takich jak Eva Peron czy znowu Maradona, odblaskowe ściany starych kamienic z równie neonowymi obrazami sprzedawanymi na każdym kroku, dzielnica tętniła życiem i przepychem. Było głośno, radośnie a każda knajpa, w gratisie za jakiekolwiek zamówienie oferowała tango show na żywo. Zewsząd dochodziła rytmiczna muzyka, często starodawna gramofonowa, a w oddali majaczył stary port miasta. Było uroczo, lecz miejsce napędzało turystów a ci znowu nakręcali ceny. Szkoda nam było bezsensownie wydanych pesos na drogie restauracyjne danie. Możliwość samodzielnego przygotowania obiadów w „La Pola” była istną przyjemnością. Jednak taneczne widowisko kusiło. Zasiedliśmy zatem na aromatycznej kawie a po krótkim spacerze wybraliśmy knajpę z najciekawszym show z piwem i colą w tle. Tupot opancerzonych w metal butów tancerzy radośnie roznosił się po okolicy, a przygrywane na bębnach rytmy pobudzały widownię do okrzyków, oklasków i podrygiwania. Ubrani niczym z bajki o Don Kichocie artyści poklaskiwali przy wymyślnych pozach nakręcając pozytywną energią publiczność. I tak się działo przed każdymi drzwiami restauracyjnymi Caminito a w tanecznych widowiskach można było przebierać. Wąskie uliczki dzielnicy tanga zachęcały do ciekawskiego podejrzenia, co się w nich skrywa. Przed oczyma wyrastały drewniane piętrowe domki obwieszone obrazami, pocztówkami różnych dzielnic Buenos i metalowych magnesów. Gdzieniegdzie kryły również małe sceny, na których występowali miejscowi piosenkarze grający na czym popadło. Żar lał się z nieba, pozytywna atmosfera rozpalała serca i nie spędzała uśmiechu z ust. Czas jednak było wracać, a w kieszeniach zbrakło monet. Powrót na własnych nogach odpadał. Chyba byśmy szli do centrum wieczność. Zmuszeni byliśmy zapłacić za taksówkę. Na szczęście nie był to jakiś horrendalny wydatek.

Buenos Aires nocą

Buenos nie zasypia. Właściwie odżywa nocą, czego byliśmy niejednokrotnie świadkiem, a właściwie słuchaczem. Przez wybite szyby pokoju hostelowego napływał chłodzący powiew wieczoru, idealnie studzący nieustający gorąc. Jednak poza nim dobiegały nas także donośne odgłosy bawiącej się stolicy. Zabawowa renoma Buenos nie pozwalała nie skorzystać z tego typu atrakcji. Imprezo witaj! Podekscytowana malowałam twarz po raz pierwszy od wyjazdu z Polski. Dziwnie się czułam taka wytapetowana. Aż mi to jakoś nie pasowało. Ale chociaż mogłam mieć poczucie, że mój mąż zobaczy we mnie kobietę choć przez chwilę, a nie tylko podróżniczego kompana niejednokrotnie umorusanego i wymęczonego:).

- Za mocno… - Usłyszałam po minutach spędzonych w koedukacyjnej łazience, nieustająco poprawiając kolory cieni na powiekach. No tak. To może wcale ta kobiecość nie znikła w międzyczasie, skoro mu za mocno. Nawet mnie to nie zmartwiło. Właściwie pocieszyło, że może za dnia nie jest ze mną tak źle. Jednak widok odstrojonych w stolicy Argentynek przypominało o kobiecości, z którą w podróży z plecakiem jakoś tak było na bakier. No cóż.. bezdomni z wyboru. Pędząc wystrojeni w najlepsze ubrania, jakie mieliśmy ze sobą, przemierzaliśmy równie jak za dnia zapełnione ulice Buenos. Wieczór nadal był ciepły a my coraz bardziej podekscytowani nowymi wrażeniami. Niestety po krótkiej orientacji okazało się, że godzina dziesiąta wieczór to zbyt wcześnie, by otworzyć jakikolwiek klub w okolicy, nie mówiąc już o sporej roztańczonej frekwencji. Byliśmy zawiedzeni i rozgoryczeni. Nie mieliśmy siły czekać 2-3 w nocy, by zacząć dyskotekowe pląsy. Serce bolało, że znajdując się w jednej z bardziej zabawowych stolic świata, nie możemy poczuć tego na własnej skórze. Przyjęliśmy to na „klatę” i ze spuszczonymi głowami wracaliśmy na Avenida de Mayo. Przynajmniej byłam odstrojona i wymalowana. Impreza w egzotycznym Buenos odhaczona, jako niezaliczona… Nad ranem idąc do łazienki na poranną toaletę, słyszeliśmy dolatujące zza okien okrzyki wracających balowiczów.

Artystyczne Palermo Viejo

Mamy Wielki Czwartek przed Wielkanocą. Jeszcze dziś myślałam, że spędzimy ją w Buenos, ale podjęliśmy szybką decyzję jechania dalej w głąb kraju. Postanowiliśmy udać się na północ do Salty, która równocześnie stanowiła dobrą bazę wypadową do San Pedro de Atacama po stronie chilijskiej. Pragnęliśmy zobaczyć pustynię solną, lecz nadal nie wiedzieliśmy, czy denga popsuje nam plany na jej eksplorowanie w Boliwii. W ostateczności pozostawała nam zdecydowanie droższa opcja po stronie Chile. Daliśmy sobie dłuższą chwilę na rozważne przemyślenie dalszej podróży. Zakupiliśmy bilety autobusowe i udaliśmy się do ostatniej dzielnicy wartej zobaczenia w Buenos – Palermo Viejo. Dzielnica ta pełna była zielonych parków, imponujących posągów, eleganckich sklepów czy willi artystów. Dystrykt podzielony jest na: Palermo Soho i Palermo Hollywood (nowocześniejsza część dzielnicy). Obfituje w liczne restauracje, butiki i bujne życie nocne. Kluczyliśmy na piechotę po niezliczonych uliczkach Buenos, kompletnie gubiąc się w zawiłych, choć skromnych, mapkach „Lonely Planet”. Niestety przechodnie nijak nie pomagali w natrafieniu na właściwy trop. Upał nie ustawał. Ale w końcu był a my tak bardzo na niego oczekiwaliśmy podczas tych niekończących się tygodni zimna. Teraz jednak dokuczał wzmagając zmęczenie a to znowu wzbudziło ogromny apetyt. Wygłodniali wypatrywaliśmy okazji cenowej na jakąś przekąskę. W ekskluzywnej dzielnicy się to nie udało. Ceny były wyjątkowo wygórowane. Palermo przypominało warszawską Saską Kępę ze swym przedwojennym budownictwem umiejscowionym wśród lasu i luksusowymi sklepikami czy nowoczesnymi artystycznymi knajpami pełnymi młodych ludzi. Spragnieni, prawie z wywieszonymi jęzorami wpatrywaliśmy się w siędzące przy ogródkowych stolikach roześmiane pary popijające kolorowe, egzotyczne drinki. Czas stąd zmykać. Gdzieś na uboczu Soho wypiliśmy kawę. Była tak droga, że ledwo ją przełknęłam. Na szczęście pocieszyły nas po drodze, schrupane, lub lepiej – zlizane - ogromne lody, z których to miasto słynęło. Cóż, zasłużona sława. Gdy przekroczyliśmy progi klimatycznej lodziarni, najpierw rozbiegane oczy wyszukiwały właściwego dla siebie smaku, by podjąć ostateczną decyzję po degustacji podanych na patyczkach rozpływających się pyszności. Nie mam pojęcia, skąd ta kobieta wiedziała co ja lubię?? Spojrzała, zanurzyła w pojemniku patyczek i podała do zasmakowania mroźną mazię niczym małego lizaka. Nie mylił się ten, kto stwierdził, że argentyńskie lody są wprost przepyszne. Słodki posiłek okazał się wyśmienitą ucztą, a sam zakup ogromną przyjemnością. Nigdy nie widziałam takiej gamy smaków. Sprzedawczyni nie pożałowała ilości. Jedna „kulka” zajmowała prawie cały wafelek. Zapomnieliśmy o przejmującym głodzie.

Zaszaleję u fryzjera

Atrakcji nie było końca. Gdy tylko opuściliśmy lodziarnię, po chwili przekraczaliśmy progi salonu fryzjerskiego. Lisu uznał, że czas najwyższy obciąć jego szopę. Tłumaczenie po hiszpańsku, co chcemy uzyskać na głowie Krzyśka przychodziło z trudem. Dumanie, wyszukiwanie słów na suficie, gestykulacja rodem z „Kalambury” i w końcu zlokalizowaliśmy klientkę, która gadała po angielsku. Tłumaczyła fryzjerowi nasze wymyślne wizje. Irokez, jak się później okazało, był niczym nieznajomy z innej planety.

- Ale Ty nie masz za dużo włosów… - Tłumacząca klientka salonu należała zdecydowanie do tych śmiałych w swych opiniach. Nie dość, że ze stresującego dla fryzjera obcinania było sporo śmiechu, po którym bolały mnie mięśnie brzucha i zaciskane z ubawienia nogi, to jeszcze te oczywiste stwierdzenia.

- Jakbym kurna nie wiedział. – Zaśmiewał się, pełen dystansu do siebie, Krzysiek. Po długich rozmowach, w których Lisu wskazywał, gdzie przyciąć, gdzie ogolić, a gdzie zostawić dłuższe włosy, fryzjer bał się dotknąć jego głowy. W końcu zadowoleni wyszliśmy z tą samą fryzurą. Na jeża. Następnego dnia w nowym image, opuszczaliśmy Buenos Aires w kierunku północy kraju, do Salty.

Leave a Reply

Your email address will not be published. HTML code is not allowed.