wtorek, 07 kwiecień 2009

PIERWSZE KROKI W BUENOS AIRES

Kontynuacji „autobusowych” nieprzyjemności ciąg dalszy. Zimno, głodno i żadnych przystanków po drodze. Dobrze, że chociaż wiedzieliśmy, gdzie zmierzać w poszukiwaniu noclegu w Buenos Aires.  Zaoszczędziliśmy na tym mnóstwo czasu, który zdecydowanie stracilibyśmy na poszukiwaniach, oraz prawdopodobnie dodatkowych kosztów zakładając, że w dużej metropolii poszukiwania nie odbywałyby się na piechotę. Polecony przez poznanych w Ushuaia hostel „La Pola” mieścił się w stricte centrum, a my zapłaciliśmy za dwójkę jedynie dwadzieścia pięć złotych od osoby. To tak jakby na Marszałkowskiej, choć w cichszym wydaniu, znaleźć noclegi (taka byłą Avenida de Mayo).

Zaskakujące lokum

Na stacji wzięliśmy tzw. remise (nieoznakowany samochód stanowiący taksówkę; zamawiało się go w specjalnie oznakowanej budce), co stanowić miało jakoby jedną z bezpieczniejszych dla turysty opcji poruszania się po Buenos. Uprzedzano nas, że Argentyńczycy nie są zbyt rozmowni i otwarci jak Chilijczycy. Po krótkiej przejażdżce taksówką musieliśmy się zgodzić z tym stwierdzeniem. Mimo to nie uginał nas ciężar ciszy w samochodzie i bez oporów wypytywaliśmy hombre o co popadło. Pewnie była to jego najdłuższa rozmowa tego dnia. Już sobie wyobrażałam, z jaką ulgą wysadzał nas na Avenida de Mayo. Wysiedliśmy przy zacienionej od gęstych drzew kilkupasmowej ulicy. Po bokach drogi stały knajpki z fast-foodami, ekskluzywne restauracje, kioski z kolorowymi gazetami i kafejki internetowe. Kierowca wskazał palcem wejście przez mosiężną bramę do środka tajemniczej kamienicy. Nie mogłam uwierzyć, że w tak pięknej budowli może mieścić się tak tani hostel. Obawiałam się jego wnętrz. Początkowo faktycznie miejsce wydało nam się jakąś melinownią a pracujący tam recepcjonista, Fabian, wyglądał na lekko odurzonego jakimiś dopalaczami. Spowolniony, otępiały wzrok i niewyraźna, równie powolna wymowa, wymagały od nas sporo cierpliwości. Nie mogąc uzyskać konkretów od zamroczonego pracownika, zostałam w hostelu a Krzysiek przebiegł po piętrach kamienicy, na których również znajdywały się jakieś hostele. Szybka orientacja i „La Pola” okazała się jednak najatrakcyjniejsza cenowo. Wygląd, po bliższym rekonesansie, też nie był aż tak przerażający. „Koniecznie weźcie pokój z balkonem i widokiem na miasto” – dudniły mi słowa Krakowiaków, którzy spędzili właśnie w nim wszystkie dni w Buenos. Tyle ekscytacji, a Fabian w swojej powolności szybko rzucił: „zajęty”. I tak trafiliśmy do żółto-zielonego trzyosobowego pokoju z łóżkami piętrowymi. Chłopak zagwarantował, że „nie dopchnie” do nas dodatkowej osoby. Z godziny na godzinę coraz bardziej oswajaliśmy się z miejscem. Stara kamienica z wysokimi sufitami i salonami w różnych odcieniach tęczy zapewniała nam również kuchnię do własnego użytku (dodatkowa forma oszczędności), jadalnię z telewizorem i balkonem. A poza tym ta bliskość do wszelkich sklepów, pralni czy knajpek... Jedynym minusem były lekko powybijane szyby w pokojach, co oczywiście zwiększało przeciąg w dusznym mieście, ale i jego odgłosy. Mi klimat bardzo przypominał czasy londyńskie (wyjechałam do Londynu mając 20 lat i spędziłam tam parę miesięcy ucząc się języka i pracując). Lisu, na pytanie, jak mu się podoba, rzucił tylko „ciut obskurnie” i dalej rozpakowywał dwudziestokilowy plecak.

- Myślę, że za tą cenę warto się przemęczyć. - Choć dla mnie to była miła „męczarnia”.

Zwiedzamy argentyńską stolicę

Europejskość miejsca szybko zabiła naszą pięknie wypracowaną w podróży czujność i jak u siebie dreptaliśmy nowoczesnymi ulicami stolicy Argentyny, ściskając w ręku kawał solidnej, tłustej pizzy. Z jednej strony starodawna architektura, a z drugiej modernistyczne budowle banków, markowych sklepów czy potężnych kompleksów. Okrzyknięta najbardziej luksusową i snobistyczną ulicą centrum Buenos - Avenida Florida, już z oddali buchała przepychem, głośną muzyką reggae i pędzących do pracy po lunchu biznesmenów. Tętniący życiem długi deptak dostępny tylko pieszym, poza wypchanym portfelem obywatelem świata, zachęcał również do wizyty tych, którzy liczyli na skromny zarobek swoją wszelaką twórczością. Byli muzycy grający na czym popadło, ale i mimowie poprzebierani za postacie filmu czy bajki. Kolorowo. Przy takiej palecie barw zasiedliśmy na pysznej kawie chłonąc magię miejsca. Równie różnorodne centrum miasta powitało nas różem budynków rządowych na Plaza de Mayo (Casa Rosada). W pełnym słońcu, obserwując latające wśród fontann chmary gołębi, stoiska z argentyńskimi pamiątkami, podziwialiśmy otoczenie placu. Koło nowoczesnych wieżowców wyrastały, pamiętające zamierzchłe czasy, osiemnastowieczne budowle Kościoła San Ingacio i elitarne liceum - Colegio Nacional.

Uwaga złodziej!

Odmienną do pozostałych okazała się dzielnica San Telmo – gdzie zrodziła się kultura tanga. W soboty na Plaza Dorrego odbywał się kiermasz antyków a zewsząd dobiegały wtedy rytmy tego słynnego argentyńskiego tańca. Na ulicę wylegają pary taneczne, które liczą, że do kapelusza postawionego obok wpadnie parę monet. Wąskie uliczki, stare i w większości nieodnowione kamienice napędzały turystów. Mi przypominały artystyczną, warszawską Pragę. Zachwycały niezmienionym, prawdopodobnie, od wieków wizerunkiem. Balkony obwieszone suszącym się praniem, butiki ze starymi kolorowymi szyldami. San Telmo wydawało się dzielnicą biedaków wśród bogactwa centrum Buenos Aires. Nawet się nie spostrzegliśmy, gdy oddaliliśmy się od hostelu o parę dobrych kilometrów. I powrót pieszo nie byłby niczym strasznym ani nużącym, lecz do Avenida de Mayo odchodziła z pobliska linia metra pamiętająca zamierzchłe czasy a na pewno zaliczała się do jednych ze starszych na świecie. Drewniane, kolejkowe metro kursowało jedynie w centrum i stanowiło ciekawą atrakcję turystyczną. Zachwyceni wpełzliśmy razem z napierającym na nas tłumem do jednego z wagonów. Uśmiechnięty młodociany naparł na mnie od tyłu swoim ciałem, gestykulując jak to chce mi pomóc z wejściem do środka. Nie zdążyłam włożyć aparatu do plecaka, przez co dyndał mi w pokrowcu po boku ciała. Chwyciłam jedynie bagaż przed siebie zabezpieczając otwarcie i trzymając drugą ręką Krzyśka. Stał koło mnie równie dociśnięty do pozostałych pasażerów gdzieś w dal wypatrujących swojej stacji. No tak, nie są tacy otwarci – przypomniałam sobie i uśmiechałam się nieświadomie do męża. Wraz z ruchem wagonów falowałam z boku na bok razem z tłumem. Chyba zadziałał instynkt, bo odruchowo spojrzałam na lustrzankę. Obawiałam się zgniecenia lub uszkodzenia. Usta same przybrały kształt wielkiego „o”, gdy w ostatnim ułamku sekundy zauważyłam łapę sięgającą po mój skarb. Pokrowiec aparatu był już otwarty, a na zewnątrz zwisał pasek Nikona. Zdenerwowana pośpiesznie wepchnęłam sprzęt do środka, upewniając się czy cyfrówka na pewno się tam znajduje. Napieranie z każdej strony zabijało czucie nawet własnego ciała. Gdy podniosłam wzrok, łobuz – który wstępnie uśmiechał się do mnie przy wejściu do wagonu – udawał, że nie ma z tym nic wspólnego drapiąc się frasobliwie po głowie. Byłam tak roztrzęsiona, że jedyną moją reakcją był krzyk, furia i przekleństwa. Potok słów lał się z moich ust najpierw w języku angielskim, by płynnie przejść na język ojczysty. Miałam w nosie, czy mnie rozumie, czy nie. Wiedziałam, że doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że drę się na niego i że inni też wiedzą. Dopiero po chwili zauważyłam ludzi ściskających swoje wartości jednocześnie nie zwracając uwagi na moje okrzyki. O ile w trakcie ciasnej podróży szemrany typ nie mógł wykonać odwrotu na pięcie, tak szybko ulotnił się w otwartych drzwiach na kolejnej stacji. Nie mogliśmy zrobić nic więcej. Nie miałam pewności, czy złodziej poza próbami kradzieży czego popadło, nie miał przy sobie jakiejś broni. Może furiackie zachowanie było ryzykowne, ale złość nie pozwalała mi zachować się inaczej. Wysiedliśmy na swojej stacji. Serce kołatało mi w emocjach, rozbolała mnie głowa i zastanawiałam się, czy coś jednak nam zwędził. Długo potem nie mogłam jeszcze o tym zapomnieć. O tym jak łatwo mogłabym stracić coś, co stanowiło dla mnie bardzo ogromną wartość. Nie wspominając już o zdjęciach upamiętniających chwile naszego ostatniego miesiąca w podróży. Wypracowane wcześniej próby nieprzyzwyczajania się emocjonalnego do jakiejkolwiek rzeczy, którą mogłoby się zgubić w podróży, prysło jak bańka mydlana. Aparat, karty fotograficzne, dokumenty i pieniądze trzeba nam było chronić jak oczka w głowie. Czujność, która odeszła wraz ze wstępnym europejskim wizerunkiem Buenos, wzmogła się kilkukrotnie. I może dobrze. Nie można o tym nigdy zapominać.

Gdy wysiedliśmy z metra Krzysiek miał otwartą górną klapę plecaka, ale po dłuższym namyśle stwierdziliśmy, że nie znajdywało się tam nic. Osłabieni tą niekontrolowaną atrakcją wynurzyliśmy się z podziemi metra. Nad miastem zachodziło już różowe słońce. W tle majaczył Palacio de Congreso przypominający swym wyglądem słynną budowlę waszyngtońską. Dobrze, że to wszystko zakończyło się dla nas bez szwanku na zdrowiu i sprzęcie. Gęste powietrze zbliżającej się nocy ostudziło emocje. Koło Monumento a los Dos Congresos, granitowych schodów symbolizujących wzgórza Andów, ujrzeliśmy bezdomną staruszkę. Do oczu napłynęły łzy, bo babcia wyglądała na oczekującą w samotności na śmierć. Z całym swoim dobytkiem siedziała na jednej z ławek nie prosząc o nic. Jakby pogodziła się ze swoim losem. Zapomniałam o zdarzeniu z aparatem, pojmując jak jest to mało istotna rzecz, przy takim smutku, jaki roztaczał się nad tą biedną kobieciną. Krzysiek bez namysłu wyjął aparat i wygrzebał z niego pieniądze. Wręczył pomarszczonej i trzęsącej się dłoni parę pesos. Bez słowa i w zdziwieniu pocałowała otwartą dłoń z pieniędzmi. Może wydłużyliśmy jej żywot o jeden dzień, może tego nie chciała, a może to coś w jej życiu zmieniło…

To miasto nie zasypia

Na każdym kroku coś się dzieje. Niby zwykłe, a jednak pełne wszelakich odczuć i nowych bodźców. Pobudzeni ostatnimi godzinami życia w tym mieście, studziliśmy emocje przy chłodnym piwie starego, drewnianego baru tuż pod hostelem.  Urządzone we włoskim stylu wnętrza, obwieszone były czarno-białymi fotografiami postaci prawdopodobnie związanych z tym miejscem ludzi i wycinków miasta sprzed lat. Przy stolikach siedzieli starsi mężczyźni. Jakbym widziała klatkę z filmu o mafii sycylijskiej. Duszne powietrze rozwiewały wszechobecne wentylatory. Przez okna knajpy dobiegały okrzyki jakiejś manifestacji. Czy to istotne jakiej? W tym mieście ciągle się coś dzieje.

Leave a Reply

Your email address will not be published. HTML code is not allowed.