poniedziałek, 06 kwiecień 2009

"BURZOWE" PUERTO MADRYN

Wściekła i przemęczona, a do tego bezsilna. Burza emocji nie opuszczała, ale ciężko było je odgarnąć na bok. Linie autobusowe w Argentynie bardzo nas rozczarowały, choć to i tak delikatne słowo dla tego, co przeżywaliśmy. Dwadzieścia godzin w nieustającej klimatyzacji i żadnych dodatkowych ciuchów do nałożenia. Wszystko pozostawało w luku bagażowym a do kierowców nie można było się dostać. Parter pojazdu dzieliła od kokpitu ściana. Przystanków za dnia nie robili. Za to, o dziwo, zatrzymywali się na niekończące się przerwy nocą, gdzie nie można było nic dokupić do jedzenia. Nieustający chłód wzmógł migrenę i lejący się z nosa katar. By tego wszystkiego było mało, zajęliśmy przednie siedzenia w „Pinguino” koło WC i to był najgorszy pomysł. Smród, który z niego buchał z każdą dłużącą się godziną był nie do opisania. Gdy przed oczyma mignęła tabliczka z napisem Puerto Madryn, odetchnęłam z ulgą. Mimo przeszywającego chłodu wewnątrz poruszającej się klatki, czułam że na dworzu jest w końcu gorąco.

Burza piaskowa

Pierwsza stałam przy otwieranych elektronicznie drzwiach autobusu. Nowe miasto przywitało nas … burzą piaskową. Czyli piasek wszędzie. Stąpałam z nogi na nogę oczekując otwarcia luku i podania plecaków. Marzyłam o oddaleniu się ze stacji jak najprędzej. Dodatkowo w głowie kołowało się od nieustającej podróży, jakbyśmy jeszcze nie zeszli ze statku. Człowiek ochłonął po negatywnych emocjach, wdychając świeże, choć piaskowe powietrze, a przy boku pojawił się obszczymurkowy cwaniaczek. Nawet nie zorientowaliśmy się, że nie był pracownikiem “Pinguino”. Wszedł do luku bagażowego dzierżąc w dłoni kwitek do naszych plecaków. Nie mogliśmy dostać swej własności za darmo, bo cwaniak wyciągnął najpierw rękę po moneda. Zaprzyjaźniony z kierowcami, posiadał niepisane zezwolenie na dorabianie sobie poprzez wyciąganie bagaży z autobusu. A co najlepsze, sam sobie stawki ustalał. Żeby podać mi moją własność, o co nie prosiłam!!! Nie dość, że byłam podirytowana godną pożałowania podróżą, która sporo nas kosztowała, to jeszcze na koniec tej żenady musiałam dać pesos za swój plecak. Wygrzebaliśmy jakieś drobniaki ze spodni i co?? Uznał, że za mało, z łaską i prawie siłą oddał naszą własność, ale nie pożałował wrzeszczenia farmazonów za naszymi plecami. Obawiałam się jakiegoś napadu w jakimś zaułku przez jego kompanów. Jedynym plusem sytuacji był fakt chwilowego nie kontynuowania kilkunastogodzinnej podróży do Buenos Aires.

Odpoczynek wskazany

W Puerto Madryn chcieliśmy znaleźć szybko jakieś lokum i w pozycji horyzontalnej spędzić kolejne godziny. Sen, sen, sen.. Miasteczko mimo niesprzyjających obecnie warunków pogodowych (burza piaskowa mogła tu trwać nawet parę miesięcy), miało jak na razie najdroższe noclegi, jakie spotkaliśmy do tej pory. Ale za co?? Ano za to, że organizują tu wycieczki na ocean połączone z obserwacją orek i wielorybów. Tyle, że w tym okresie nie bardzo można je było tu dojrzeć, bo wyemigrowały w inne rejony. Jakimś cudem znaleźliśmy nocleg w hostelu “La Tosca” za wynegocjowane dziewięćdziesiąt złotych. Prysznic po wszędobylskim piasku, sen i wymuszony spacer, po którym znowu trzeba było się wykąpać. Miałam wrażenie, że to co leżało na ulicach znalazło się na naszych twarzach, jakby się człowiek na plaży wytarzał. Gdy dotarliśmy do mola, ogarnął nas sen i wróciliśmy do pokoju.

Niekończąca się podróż do Buenos

Kolejny dzień okazał się być słoneczny i ciepły, a co najważniejsze – „bezpiaskowy”. Burza odeszła.. dziwne lecz miłe. Ale wieczorem znowu ruszaliśmy w podróż do Buenos Aires, więc aura nie miała dla nas najmniejszego znaczenia. Na stacji znowu czekał nasz „ulubiony” obszczymurek. Chcąc mieć go z głowy daliśmy mu parę „groszy”. Każdy dawał. Mimo wewnętrznych oporów, wolałam uniknąć “nieumyślnie” uszkodzonych bagaży. Teraz czekała nas czujna noc i niekończące się dziewiętnaście godzin do gorącej stolicy Argentyny. Ta była bardziej czujna, bo niejednokrotnie przestrzegano nas przed kieszonkowcami na tym odcinku. Niestety największym powodzeniem cieszył się kapitalistyczny nowoczesny sprzęt pod postacią laptopów, aparatów fotograficznych czy komórek. Wiedziałam, że nie zmrużę oka w obawie przed utratą lustrzanki. Dodatkowo będę na niej spała.

Z mijanych po drodze argentyńskich wiosek wiało grozą. Żadnego asfaltu, szare, niedokończone budynki, wszędzie unoszący się kurz. To nie zachęcało do postoju na noc. Gdy zabudowanie się skończyło, za oknem pojawiła się nudnawa Pampa. Dzień zakończył się zachwycającym show różowawo zachodzącego słońca.

Leave a Reply

Your email address will not be published. HTML code is not allowed.